Mimo że byłem na dole, wyraźnie usłyszałem głos mojego panicza. Coś w nim było nie tak, brzmiał inaczej, rozpaczliwie, jakby przepełniony bólem i strachem. Serce zabiło mi mocniej.
Nie czekając ani chwili, rzuciłem się w stronę schodów i pobiegłem z powrotem do naszego pokoju. W głowie miałem tylko jedną myśl, dlaczego krzyczy moje imię? Co się dzieje?
- Daisuke! - Zawołałem, wpadając do sypialni. Jego obecność wyczułem w łazience. - Co się stało? - Zapytałem, próbując opanować drżenie głosu.
Odpowiedziało mi ciężkie, nierówne oddychanie.
-Ja… chyba rodzę… - Wydusił, ledwo potrafią oddychać.
A ja, ja zamarłem.
Przecież to jeszcze nie ten czas. To za wcześnie. Czy to w ogóle możliwe? Czy coś jest nie tak? Tysiące myśli uderzyły we mnie naraz, odbierając mi na moment zdolność logicznego myślenia.
Haru, weź się w garść. To nie czas na panikę. Daisuke cię potrzebuje.
Podszedłem do niego szybko i uklęknąłem przy nim.
- Chodź, położysz się. Zaraz wezwę medyka. Poproszę też mamę o pomoc. Wszystko będzie dobrze, słyszysz? - Mówiłem bardziej do siebie niż do niego, próbując brzmieć pewnie.
Pomogłem mu wstać. Każdy jego krok był ostrożny, a dłoń zaciskała się boleśnie na moim ramieniu. Gdy tylko ułożyłem go na łóżku, przykryłem go i odgarnąłem spocone kosmyki włosów z jego czoła.
- Zaraz wracam - Obiecałem i niemal wybiegłem z pokoju.
Serce waliło mi w piersi jak oszalałe, gdy wpadłem do pomieszczenia, w którym była moja matka.
- Mamo… zaczęło się. Musisz pomóc. - Zwróciłem się do mojej mamy, ledwo potrafiąc mówić z tego stresu.
- Już? - W jej oczach pojawiło się zaskoczenie, ale natychmiast ustąpiło miejsca zdecydowaniu. Wstała bez chwili zwłoki. - Potrzebuję czystych ręczników i gorącej wody. Dużo gorącej wody. - Pobiegłem wykonać jej polecenia, przynosząc wszystko, o co prosiła. Ręce mi drżały, kiedy niosłem miskę z wodą, uważając, by jej nie rozlać.
Gdy wróciliśmy do sypialni, mama podeszła do łóżka i delikatnie ujęła dłoń Daisuke.
- Spokojnie, dziecko. Oddychaj głęboko. - Spojrzała na mnie stanowczo.
- Ja się nim zajmę. Idź po medyka. - Potrzebujemy go jak najszybciej.
Skinąłem głową. Na moment zatrzymałem wzrok na moim paniczu blady, zaciśnięte powieki, dłonie kurczowo ściskające prześcieradło.
- Wrócę z nim. Obiecuję. - I wybiegłem z rezydencji, modląc się w duchu, by zdążyć na czas.
Ruszyłem po medyka najszybciej, jak tylko potrafiłem. Nie myślałem o niczym, liczył się tylko czas. Każdy oddech palił w płucach, a serce waliło tak mocno, jakby miało wyskoczyć z piersi. Musiałem go sprowadzić do domu. Musiałem zdążyć.
Najpierw jednak musiałem do niego dotrzeć. To było najważniejsze.
Mój panicz nie mógł cierpieć ani chwili dłużej, niż to konieczne. Choć wiedziałem, że bólu i tak nie da się uniknąć. Poród zawsze go ze sobą niesie ostry, przeszywający, bezlitosny. Na samą myśl o tym, co musi teraz przeżywać Daisuke, coś ściskało mnie w środku. Czy krzyczy? Czy jest przerażony Czy woła moje imię?
Zacisnąłem zęby i przyspieszyłem kroku. Nie mogłem pozwolić sobie na słabość. Jeśli miałem być jego oparciem, musiałem być silny, nawet jeśli w środku rozpadałem się na kawałki.
Jeszcze tylko trochę. Jeszcze chwila.
Wytrzymaj, Daisuke. Proszę… wytrzymaj.
Zaraz do ciebie wrócę i obiecuję, że wszystko będzie dobrze.
<Paniczu? C:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz