Delikatnie zmarszczyłem brwi na jego słowa. Czy my mieliśmy jakąś umowę? Nie przypominam sobie. Znaczy, owszem, kazał mi iść spać, ale nie chciałem. Dzisiaj już wystarczająco dużo dnia przespałem, i zaraz znów mam iść spać, no ileż można. Co prawda, nic pożytecznego nie zrobiłem, ale też nic sobie nie nadwyrężyłem. Mogę więc uznać to za sukces.
– Nie pamiętam sobie, byśmy mieli jakąś umowę. To ty coś sobie stwierdziłeś, ja nic nie potwierdzałem – odpowiedziałem spokojnie, głaszcząc rozwalonego na kołdrze Futerko. Wyjątkowo miał dyspensę na spanie w łóżku, bo byłem sam. Niech jednak nie myśli sobie, że zawsze będę mu na to pozwalał.
– Najlepiej, zgonić na mnie – pokręcił z niedowierzaniem głową, ściągając płaszcz. Od razu przyjrzałem mu się z uwagą. W nikłym świetle kominka zauważyłem, że oczy, chociaż jaśniejsze, dalej były trochę matowe. Albo nie pojadł sobie wystarczająco dobrze, albo nie znalazł nikogo dobrego i skupił się na zwierzęcej krwi. To niedobrze. Za dwa, góra trzy dni znów będzie w takim samym stanie. I znów będzie musi wyruszyć na łowy. Niedobrze. Jeżeli żaden drapieżnik nie pozbędzie się trucheł, myśliwych może zainteresować duża ilość martwych zwierząt bez absolutnie żadnej krwi. Jeśli się im przyjrzą, jakoś je zbadają. To też będziemy musieli mieć na uwadze.
– Jak łowy? – spytałem spokojnie mimo, że znałem odpowiedź. Chciałem trochę pociągnąć rozmowę, odroczyć moje pójście spać, do którego zapewne dojdzie, kiedy tylko położy się obok i każe mi przyłożyć głowę do poduszki. Ostatnio nic, tylko spałem. Nic dziwnego, że może się przy mnie nudzić. I jeszcze do tego ten głód... muszę pamiętać, by być przy nim delikatny, i to znacznie bardziej delikatny niż zwykle, jeśli nie chcę posmakować jego gniewu, lub po prostu nie sprawić mu przykrości.
– Owocne – powiedział krótko, nie rozszerzając swojej wypowiedzi. To mnie zmartwiło. Owocne... czyli musiał przerzucić się na zwierzęta. – Ale nie wśród ludzi. Wszyscy śmierdzieli.
– No tak, posmakowałeś mojej wspaniałej krwi to nagle ci wszystko śmierdzi? – spytałem, lekko rozbawiony.
– Zawsze miałem wysublimowane podniebienie – fuknął, zadzierając wysoko swój nosek.
– Owszem. A Durandowie, których zabiłeś, na pewno mieli tak wspaniałą krew, jak ja – uśmiechnąłem się gorzko. Niemalże co drugi łowca, jakiego miałem nieprzyjemność spotkać, często pijał gorzałkę. Albo palił to dziwne, suszone ziele, co nie pachniało, a okropnie śmierdziało. I jeszcze było niebotycznie drogie, bo sprowadzane zza morza. Absolutnie niepraktyczna rzecz, a jakimś cudem strasznie uzależnia.
– Cóż... to było coś innego – powiedział, spuszczając. – I nie śmierdzieli tak bardzo jak ci wszyscy menele, których mijałem.
– Cud, że w ogóle ich mijałeś. Alkohol i niskie temperatury to paskudne połączenie. Kostucha tej zimy będzie trochę roboty miała – odparłem, wyciągając ramię, by Serathion mógł się wtulić w moje ciało, co zresztą uczynił, tylko bardzo ostrożnie, by nie sprawić mi żadnego bólu.
– Jakoś mi ich nie żal – mruknął, zerkając na mnie kątem oka. – Połóż się już. Jak jesteś zmęczony, gadasz strasznie głupoty.
– A ja myślałem, że lubisz mój głos – westchnąłem cicho, udając trochę niepocieszonego i może tak odrobinkę przybitego.
<Różyczko? c:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz