Miałem ochotę ciężko westchnąć, gdy jego słowa do mnie dotarły. Zdecydowanie nie musiał nikogo zabijać. Oczywiście tych, którzy nam zagrażają… dobrze, ich może zabić, bo tylko wtedy jest w stanie nas ochronić. I tego jestem aż nazbyt świadomy.
Ale prawda była bardziej złożona.
Bo chociaż sam jestem silny i potrafię uchronić się przed złem… ostatnio coś się zmieniło. Stałem się słabszy. Być może dlatego, że przestałem trenować, przestałem się rozwijać, przestałem walczyć o własną siłę. A przecież nie mogę polegać wyłącznie na nim.
Jestem aniołem. Serafinem wody.
Powinienem być kimś więcej.
Powinienem wziąć się w garść.
Nie mogę polegać tylko na moim demonicznym mężu.
- Nie musisz mnie chronić przed całym światem - Powiedziałem w końcu spokojnie, patrząc mu prosto w oczy. - I nie musisz zabijać każdego demona, który stanie ci na drodze tylko dlatego, że chcesz chronić mnie i dzieci. - Zawahałem się na moment, ale mówiłem dalej, szczerze, tak jak czułem. - To my musimy nauczyć się dbać o siebie. Świat staje się coraz gorszy. Nie zawsze będziemy mogli na tobie polegać. Musimy zacząć trenować… żeby poradzić sobie w każdej sytuacji, która zagrozi naszemu życiu. - Sorey patrzył na mnie przez dłuższą chwilę w milczeniu. W jego spojrzeniu było coś trudnego do odczytania, może zaskoczenie, może duma… a może coś jeszcze.
W końcu skinął lekko głową.
- Masz rację - Przyznał spokojnie. - Powinieneś nauczyć się lepiej chronić siebie. I dzieci również. One też nie mogą być bezbronne. - Uśmiechnąłem się lekko. To była miła odmiana kiedy zgadzał się ze mną bez sprzeciwu. Kiedy widział we mnie coś więcej niż kogoś, kogo trzeba chronić.
To było dla mnie ważniejsze, niż chciałem przyznać.
- W takim razie… od dziś - Zawahałem się, po czym parsknąłem cicho - A właściwie od jutra zaczynam ćwiczyć. - Uniósł brew, a na jego ustach pojawił się ten znajomy, zadziorny uśmiech.
- Oczywiście - Odparł. - A ja bardzo chętnie ci w tym pomogę. - Dodał, nie ukrywając zadowolenia.
- W to akurat nie wątpię - Odpowiedziałem z lekkim rozbawieniem. - Kiedyś całkiem dobrze wychodziły nam wspólne treningi. Dobrze to wspominam. - Wyszeptałem prosto do jego ust.
- Nie pamiętam tamtego życia - Mruknął, przybliżając mnie jeszcze bliżej - Ale jestem pewien, że nasze treningi były… bardzo intensywne. - Zadrżałem lekko, choć nie z chłodu. Jego ton był prowokujący, a spojrzenie mówiło więcej, niż słowa.
I, ku mojemu zaskoczeniu, wcale mi to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie.
Podobało mi się to bardziej, niż chciałem przyznać.
- To były piękne czasy - Wyznałem cicho, pochylając się i składając delikatny pocałunek na jego czole. Przez moment jeszcze trwałem blisko niego, jakby niechętnie odrywając się od tej chwili, po czym podniosłem się z jego kolan.
Westchnąłem lekko, ale tym razem nie z ciężarem, a z pewnym spokojem.
- Chodźmy - Dodałem łagodniej. - Chciałbym już wrócić do domu. Niedługo wrócą dzieci, a trzeba przygotować im obiad. - Codzienność. Zwyczajna, cicha, niemal banalna, a jednak właśnie ona była tym, o co tak naprawdę walczyliśmy.
Spojrzałem na niego jeszcze raz, z lekkim uśmiechem.
- Poza tym… jeśli mamy zacząć treningi od jutra, to dobrze byłoby dziś jeszcze trochę odpocząć. - W moim głosie pobrzmiewała nuta rozbawienia ale i szczerości którą chciałem aby wybrzmiała.
<Pasterzyku? C:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz