Trochę nie do końca rozumiałem, co Serathion tutaj robił. Przecież było jasno... za jasno. Powinien siedzieć jeszcze w gospodzie, ja w końcu bym tam wrócił. W końcu, jakaś głupia rana na pewno nie jest w stanie mnie zabić, ale jego słońce może już poważnie skrzywdzić. Pomyślał w ogóle o sobie? Zdecydowanie łatwiej by było, gdyby jak kiedyś zwracał uwagę tylko na siebie.
– Jakoś tak wyszło, że znalazłem go pierwszy – wymamrotałem, patrząc na swoją rękę. Ten medyk mógłby się chociaż raz pospieszyć, byłoby mi niezwykle miło. Trochę ciężko było mi utrzymać skupienie, kiedy z rany sączyło się tyle krwi. Tyle zmarnowanej krwi, swoją drogą. Przecież to wszystko mogłoby być dla Serathiona... Swoją drogą to, jak on się powstrzymuje, jest niesamowite. – Nie powinieneś wychodzić z pokoju – dodałem, unosząc wzrok na jego twarz, skrytą głęboko pod kapturem. Malował się na niej strach, jak i zdenerwowanie, chociaż nie, zdenerwowanie to zbyt delikatne słowo. Był wkurwiony. Mocno wkurwiony.
– Gdybym nie wyszedł, wykrwawiłbyś się tu na śmierć. Musimy iść do medyka – powiedział, na co pokręciłem głową.
– Medyk już tu idzie. Gospodarz, którego przy okazji wyzwoliłem spod uroku powiedział, że go tu przyprowadzi. Widzisz? Wszystko jest pod kontrolą – uśmiechnąłem się słabo do niego, by tylko nie martwił się za bardzo. Nic mi w końcu nie było. To tylko nieco głębsze rany niż te, które mam zazwyczaj po takich walkach. Nic wielkiego.
– Jakbym cię nie podtrzymywał, zaraz byś tu runął na ziemię – burknął, odwracając głowę, kiedy tylko drzwi się otworzyły. – No najwyższa pora. Za chwilę mi się tu jeszcze wykrwawisz – dodał, mocniej przyciskając materiał do mojej rany.
– To dużo krwi – usłyszałem nieco znajomy głos medyka. Znów trafiam na tego samego faceta, który już raz mnie stawiał na nogi. Ja to dopiero mam szczęście.
– Wystarczy tylko zszyć tę najgorszą ranę. Reszta się sama zagoi – powiedziałem do starszego mężczyzny, a Serathion prychnął na moje słowa.
– Ta, pewnie. Proszę go całego pozszywać i zabandażować tak, by się nie ruszał. Nie wpadnie na żaden głupi pomysł – zasugerował mój wampirek obserwując, jak medyk wyciąga bandaże.
– Serathion... – zacząłem, ale nie pozwolił mi dokończyć.
– Nie Serathionuj mi tutaj, to ci nic nie pomoże – burknął, mierząc mnie wściekłym spojrzeniem.
– Wystarczy, panowie. Poproszę o mocny alkohol i ciepłą wodę z czystą szmatką. Szybko – dodał medyk, a gospodarz zareagował błyskawicznie.
Medyk zajął się mną aż za dobrze. Oczywścił rany, obmył z krwi, głębsze rany zaszył, całą resztę zabandażował. Czułem się jak jakaś mumia. Zbyt bardzo sobie wziął do serca słowa Serathiona.
– Proszę odpuścić sobie dalsze polowanie. Jeden zły ruch, i znów to wszystko się otworzy – przestrzegł mnie medyk, na co się skrzywiłem. Nie mam czasu na odpoczynek, jestem na polowaniu, zaraz się ściemni, przecież to bardziej niż pewne, że ten potwór wróci po mnie.
<Różyczko? c:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz