niedziela, 22 lutego 2026

Od Haru CD Daisuke

Szczerze mówiąc, nie wiedziałem, co mam zrobić. Chciałem pomóc mojemu paniczowi, zabrać od niego cały ból i cierpienie, które w tej chwili rozdzierało jego ciało. Oddałbym wszystko, by móc przejąć ten ciężar na siebie. Chciałem pomóc jakkolwiek, zrobić cokolwiek, ale nie mogłem. Byłem bezradny. 
Sam poród jest czymś przerażającym, lecz cesarskie cięcie wykonywane bez znieczulenia… to było jak koszmar, z którego nie można się obudzić. Wiedziałem jednak, że nie ma innego wyjścia. Jeśli medyk twierdził, że musimy działać natychmiast, że każda chwila zwłoki może kosztować ich życie, nie mogliśmy się wahać. Trzeba było zrobić wszystko, by ratować mojego panicza i nasze dzieci.
- Dasz radę, wierzę w ciebie, przeżyjesz i będziesz najlepszym rodzicem na świecie - Zapewniłem, mówiąc do niego, nim skupiłem się na medyku. - Proszę robić to, co konieczne… byleby tylko on to przeżył. Nie wybaczę panu, jeśli coś mu się stanie - Ostrzegłem drżącym głosem, nie mogąc znieść widoku bólu malującego się na twarzy Daisuke.
Serce pękało mi w piersi. Każdy jego oddech był jak cios wymierzony prosto we mnie. Nigdy wcześniej nie czułem się tak słaby, tak bezużyteczny.
- Uratujemy ich. Całą trójkę - Zapewnił medyk, chwytając ostrze.
Gdy przeciął skórę, krew spłynęła po jego ciele, a z gardła Daisuke wyrwał się przerażający krzyk, który na zawsze wypali się w mojej pamięci. Ten dźwięk prześladować mnie będzie do końca życia. Wszystko wyglądało tak strasznie, tak nieludzko. Choć narodziny dziecka to cud, chwila, w której na świat przychodzi nowe życie, cena, jaką musi zapłacić matka, jest okrutna. Nie chciałem, by kiedykolwiek jeszcze musiał przez to przechodzić.
Medyk działał sprawnie. Wyjął nasze maleństwa, które niemal natychmiast zaczęły głośno płakać, jakby oznajmiały światu swoje przybycie. Starannie zszył brzuch mojego panicza i zrobił wszystko, co w jego mocy, by go ustabilizować.
A jednak gdy Daisuke stracił przytomność, ogarnął mnie paraliżujący strach.
Nie potrafiłem cieszyć się z narodzin naszych dzieci. Nie wtedy, gdy on leżał bezwładnie, blady i nieruchomy. Maluchy zostały pod opieką babci wiedziałem, że zajmie się nimi lepiej, niż byłbym w stanie w tej chwili. Dla mnie liczył się tylko on.
- Co z nim? Wszystko w porządku? Obudzi się, prawda? - Pytałem, czując, jak głos mi się łamie.
Nie odrywałem od niego wzroku, jakby sama siła mojego spojrzenia mogła przywołać go z powrotem.
Medyk położył dłoń na moim ramieniu. Jego dotyk był pewny, spokojny zupełnie jakby próbował przekazać mi część swojego opanowania. Uśmiechnął się delikatnie.
- Nic mu nie będzie. Ból był tak silny, że organizm sam go odciął. To tylko omdlenie. Musi odpocząć i zregenerować siły. Został prawidłowo zszyty, rana jest czysta. Wezwę służbę, by zajęła się nim i dopilnowała wszystkiego. A pan, powinien teraz skupić się na dzieciach. Są zdrowe i piękne. Syn i córka. Teraz nie jest pan w stanie mu pomóc. On musi spać. A pan powinien przywitać się z nimi. - Jego słowa docierały do mnie powoli, jakby przebijały się przez gęstą mgłę strachu. Spojrzałem jeszcze raz na twarz mojego panicza bladą, nieruchomą, ale już spokojną. Oddychał równo. To było najważniejsze. Był bezpieczny. Medyk dobrze się nim zajmie. Wiedziałem to. Musiałem mu zaufać.
A ja… ja powinienem pójść do naszych dzieci, aby powitać je na świecie.

<Paniczu? C:> 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz