Może rzeczywiście byłem dla niego zbyt ostry. Może słowa, które padły, były cięższe, niż powinny. Ale czy naprawdę nie miałem racji?
Prosiłem go. Tyle razy prosiłem, żeby uważał. Żeby nie mieszał się w każdą głupotę, która tylko przemknie mu przez myśl. A on co? Bezczelnie poszedł niemal na pożarcie lwa, jakby własne życie było dla niego nic niewarte. I teraz, mimo że ledwo stoi na nogach, mimo że wciąż jest ranny i osłabiony, chce się poświęcić dla innego łowcy. Nie zgadzam się na to.
James nawet specjalnie nie przejął się tym, że Elian został ranny. Widziałem to w jego oczach chłód, obojętność, może nawet irytację. Jakby to był tylko drobny incydent, coś, co nie zasługuje na uwagę. Skoro jego to obeszło, dlaczego Elian miałby ryzykować dla niego własnym życiem?
Ma się poświęcać dla kogoś, kto ma go gdzieś? Nie. Zdecydowanie nie.
Na jego miejscu odpuściłbym. Wzruszył ramionami i pozwolił innym radzić sobie z własnymi problemami. Ale on… on zawsze musi być bohaterem. Zawsze musi brać na siebie więcej, niż powinien. Głupi jest. I pewnie zawsze będzie. Dlatego muszę go pilnować. Muszę stać obok i trzymać go w ryzach, nawet jeśli mnie za to znienawidzi. Bo jeśli tego nie zrobię, prędzej czy później zginie. I to przez własną, naiwną potrzebę poświęcania się dla wszystkich dookoła.
Zszedłem na dół, biorąc głęboi wdech i wydech.
Oczywiście los postanowił sobie ze mnie zakpić, za ladą stała Dona. Czasami mam wrażenie, że wszechświat specjalnie podsuwa mi ją pod nos, żeby sprawdzić granice mojej cierpliwości. Lub aby ona w końcu znalazła na mnie coś, za co będzie w stanie mnie stąd wyrzucić.
- Poproszę coś ciepłego dla Eliana - Powiedziałem spokojnie. Zbyt spokojnie. Każde słowo było wyważone, jakbym stąpał po cienkim lodzie. Nie chciałem prowokować. Nie chciałem powiedzieć nic, co mogłoby rozpętać kolejną niepotrzebną kłótnię.
Kobieta kiwnęła tylko głową. Nie wypowiadając ani jednego słowa. I może to lepiej. Wiem, że zauważyła moją nieobecność. Wiem, że wie, iż opuściłem dziś pokój niemal na całą noc. A to w jej oczach zapewne znaczy tylko jedno, zdrada. Bo przecież nie może być innego powodu. Na pewno byłem z kimś innym. Na pewno bawiłem się świetnie, podczas gdy Elian leżał ranny. Absurd.
Podała mi posiłek, przyglądając się uważnie, jakby próbowała wyczytać coś z mojej twarzy. Widziałem, że chce coś powiedzieć. Jej wargi drgnęły, zacisnęły się, jakby powstrzymywała słowa, które cisnęły się na język. W końcu odpuściła.
I za to byłem jej wdzięczny.
Nie chcę się z nią kłócić. Nie teraz. Nie tutaj Nie z powodu Eliana.
Po odebraniu posiłku podziękowałem krótko i bez zwlekania opuściłem pomieszczenie. Schody pokonałem szybciej, aby móc wrócić do ukochanego.
Drzwi do pokoju uchyliłem ostrożnie.
Elian wciąż wyglądał na obrażonego. Albo zawiedzionego. Może jedno i drugie.
- Proszę. Zjedz coś. Dona dała ci też coś do picia. Nie wiem, co to jest. Nie znam się na waszym ludzkim jedzeniu. - Spróbowałem się uśmiechnąć. Delikatnie. Tak, żeby nie wyglądało to na kpinę, tylko na próbę pojednania.
Spojrzał na mnie spod zmrużonych powiek. W jego oczach było coś ciężkiego upór, może złość. A może po prostu ból, którego nie chciał przyznać.
Westchnąłem cicho.
- Nie patrz tak na mnie. On nie przejął się tym, że jesteś ranny. Więc ty też nie musisz się nim przejmować. Nie musisz zawsze ratować wszystkich. Zwłaszcza tych, którzy nawet nie spojrzą, czy jeszcze oddychasz. - Stwierdziłem, wzruszając ramionami.
<Elianie? C:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz