niedziela, 22 lutego 2026

Od Serathiona CD Eliana

 Oczywiście wiedziałem, że przesadziłem z nerwami. Czułem to w sobie jeszcze zanim zdążyłem ochłonąć. Tylko co ja mogę poradzić na to, że nie lubię psów? To nie jest kwestia złośliwości czy uporu, to po prostu coś, co siedzi we mnie głębiej, silniej niż rozsądek.
- Przepraszam… - Powiedziałem ciszej, poprawiając nerwowo włosy. Zerknąłem kątem oka na ludzi przy stole. Pili, śmiali się głośno, ktoś krzyknął coś niezrozumiałego. Ich beztroska aż kłuła w oczy. - Ja po prostu nie chcę słyszeć o psie. Przynajmniej nie teraz. - On uniósł na mnie wzrok znad miski kota. Zwierzak jadł łapczywie, jakby przez tydzień nie miał nic w pysku.
- Czyli chcesz mi powiedzieć, że jeśli wrócę do tego tematu za jakiś czas… to będziesz bardziej skłonny powiedzieć tak? - Zapytał spokojnie, jakby badał grunt.
Westchnąłem ciężko. Czułem, jak narasta we mnie znajome napięcie.
- Proszę cię, nie drąż - Odpowiedziałem, starając się, by mój ton zabrzmiał łagodniej, niż się czułem. - Skup się na jedzeniu. Naprawdę nie mam teraz siły na tę rozmowę. - Przez chwilę milczał. Słychać było tylko stukot sztućców i odległy wybuch śmiechu z drugiego końca stołu.
- Jeszcze do tego wrócę - Powiedział w końcu cicho, niemal obojętnie.
Na szczęście znów skupił się na jedzeniu, a temat psa na razie zawisł w powietrzu, niewypowiedziany, ale wciąż obecny. I oby tak zostało. Bo nie chcę go tutaj. Nie teraz. A może w ogóle nigdy.
Przez resztę jego posiłku siedziałem w milczeniu, nie przeszkadzając mu ani słowem w jedzeniu ani w karmieniu kota. Udawałem, że jestem pochłonięty własnymi myślami, ale tak naprawdę przez cały czas czułem na sobie czyjś wzrok...Dona.
Nie musiałem nawet podnosić głowy, żeby wiedzieć, że mi się przygląda. Jej spojrzenie było ciężkie, oceniające, niemal namacalne. Czułem je na karku, na dłoniach, w każdym nerwowym ruchu.
Ona mnie nie znosiła. Byłem tego pewien.
Gdyby mogła, już dawno wyrzuciłaby mnie stąd bez chwili zawahania. Zrobiłaby to chłodno, bez podniesionego głosu, z tą swoją uprzejmą stanowczością, której nie sposób podważyć. Powstrzymywał ją tylko on. Mój partner.
Mimo wszystko bardzo go lubiła i szanowała. Za to, co dla niej kiedyś zrobił. I właśnie dlatego wciąż tu siedziałem. Nie jako ktoś mile widziany, ale jako ktoś tolerowany.
A to, wbrew pozorom, potrafi boleć bardziej niż otwarta wrogość.
I choć wciąż powtarzałem sobie, że wcale mnie to nie boli, gdzieś głęboko byłem już zmęczony jej zachowaniem. Zmęczony ciągłym udowadnianiem, że nie jestem potworem. Że nie jestem tym który chce go skrzywdzić 
Miałem dość bycia wrogiem. Tym najgorszym. Tym, którego obecność sama w sobie wydaje się obrazą. Jakbym istniał tylko po to, by kogoś skrzywdzić.
A przecież w rzeczywistości nigdy nie zrobiłbym Elianowi nic złego.
Jestem wampirem to prawda. Nie zaprzeczam temu. Moja natura nie jest ludzka, moje instynkty bywają mroczne, a głód potrafi być bezlitosny. Ale to nie znaczy, że jestem bestią bez wyboru. Nie znaczy, że muszę krzywdzić.
Nigdy nikogo nie skrzywdziłem bez powodu.
A jak dotąd… dopadłam tylko tych którzy odebrali mi rodzinę, tych którzy na to po prostu zasługiwali.
- Może wrócimy już do pokoju? Resztę zjadłbyś już tam co? - Zaproponowałem, chcąc uciec od spojrzeń której już mnie męczyły. 

<Elianie? C:>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz