czwartek, 12 lutego 2026

Od Eliana CD Serathiona

 Był ewidentnie zaskoczony tym, co mu powiedziałem, i nie dziwiłem się mu. Ostatnio przecież na niego polowałem i może przez to, że zniknął, że ogień strawił jego posiadłość pomyślał, że to z mojej winy? Zwłaszcza, że dalej nim pachnę. Pewnie łatwiej mu było uwierzyć w to, że t go zabiłem, niż że jesteśmy razem. Co prawda, przez to, że po mnie wyszedł, trochę ten plan na panewce spalił... no trudno, i tak prędzej czy później by to wyszło na jaw. 
– Tak mi się wydaje. No chyba, że wśród wampirów jest jeszcze jeden Serathion – powiedziałem, ciężko wzdychając. Nie za mocno mnie zabandażował? Przecież ja ledwo mogłem chodzić. 
– Nie. Ale... nie rozumiem – przyznał, całkowicie zagubiony. 
– Ty zniknąłeś, twój dom spłonął, i mam twój zapach na sobie. Stąd pewnie założył, że cię zabiłem – odpowiedziałem, przesuwając palcem po rękojeści sztyletu. Niech się tylko tu pojawi. Nieważne, czy ledwo stałem czy nie, dopadnę go. – Teraz się pewnie trochę zdziwi. 
– Nie sądziłem, że ktoś taki jak on chciałby mnie pomścić – mruknął, krzyżując ręce na piersi. 
– Nie mówił o tobie pochlebnie. Chyba bardziej mu chodziło o to, że kolejny wampirzy ród przepadł – odpowiedziałem, przypominając sobie jego słowa. – Muszę iść. Muszę jeszcze porozmawiać z Jamesem. Powinien uważać – mruknąłem, podnosząc się z łóżka. 
– Musisz się umyć i położyć. Najwyższa pora, byś trochę odpoczął, co? – zaproponował, na co nie mogłem się zgodzić. 
– Nie mogę. Nie wykonałem zlecenia – mruknąłem, co wywołało ze strony Serathiona westchnienie irytacji. 
– To zlecenie nawet nie było twoje – odpowiedział, pomogając mi wstać, ale jedynie poprowadził mnie do łazienki i usadził tam na krześle. – Jesteś ledwo żywy. Na dzisiaj koniec. Słońce zajdzie, to znajdę tego Jamesa i z nim pogadam. Tobie jednak wystarczy. Już się popisałeś, i prawie umarłeś. Coś ty w ogóle sobie myślał? 
– Szybko na niego natrafiłem. I jakoś tak nie miałem za bardzo czasu na myślenie – odpowiedziałem, pusząc policzki. Serathion nalał trochę wody, płynu, a następnie zaczął mnie ostrożnie rozbierać. 
– Cud, że nic do się nie stało. Wchodź do wanny. Pomogę ci się umyć – zarządził, a ja ci miałem zrobić? Musiałem się zgodzić. Powoli wstałem z krzesła, ściągnąłem resztę ubrań i wszedłem do balii. Serathion nie nalał jej pełnej, więc moje rany i świeże bandaże nie były narażone na kontakt z głową. Głównie to mój tors, ramiona i ręce miałem naznaczone pazurami tamtego wampira. – Krew masz nawet na włosach – mruknął zmartwiony, nabierając na dłonie szampon. 
– To pewnie dlatego, że trochę je poprawiałem – mruknąłem, przymykając oczy. Byłem tak strasznie zmęczony, najchętniej bym się położył... ale nie mogłem. Musiałem działać, póki było widno, a za wiele czasu to ja nie miałem. Godzina może? I to jeszcze niecała. 

<Różyczko? c:>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz