Ująłem mojego partnera pod ramię, kiwając lekko głową. Oczywiście, że nie będzie już dziś polował. Wieczór zbliżał się nieubłaganie, a zmęczenie było widoczne w każdym jego ruchu. Jeśli tak bardzo mu zależy, pójdę zamiast niego. Nie zabiję swojego pobratymca, tego nie potrafiłbym zrobić, ale mogę z nim porozmawiać. Spróbuję go przekonać, przemówić mu do rozsądku, zrobić cokolwiek, byle tylko odszedł stąd, zanim Elian znów spróbuje go dopaść.
- Oczywiście. Zajmę się nim. Dziękuję - Powiedziałem cicho, szczerze wdzięczny medykowi za jego troskę i szybką pomoc. Gdyby nie on, Elian mógłby nie przeżyć. A tej myśli nie potrafiłem znieść. Kochałem go bardziej niż kogokolwiek na tym świecie i bałem się o niego w sposób, który odbierał mi oddech. Właśnie dlatego nie mogłem pozwolić, by ktokolwiek go skrzywdził. - Chodźmy - Poprosiłem łagodnie, prowadząc go powoli w stronę gospody.
Każdy krok wymagał ode mnie skupienia. Musiałem podtrzymywać go, by nie upadł, jednocześnie pilnując, by kaptur nie zsunął mi się z głowy. Słońce wciąż stało zbyt wysoko, jeden nieostrożny promień mógł dotknąć mojej skóry i pozostawić bolesne oparzenie. To nie było łatwe, gdy jedną ręką obejmowałem partnera, a drugą przytrzymywałem materiał, starając się osłonić twarz. Mimo to nie zwalniałem kroku. Najważniejsze było to, że był przy mnie. Oddychał. Żył. A resztą zajmę się później.
Bezpiecznie doprowadziłem go do gospody, czując wyraźną ulgę dopiero wtedy, gdy ułożyłem go ostrożnie na łóżku. Dopiero w zamkniętym pokoju mogłem zdjąć kaptur i ciężki płaszcz okrywający moje ciało, nie obawiając się promieni słońca, które jeszcze chwilę temu mogłyby boleśnie poparzyć moją skórę. Materiał opadł na podłogę z cichym szelestem, a ja przez moment pozwoliłem sobie na głębszy oddech.
- Dobrze. Teraz grzecznie leżysz i odpoczywasz - Powiedziałem łagodnie, poprawiając poduszkę pod jego głową. - W tym czasie przygotuję ci kąpiel. Musimy zmyć z ciebie tę krew i przebrać cię w coś czystego. Te ubrania… - Zawahałem się, spoglądając na przesiąknięty materiał. - Nadają się już tylko do wyrzucenia. Krwi nie da się z nich całkowicie usunąć. - Starałem się brzmieć spokojnie, choć w środku wciąż drżałem. Obraz jego poranionego ciała nie dawał mi spokoju, a zapach krwi unosił się w powietrzu zbyt wyraźnie. Musiałem się jednak opanować. Teraz najważniejsze było jego bezpieczeństwo i odpoczynek.
Odszedłem w stronę balii, zaczynając przygotowywać wodę. Po kąpieli zobaczymy, co dalej. Najpierw musi odzyskać siły.
A ja dopilnuję, by nikt więcej go nie skrzywdził.
- Nie mogę teraz odpoczywać. Muszę jak najszybciej przygotować się do walki z tym wampirem. On myśli, że cię zabiłem. - Zamarłem.
- Że… mnie zabiłeś? - Powtórzyłem ciszej, nie kryjąc zaskoczenia.
Serce na moment jakby przestało bić, choć przecież od dawna nie pracowało tak jak u śmiertelników. Skąd w ogóle takie przypuszczenie? Dlaczego ktokolwiek miałby uwierzyć w coś takiego?
Nie byłem szczególnie lubiany. Trzymałem się na uboczu, unikałem więzi, nie szukałem aprobaty innych wampirów. Niewielu mogłoby nazwać mnie przyjacielem, o ile ktokolwiek w ogóle by się na to odważył. A więc dlaczego ktoś miałby mścić się za mnie? Dlaczego uznałby, że moja śmierć wymaga odwetu?
To nie miało sensu.
I właśnie dlatego było tak niepokojące.
- Jesteś pewien, że to właśnie o mnie chodzi? - Dopytałem, wciąż nie rozumiejąc, co tak właściwie się dzieje.
<Elianie? C'>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz