poniedziałek, 16 lutego 2026

Od Serathiona CD Eliana

 Nie jest mu to aż tak bardzo potrzebne?
Trzymajcie mnie, bo przysięgam, że zaraz mu coś zrobię. Bez krwi umrze i chyba powinien być tego świadom. A on co? W takiej sytuacji myśli o mnie?
Boże, jaki on bywa niepoważny. Powinien myśleć przede wszystkim o sobie. O swoim życiu. Ja sobie poradzę. Nic mi nie będzie. Mogę się poobijać, mogę zostać poturbowany, mogę spożywać krew jedynego czy drugiego zwierzęcia. I to przeżyję. Ale on? On bez swojej krwi umrze.
A tego, tego zdecydowanie dla niego nie chcę.
- Ależ ty jesteś… - Mruknąłem w końcu, przewracając oczami. - Aż szkoda słów. - Choć prawda była taka, że wcale nie było mi do śmiechu. Myślałem już tylko o tych przeklętych opatrunkach i o tym, ile jeszcze krwi zdążył stracić.
Na szczęście mieliśmy nowe bandaże. Świeże, czyste. Gdy tylko przyniosę mu jedzenie, zajmę się jego ranami. A później niech leży. Im mniej będzie się ruszał, tym lepiej dla niego i obaj doskonale o tym wiemy, choć tylko ja mam odwagę powiedzieć to na głos.
- No co? Przecież mam rację - Upierał się, jakby to wszystko było jedynie drobną sprzeczką, a nie sprawą życia i śmierci. - Dla ciebie ta krew jest znacznie ważniejsza niż dla mnie. - Zacisnąłem szczękę. Denerwował mnie. Bo to nie było zabawne. On po prostu nie szanował własnego życia. A powinien. Zdecydowanie powinien.
- W porządku - Odparłem chłodniej, próbując zmienić taktykę. - Spójrz więc na to inaczej. Jeśli umrzesz… albo wykrwawisz się na śmierć, co w gruncie rzeczy na jedno wychodzi, to co ze mną? - Zamilkł na ułamek sekundy. - Nie będę miał dostępu do krwi. A wiesz, ile wtedy stracę? - Kontynuowałem ciszej. - Więcej, niż jesteś w stanie sobie wyobrazić. -Nie mówiłem tylko o fizycznej stracie.
Postanowiłem podejść do niego inaczej. Skoro nie potrafił martwić się o siebie, może chociaż przejmie się mną. Bo prawda była brutalna, bez niego sobie nie poradzę.
Elian westchnął cicho. Nie odpowiedział. Odwrócił wzrok, jakby nagle coś niezwykle interesującego znalazło się po drugiej stronie pomieszczenia. Milczenie mówiło więcej niż słowa.
- Tak więc musisz to sobie przemyśleć - Dodałem już łagodniej. - A teraz pozwól mi zająć się twoimi ranami. - Nie czekając na sprzeciw, ani na zajścia słońca, najpierw zmienię bandaże a potem przyniosę posiłek.
Ruszyłem po bandaże. Palce miałem pewne, choć w środku wszystko we mnie drżało. Rozwinąłem opatrunek powoli, ostrożnie odsłaniając zakrwawioną tkaninę.
- Siedź spokojnie - Mruknąłem. - Jeśli choć trochę mnie szanujesz, to tym razem mnie posłuchasz. - Dorzuciłem, bo naprawdę nie wiem, co zrobię, jeśli go stracę.
Spokojnie zmieniłem opatrunek, starając się nie skupiać na widoku jego krwi. Nie teraz. Nie mogłem sobie na to pozwolić. Oddychałem wolno, równo, robiąc dokładnie to, co trzeba.
Ruchy miałem pewne, choć w środku wszystko było napięte jak struna. Delikatnie oczyściłem ranę, nałożyłem świeżą gazę i starannie owinąłem ją bandażem, pilnując, by nie uciskać zbyt mocno.
- Gotowe - Mruknąłem pod nosem, bardziej do siebie niż do niego.
Przesiąknięte bandaże zwinąłem wyrzucę do śmieci.
- Od razu lepiej - Westchnąłem, zerkając na zegarek. - Wygląda na to, że mogę już pójść po jedzenie. - Spojrzałem na niego uważnie, jakby samym wzrokiem mógłbym upewnić się, że tym razem mnie posłucha. - I proszę mi się tu nie nadwyrężać - Dodałem ciszej, z nutą ostrzeżenia, ale i troski. - Zaraz wracam - Zapewniłem, po czym opuściłem pokój idąc do lady, zamawiając posiłek dla Eliana i kociaka.

<Elianie? C:>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz