Na jego słowa zmusiłem się do uśmiechu. Faktycznie, moje plany na ten dzień wyglądały nieco inaczej, a tak konkretnie nie miałem planów. Mogłem go spędzić albo leniwie, z moją Owieczką, na kanapie przed rozpalonym kominkiem, albo produktywnie. Musiałem w końcu zrobić te meble, o które tak ładnie mnie ostatnim razem prosił. Znaczy, najpierw je jakoś muszę zaprojektować... Na szczęście przetrwałem wigilię, i jutro będę mógł skupić się na czymś produktywnym, prawda? Wywiązałem się z mojej obietnicy. Nie zniszczyłem świąt. Niczego nie podpaliłem. To chyba jakiś sukces jest.
– Byleby jak najmniej takich okazji. Już wolę spędzać bardziej osobiste święta. Mają dla mnie więcej sensu – powiedziałem, upijając łyk wina. Przy takich urodzinach i prezenty mają sens, i życzenia, i wszystko. A podczas tego? Chyba już nie rozumiem. Najwidoczniej demony mają swoje ograniczenia, jak chodzi o rozumienie niektórych rzeczy.
– I dlatego tak bardzo jestem ci wdzięczny – przyznał, podchodząc do mnie i bezceremonialnie siadając na moich kolanach. – I dzieciaki też.
– Mhm. Tylko następnym razem proszę mi nie wciskać kitów, że największym prezentem będzie moja obecność. I tak każde z was zrobiło mi prezent – dodałem, kręcąc z dezaprobatą głową. Wyszedłbym na totalnego głupka, gdybym jednak o to nie zadbał.
– I tak by się nic nie stało, jakbyś nic nie kupił. Prezenty to naprawdę tylko drobny dodatek. Najważniejszy byłeś ty. I mam nadzieję, że jutro też miło spędzimy święta – odpowiedział, co mnie zaskoczyło. Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę, że święta trwają długo... dużo za długo.
– Żeby tylko dzieciaki przeze mnie nie cierpiały – mruknąłem, delikatnie się krzywiąc. Byleby nie było w nich przeze mnie za dużo mroku. Nie wiem, czy by sobie z czymś takim poradziły. Mikleo się nauczył, ale nie mam pojęcia, jakim cudem on tu przy mnie nie zwariował.
– Są silne i po mnie, i po tobie. Powinieneś przestać używać tego jako wymówki. To nie są malutkie dzieci. Lada moment ruszą w świat – uświadomił mnie, na co się delikatnie skrzywiłem.
– Najpierw niech się nauczą dobrze sprzątać, gotować i być jakkolwiek odpowiedzialni. Wtedy niech ruszą w świat – odpowiedziałem, delikatnie się krzywiąc. Jeszcze trochę im brakuje do usamodzielnienia się.
– Jak zdecydują się wyruszyć w świat, nie powstrzymasz ich, wiesz o tym? – odpowiedział rozbawiony, poprawiając moje kosmyki. – No ale już nie ma co o tym myśleć. Dzieciaki są na górze. My tutaj, jeszcze mamy trochę wina... trzeba je wypić, prawda?
– Trzeba, trzeba... tylko się mój drogi nie upij, co? – przypomniałem mu rozbawiony, uśmiechając się do niego złośliwie. Może jestem wredny, ale takiego mnie wybrał. Nie może teraz na mnie narzekać. Zresztą, gdybym był w podobnej sytuacji coś czuję, że dopiekałby mi tak samo.
<Owieczko? c:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz