Przepraszam bardzo, ja mam się zachowywać? Ja? A co takiego zrobiły nasze dzieci? Ma im się upiec to, że nie poinformowały nas o gościach? Już pal licho to, że to ich partnerzy, jakoś bym tę informację przełknął, ale one postawiły nas przed faktem dokonanym. Nie mogliśmy się zgodzić czy nie zgodzić, mogliśmy po prostu zaakceptować ten los. Tak to nie powinno wyglądać. Nie możemy im pobłażać.
Ale dobrze. Niech mu będzie. Poczekam, aż te drugie połówki naszych dzieci pójdą, i wtedy pogadamy. Oj, porządnie sobie pogadamy... Nie pozwolę być tak znieważany. W końcu, jak inaczej to nazwać? Powiedziałbym wręcz, że mnie opluli, a przynajmniej na pewno się tak poczułem.
– Zrobię to dla ciebie, nie dla nich. Zachowali się karygodne – mruknąłem, czując jak coś się we mnie gotuje. A później dziwią się, że im nie ufam... jak mam im ufać, kiedy robią nam takie rzeczy.
– Nie przesadzasz? Tylko zaprosili swoich chłopaków. To przecież nic takiego – stwierdził Miki, jak zwykle biorąc ich stronę.
– Nic takiego? Zrobili to bez informowania nas o tym. Mogliśmy mieć przecież własne plany. Mogliśmy nie mieć żadnego jedzenia. Mogliśmy mieć bałagan. Zresztą, Banshee jest w salonie. Oni są ludźmi, nie mogą jej zobaczyć – odpowiedziałem, już nieco się denerwując. Przecież jak zobaczą bestię w naszym domu, mogą połączyć ją z tymi wszystkimi zniknięciami, albo odnalezionymi resztkami zwłok w lesie. Zresztą, nawet jak oni tego nie połączą, to połączą to inni ludzie. Wystarczy, że komuś o niej powiedzom. Rodzicom, na przykład. Oby tylko dzieciaki nie były na tyle głupie i o niej nie mówiły... nie, na pewno nie byłyby tak nierozsądne. Chociaż teraz to już sam nie wiem.
– Faktycznie, to solidny argument. Pójdę do jadalni, zajmę ich czymś. Zaprowadź Banshee do sypialni, będzie musiała tam przeczekać – zdecydował, już znikając z mojego pola widzenia.
Wolałem działać szybko. Od razu ruszyłem do salonu, gdzie przy kominku leżała Banshee. Nie była jednak rozwalona i beztroska, a cała spięta, gotowa do działania. Na szczęście zakrywały ją meble, dzięki czemu jeszcze nikt jej nie dostrzegł. Wystarczyło jedno spojrzenie, i już wiedziała, że, nie może tu zostać. Podniosła się i grzecznie ruszyła w stronę naszej sypialni. Na chwilę tylko zatrzymała się w korytarzu, unosząc łeb do góry i wąchając nowe zapachy. Zapoznawała się z nimi, i zapamiętywała, na wszelki wypadek. Dopiero po chwili weszła do sypialni, a ja za nią. Nie mogłem jej tu tak po prostu zostawić. Może nie miałem dla niej żadnego posłania, ale mogłem jej rozpalić kominek tutaj.
– Pójdą sobie, i znów będziesz mogła spać z Psotką. Też się ich nie spodziewałem – mówiłem do niej, dokładając drewna do kominka. Z tego co widziałem, Psotka już się zainteresowała nowymi gośćmi. Była zdecydowanie zbyt ufna i przyjacielska jak na psa stróżującego. Na szczęście mój ogar trochę to równoważy. – Oby szybko sobie poszli, mam sporo rzeczy do powiedzenia moim dzieciom. Ale będę musiał zamknąć gębę i cierpliwie czekać. Ty to masz dobrze. Wolałbym tu posiedzieć z tobą, przynajmniej niczego bym nie popsuł – dodałem, w końcu podnosząc się z klęczek. Nie chciałem tam iść. Ale chyba nie miałem wyjścia, ani dzieciaki ani Miki by mi tego nie wybaczyły. Niech jednak nie liczą na to, że będę się uśmiechać. To, że nie wybuchnę, już musi im wystarczyć.
<Owieczko? c;>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz