Nie mogłem dłużej czekać. Coś było nie tak, czułem to całym sobą, jak niepokojące drżenie pod skórą. Elian nie poradzi sobie z nim sam. Znam wampiry wyższej klasy, są potężne, bezwzględne i niezwykle silne. Sam należę do wyższych sfer, lecz Draven… Draven jest ode mnie znacznie silniejszy. Regularnie pije krew, krew, która daje mu moc, energię i przewagę w walce z łowcami oraz ludźmi, których nazywa swoimi wrogami.
A Elian… on nie ma takiej siły.
Niepokój ściskał mi gardło coraz mocniej. Minuty dłużyły się w nieskończoność, a on wciąż nie wracał. To do niego niepodobne. Zbyt długo go nie było. Zdecydowanie zbyt długo.
W końcu nie wytrzymałem. Wstałem gwałtownie, jakby decyzja zapadła poza moją wolą. Narzuciłem na ramiona długi, ciemny płaszcz i bez słowa opuściłem pokój. Wiedziałem, jak wielkie to ryzyko. Wampir nie powinien wychodzić na światło dzienne, nawet jeśli słońce nie zabija, jego blask osłabia, odbiera siły, czyni podatnym na atak. Ale nie miałem wyboru.
Skryty pod ciężkim materiałem płaszcza, ruszyłem w stronę miasta. Musiałem go odnaleźć. Każdy krok potęgował przeczucie, że stało się coś złego. Coś, czego mogłem już nie zdążyć naprawić.
Ostrożnie opuściłem gospodę, czujnie zerkając w stronę słońca, którego promienie mogły mnie dotkliwie zranić. Każdy krok stawiałem powoli, pozostając w cieniu budynków. Naciągnąłem kaptur głęboko na twarz, tak aby ani skrawek skóry nie był wystawiony na światło.
Skupiłem się na węchu, na tej części siebie, która nigdy mnie nie zawodziła. Wciągnąłem powietrze, próbując wychwycić znajomy zapach mojego partnera. Pośród woni kurzu, potu, końskiej sierści i ludzkiej krwi szukałem tej jednej, jedynej nuty, którą rozpoznałbym wszędzie.
Rozglądałem się uważnie. Ludzie byli wszędzie, śpieszący się, rozmawiający, nieświadomi, jak blisko przechodzi drapieżnik. Musiałem zachować szczególną ostrożność. Wystarczyłby jeden nierozważny ruch, jedno podejście zbyt ciekawskiego człowieka, który spróbowałby ściągnąć kaptur z mojej głowy, przypadkiem lub celowo.
Nie mogłem do tego dopuścić.
Trzymałem dystans, omijałem tłum, poruszałem się cicho i płynnie, tak aby nikt nie ośmielił się zbliżyć. W tym mieście byli nie tylko zwykli ludzie, ale i tacy, którzy wiedzieli o naszym istnieniu. A niektórzy z nich marzyli o tym, by mnie sprowokować… albo zmusić do przemiany.
Nie pozwolę, by ktokolwiek mnie do tego zmusił. Najpierw muszę znaleźć jego.
I w końcu mi się udało. Znalazłem go, w gospodzie. Bogatej zdecydowanie nieodpowiedniej dla takich jak my.
Siedział przy jednym ze stołów, blady, zbyt blady nawet jak na człowieka. Gdy tylko go zobaczyłem, poczułem, jak coś ściska mnie w piersi.
- Ty tępy głupcze… - Warknąłem, dopadając do niego i chwytając go, zanim osunął się na podłogę.
Pomogłem mu usiąść na ławce pod ścianą, w cieniu. Dopiero wtedy zobaczyłem krew. Zbyt dużo krwi. - Musisz dostać się do medyka. Słyszysz mnie? - Wyszeptałem już ciszej, a w moim głosie zamiast gniewu brzmiało czyste zmartwienie.
Przycisnąłem dłoń do jego rany, próbując zatamować krwawienie. Ciepła krew przesiąkała przez materiał i skórę, jej zapach uderzył mnie z całą siłą. Musiałem zacisnąć zęby, żeby nie pozwolić instynktowi przejąć kontroli. - Co ty sobie wyobrażałeś? - Dodałem ciszej, pochylając się nad nim. - Miałeś na niego nie iść sam. - W jego oczach zobaczyłem ból… i coś jeszcze. Upór. Zawsze był uparty.
A ja bałem się, że tym razem ta jego duma może go zabić.
<Elianie? C:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz