piątek, 31 października 2025

Od Soreya CD Mikleo

 Na jego słowa rozpostarłem swoje skrzydła, wyciągając ręce w jego stronę. Byłem... cóż, chyba gotów. Nie, nie chyba, na pewno. Nie mam pojęcia, jak daleko dotrę. Jeśli bym się pospieszył, już byśmy wrócili do domu. Tylko... czy Miki mi na to pozwoli? Wydaje się być o mnie bardzo zmartwiony. No i psiaki, one też będą potrzebowały przecież przerwy. Może więc... tak by się nie forsować? Co to w końcu jeden dzień różnicy? Jeszcze nie wiem, jak będę się czuł po tych kilkudziesięciu kilometrach. Wyraźnie czułem, że jeszcze coś w moim organizmie się znajduje, chociaż jest znacznie lepiej ze mną, niż wczoraj, to z pewnością, więc trzeba z tego korzystać. Też miałem już zresztą dosyć. Chciałem wrócić do domu, gdzie było miło, bezpiecznie, i ciepło. Czułem, że jeżeli ktoś by nas w tej chwili zaatakowałbym, nie byłbym w stanie go obronić, co mnie chyba najbardziej przerażało. Gdyby coś mu się stało... przeze mnie... nawet nie chcę o tym myśleć. Musimy znaleźć się w domu, tam będzie bezpieczny, a ja w końcu odetchnę z ulgą. 
- Wszystko w porządku. No chodź do mnie, wracajmy już do domu. Trochę też już mam dosyć tej wyprawy – powiedziałem, czekając aż do mnie podejdzie, bym mógł porwać go w swoje ramiona. 
- Gdybym wiedział, że tak to będzie wyglądać, nie nalegałbym na ten wylot – odpowiedział, a w jego głosie usłyszałem wyrzuty sumienia. 
- A gdyby babka miała wąsy to by była dziadkiem. Nie patrz tak na mnie, zasłyszałem to w pracy. I wiem, że to brzmi głupio, ale czy tak nie brzmi każde gdybanie? Oczywiste jest to, że gdybyśmy wiedzieli, nigdzie byśmy się nie ruszali. Ale stało się. Nie ma co się zadręczać. Czegoś się nauczyliśmy, jesteśmy mądrzejsi, wiemy już pewne rzeczy... i tyle. Nic więcej nic z tym nie zrobimy – uspokoiłem go, podchodząc do niego, by go przytulić, ucałować w czoło i go wziąć w ramiona. Moje leciutkie maleństwo... on powinien być taki lekki? Czy może po prostu mi siły wróciły? Oby to drugie. Najwyższa pora, bym zaczął wracać do siebie. Ileż to ja w końcu mogę leżeć? W końcu, jestem demonem, silną istotą, nie mogę dać się pokonać jakiemuś narkotykowi. 
- Szkoda, że ty swoich wyrzutów sumienia tak nie starasz się tłumaczyć. Dobrze by ci to zrobiło – odpowiedział, podczas kiedy w końcu opuściłem tę zatęchłą jaskinię. Świeże powietrze w płucach to coś, czego zdecydowanie potrzebowałem. 
- Ja to coś zupełnie innego. I sytuacje, przez które czułem wyrzuty sumienia, też są zupełnie inne – powiedziałem, unosząc się ponad koronami drzew. Jak dobrze pójdzie, uda nam się wrócić do domu. Jak nam źle pójdzie... no to wrócimy jutro późnym porankiem. Zobaczymy, co to takiego będzie i na ile mi pozwoli mój mierny organizm. 

<Owieczko? C:>

Od Daisuke CD Haru

 Nawet jeśli było mi zimno, nie chciałem wracać do domu. Przecież dopiero co wyszliśmy. Ledwo wziąłem dwa wdechy świeżego powietrza, i już miałbym wracać? Nie po to wychodziłem na dwór, by zrobić dwa kroki. Chciałem spędzić z nim miło czas, zwiedzając nasz ogród podczas jesieni, trochę późnej i chłodnej. Mogłem wziąć rękawiczki, owszem, ale przyznam, trochę o nich zapomniałem. Następnym razem będę o nich pamiętać, bo następny raz na pewno będzie. Wiem, że on woli bardziej aktywne spędzanie czasu, więc może coś takiego mu bardziej do gustu przypadnie. Chociaż... co to za aktywność, taki krótki spacer? Na nic innego ostatnio nie mam siły. Nawet z przejażdżką konną sobie rady nie daję, a jedyne, co podczas niej muszę, to utrzymać się na koniu, bo wiem, że mój wierzchowiec o wszystko inne zadba. 
– Jest w porządku. Zawsze przecież jestem chłodny – wzruszyłem ramionami nie chcąc, by ten spacer się kończył. Nie teraz, kiedy się dopiero co zaczął. 
– Chłodny owszem, ale aż tak lodowaty...? Powinieneś wziąć ze sobą jeszcze szalik, rękawiczki – pouczył mnie, podczas kiedy on sam nie miał na sobie nawet płaszcza. Przyciągnął mnie też bliżej siebie, jakby chciał, by ciepło bijące od jego ciała ogrzało także mnie. 
– Gdzieś mi to przez myśl przeszło, jednak zaraz mnie pociągnąłeś na dwór. Zresztą, nie przejmuj się tak. Dom jest blisko, w każdej chwili możemy wrócić – odparłem, mimowolnie wtykając się w jego bok. Jak dobrze, że jest tu blisko. Bez niego ten spacer nie byłby taki sam. 
– Nie forsuj się za bardzo. Nawet jeżeli to jeszcze niepewne, nie powinieneś chorować – dodał, poprawiając kosmyki moich włosów. Wydaje mi się jednak, że zrobił to dlatego głównie po to, by sprawdzić, czy nie mam gorączki. – Dlatego uważam, że powinniśmy już wracać. W domu też możemy spędzić miło czas. 
Na te słowa cicho westchnąłem. Już zrozumiałem, że nawet jakbym chciał się zrelaksować, nie będę potrafił, bo on co chwila będzie przypominał mi o tym, że jest zimno, i że jestem zimny, i że powinniśmy wracać. Może powinienem poczekać dłużej z tą ciążą...? Tak do wiosny...? Chociaż, czy wtedy nie byłbym za stary? Już i tak mam dużo lat na karku, rodzinę założymy w późnym wieku, przynajmniej ja, bo on starzeje się zupełnie inaczej. Ciałem i duchem jest pewnie młodszy ode mnie. 
– Jeśli uważasz, że tak będzie najlepiej – powiedziałem cicho, nie kryjąc zawodu w głosie. Miałem nadzieję na nieco dłuższy spacer. Że przejdziemy cały ogród, obejrzymy pastwiska z końmi, które uratowaliśmy podczas podróży na miesiąc miodowy, że spędzimy miło czas. A jak mam go miło spędzić, kiedy on się cały czas nade mną trzęsie? A ja trzęsę się jeszcze obok niego. 
– Po prostu się martwię o ciebie. Jesteś... – tutaj zawiesił głos, jakby zastanawiał się, czy to, co myśli, może powiedzieć na głos, jakbym się miał obrazić. Czemu? Za co? Ja chyba nie jestem aż taki obrażalski. – Delikatny, drobny, kruchy. Jak porcelanowa laleczka. I jeżeli w dodatku jesteś w stanie błogosławionym... naprawdę powinieneś na siebie uważać. Zwłaszcza na początku, kiedy to wszystko jest jeszcze niepewne i w każdej chwili możesz... no wiesz – nie powiedział tego na głos, ale doskonale wiedziałem, że mój mąż ma na myśli poronienie. Nie jest to coś, co chciałbym przeżyć. Wychodzi więc na to, że powinienem go słuchać, czy mi się to podoba czy nie. A się nie podobało. Chciałem chociaż trochę żyć, ale wychodzi na to, że muszę całkowicie porzucić jakiekolwiek przyjemności.
– Wiedziałem, że wiele będę musiał sobie odpuścić, ale nie sądziłem, że odpuścić będę sobie musiał każdą, najmniejszą przyjemność – powiedziałem cicho, ze smutkiem, bardziej do siebie niż do niego. 

<Piesku? c:>

czwartek, 30 października 2025

Od Mikleo CD Soreya

Mimo jego zapewnień wciąż nie byłem przekonany, czy to na pewno dobry pomysł. Czy on naprawdę był już na siłach, żeby lecieć? Kurczę, miałem co do tego spore wątpliwości. A jednak, skoro sam mówił, że czuje się lepiej, i wyglądał znacznie zdrowiej niż jeszcze wczoraj, to chyba nie miałem wyboru. Musiałem mu zaufać. Może rzeczywiście najlepiej będzie, jeśli ruszymy w drogę, a po dotarciu do domu pozwolę mu odpocząć. Położy się w łóżku, a ja rozpalę ogień w kominku, żeby zrobiło się cieplej. To na pewno dobrze mu zrobi.
Co prawda, jako demon nie odczuwał temperatury tak jak człowiek, ale nawet on teraz zdawał się lekko zmarznięty. Widziałem to po jego ruchach, po tym, jak mimowolnie otulał się skrzydłami, jakby próbując zatrzymać ciepło. Choć nie był w stanie precyzyjnie określić, czy jest mu zimno, czy ciepło, wiedziałem, że jego ciało potrzebuje odpoczynku.
- Jesteś pewien w stu procentach, że dasz radę polecieć? - Zapytałem z wyraźną troską w głosie. - Pamiętaj, że musisz utrzymać mnie i plecak, a razem trochę ważymy. Nie chcę, żebyś w połowie drogi stracił siły. - Spojrzał na mnie z tym swoim łagodnym, pewnym siebie uśmiechem.
- Skarbie, ani ty, ani ta torba nie ważycie na tyle dużo, żebym nie był w stanie was unieść - Odparł spokojnie. - Naprawdę czuję się już lepiej, tak jak mówiłem. Nie musisz się o mnie martwić. Poradzę sobie. Jeśli tylko nie będziesz się dalej upierał, wyruszmy w drogę. Im szybciej ruszymy, tym szybciej dotrzemy do domu. - Powiedział to, przesuwając się bliżej, a potem musnął mój policzek delikatnym pocałunkiem. Jego dotyk był ciepły i znajomy, taki, który zawsze rozbrajał mój upór.
Co więc mi pozostało? Nie chciałem z nim dyskutować, bo wiedziałem, że to nie miało najmniejszego sensu. Mój mąż, gdy się na coś uprze, potrafi zrobić wszystko, by dopiąć swego, nawet jeśli świat miałby stanąć mu na drodze.
- W porządku - Odparłem cicho. - Skoro czujesz się na siłach, nie będę cię powstrzymywać. Jeśli uważasz, że to dobry moment na powrót do domu, to ruszajmy. - Mimo woli uśmiechnąłem się, patrząc na mężczyznę, którego tak bardzo kochałem. Nawet w chwilach, gdy martwiłem się o niego najbardziej, potrafił sprawić, że serce biło mi szybciej.
- Bardzo mnie cieszy, że zgadzasz się na ten pomysł. Wstajemy i ruszamy, mam już dość leżenia na tej zimnej ziemi - Mruknął, podnosząc się nieco z koca.
Kiwnąłem tylko głową i sam również wstałem, otrzepując spodnie z drobinek piachu. Zabrałem się za pakowanie rzeczy, starając się robić to jak najciszej, żeby go nie przemęczyć. Nie chciałem, żeby się wysilał wystarczyło, że będzie musiał lecieć. To i tak spory wysiłek po wszystkim, co ostatnio przeszedł. Nie potrzebowałem, żeby pomagał. Wolałem, żeby zachował siły na powrót.
W ciszy zebrałem koc, zwijając go starannie, potem sprawdziłem paski torby i uprząż, żeby nic nie przeszkadzało w locie. Gdy wszystko było już gotowe, odwróciłem się do niego.
- Wszystko już spakowałem - Oznajmiłem, poprawiając plecak na ramieniu. - Jeśli masz siłę, możemy lecieć. - Przyglądałem mu się uważnie, doszukując się w jego spojrzeniu najmniejszego śladu zmęczenia czy zawahania. Nie chciałem, by robił coś ponad siły, nawet jeśli twierdził, że czuje się dobrze...

<Pasterzyku? C:> 

Od Haru CD Daisuke

Zdecydowanie przesadzał. Ja tam na nic nie narzekałem, zrozumiałem przecież, że po prostu tęskni, że źle znosi to, iż spędzamy ze sobą tak mało czasu. Nic dziwnego, że gdy tylko jestem w domu, chce nadrobić te chwile. Ja też tego pragnąłem, tylko niestety nie zawsze miałem ku temu możliwość. Na szczęście jeszcze trochę i znów będę mógł poświęcić im więcej czasu. Przynajmniej taką mam nadzieję.
- Nie wiem dlaczego, ale ostatnio mam wrażenie, że za bardzo się wszystkim przejmujesz - Powiedziałem ostrożnie, starając się, by zabrzmiało to jak troska, nie zarzut. - Trochę jak nie ty… Może faktycznie jesteś już w stanie błogosławionym? - Dodałem półżartem, choć wcale nie byłem pewien, czy to dobry moment.
Musiałem bardzo uważać. W ostatnim czasie była tak emocjonalnie rozchwiana, że jedno nieostrożne słowo mogło wywołać łzy, złość, a w najgorszym wypadku, kłótnię, której za wszelką cenę chciałem uniknąć.
Moja panienka spojrzała na mnie spod zmarszczonych brwi. Już po tym spojrzeniu wiedziałem, że moja uwaga jej się nie spodobała. Zdecydowanie, hormony dawały się jej we znaki bardziej, niż byłem w stanie to przewidzieć. To wszystko było dla mnie dziwne. I chyba właśnie dlatego wiem, że nigdy nie chciałbym być kobietą. Ich zmienne nastroje, hormony, okresy, gorsze dni… nigdy tego nie rozumiałem i nie zamierzałem próbować z tym walczyć. Chyba właśnie dlatego cieszę się, że jestem mężczyzną i nie zamieniłbym się na nic w świecie.
- Przejmuję się, bo ciągle cię nie ma w domu! - Wybuchnął w końcu. - Ze wszystkim jestem sam, a do tego masz niebezpieczną pracę. Jeśli ktoś odkryje, że jesteś wilkołakiem, albo jeśli ktoś zrobi ci krzywdę… - Zawahał się, głos mu zadrżał. - Nie wiem, czy bym to przeżył. Martwię się, bo cię kocham. To naprawdę nie jest bez powodu, nawet jeśli ty uważasz inaczej. - Mruknął to z wyrzutem, a ja widziałem, że złość i strach mieszają się w niej w jeden wielki chaos. I mimo, że nie powiedziałem nic złego, sytuacja znów wymknęła się spod kontroli. Kobiety potrafią zaskakiwać zmianami nastroju, typowe, pomyślałem, choć tym razem nie było mi do śmiechu.
No i takiego tekstu właśnie mogłem się po nim spodziewać. Przecież pracuję w niebezpiecznej pracy, a on jak zwykle zakłada najgorsze, że ktoś się dowie, kim naprawdę jestem, że odkryją, iż to ja jestem wilkołakiem. Zdecydowanie przesadza. Nie wiem, po co tak dramatyzuje. Nie mam pojęcia, co dzieje się w jego głowie, odkąd jest kobietą, ale bywa to znacznie bardziej męczące niż dawniej. Mimo wszystko… sam tego chciałem. Sam chciałem mieć żonę i dziecko, więc muszę akceptować wszystkie jej nastroje i dziwne zachowania, nawet jeśli kompletnie ich nie rozumiem.
- Dobrze już, dobrze. Nie denerwuj się - Powiedziałem łagodnie, starając się, by w moim głosie zabrzmiała szczerość. - Jeszcze trochę, i wszystko wróci do normy. Znów będę w domu, będę miał mniej pracy, a więcej czasu dla ciebie, mamy, małej lub małego. Obiecuję ci to - Dodałem, chwytając jej dłoń i delikatnie ją całując.
Jej skóra była zimna, aż zbyt zimna. Przeszył mnie niepokój, kiedy poczułem, że mimo ciepła moich dłoni, jej palce pozostają lodowate.
- Wszystko w porządku? - Zapytałem z troską. - Nie jest ci zimno? Może powinniśmy już wrócić? Nie chciałbym, żebyś się przeziębiła. - Patrzyłem na nią z niepokojem, chcąc uchronić ją przed wszelakim złem tego świata. 

<Paniczu? C:> 

środa, 29 października 2025

Od Soreya CD Mikleo

Jak ja się czułem dzisiaj? Chyba lepiej. Dalej było mi nieco chłodno, w żyłach czułem, że coś z nimi płynie, coś, co osłabia mój organizm, ale poza tym, jest całkiem stabilnie. Musi być. Nie możemy tracić kolejnego dnia tylko i ze względu na mnie. Według moich wyliczeń, o tej porze powinniśmy być w domu. A gdzie jesteśmy? W jakieś zatęchłej dziurze. Mikleo nie powinien mi pozwolić na odpoczynek. Powinien mnie pospieszać. Tak to jednak jest, kiedy ma się kochanego męża, zamiast wymagającego. Gdyby nie to, to przecież byśmy byli w domu. On by mógł spać na wygodnym materacu, a nie tej zimnej ziemi, kociaki nie byłyby same... chociaż, wbrew pozorom to pewnie są najszczęśliwsze, bo nie ma mnie w pobliżu. Jakie zadowolone musiały być, kiedy byłem w Piekle. Ale sobie korzystać musiały...Trochę szkoda, że do mnie nie chcą przychodzić. Jednocześnie rozumiałem, dlaczego są wobec mnie takie nieufne i wrogo nastawione, jak i było mi po prostu przykro. Przynajmniej Psotka już traktuje mnie normalnie i nie denerwuje się na mój widok, kiedy wróciłem z dołu, chwilki potrzebowała, ale to zrozumiałe. Miałem na sobie mnóstwo paskudnych zapachów... ten zapach nie podobał się i mnie. A co dopiero Mikleo. Jemu przeszkadza pewnie nawet mój taki naturalny, siarczany zapach. 
- Czuję się dobrze – przyznałem cicho, delikatnie gładząc jego włosy. Zdecydowanie wymagały umycia, rozczesania, uczesania... nie mogę się doczekać, aż dotrzemy do domu, i będę mógł się nim zająć. Nic mnie tak nie relaksuje, jak zajmowanie się jego przepięknymi włosami. 
- Mhm. A tak na poważnie? - spytał, zmniejszając dystans pomiędzy nami. 
- Tak na poważnie. Dobrze się czuję. Możemy ruszać w dalszą drogę, a nawet powinniśmy. Według moim obliczeń wczorajszych, o tej porze mieliśmy być w domu. A zamiast tego, śpisz na twardej ziemi w zatęchłej jaskini. Moja piękna Owieczka nie zasługuje na takie tragiczne warunki – odpowiedziałem, poprawiając się odrobinkę. Co jak co, ale wszystkie mięśnie mnie bolały, pewnie od leżenia na niewygodnej powierzchni. Nie dość, że twarde, to jeszcze nierówne, chropowate... z chęcią bym się położyłbym na moim łóżku, wygodnym materacu, przeciągnął się leniwie i tak odrobinkę sobie poleżał. W końcu, na robotę na pewno czas znajdę. Potrzebuję tylko jeszcze znaleźć energię. 
- Nie chcę, żeby wczorajsze wydarzenia się powtórzyły. A tak na pewno będzie, jeżeli jeszcze się słabo czujesz – wyjaśnił spokojnie, poprawiając swoje ubranie, które także wymagało zmienienia. 
- Nie chcesz to spędzać tutaj więcej czasu. Widzę to po tobie, i mam tak samo, dlatego się zbierajmy i uciekajmy. Wiesz, nabrałem wielkiej ochoty na wyciągnięcie się na naszym łóżku... wraz z tobą, oczywiście – wyszczerzyłem się delikatnie, po czym przeciągnąłem się słysząc, jak coś tam mi w tych plecach strzela. 

<Owieczko? C:>

Od Daisuke CD Haru

 Na jego słowa uśmiechnąłem się delikatnie, po czym uchwyciłem jego wyciągniętą, i jakże ciepłą dłoń. Chociaż jedna przyjemna rzecz tego dnia... może wkrótce moje kubki smakowe się przyzwyczają do tych delikatnych dań? Albo jakoś mój organizm zacznie przyswajać jakieś normalne jedzenie? Tak raz na jakiś czas. Nie mówię o codziennym jedzeniu jakichś takich ciężkich potraw, no ale tak... raz na tydzień już by mi było miło. Albo raz na dwa. 
Haru poprowadził mnie do zawieszonych na kołku płaszczy, założył na moje ramiona jeden z nich, a zaraz po tym wyszliśmy na zewnątrz. Powietrze już było zimne, ostre, przypominało o tym, że jesień się kończyła, a zaczynała zima. Nie przepadałem za zimą. Nie dość, że pogoda paskudna, to jeszcze zaczynają się święta, które od czasu śmierci rodziców źle mi się kojarzyły. Zawsze trzeba było gdzieś jechać, uczęszczać w tych balach, udawać przed innymi, że mi się to podobało... przynajmniej ludzie pracujący tutaj mogli korzystali, nie było nas kilka dni, więc mogli odpocząć, a od kiedy ja jestem pełnoletni, dałem im pozwolenie na organizowanie własnej wigilii na tak właściwie mój koszt. Pamiętałem, że babce się to strasznie nie podobało, chciała mnie przekonać do zmiany zdania, ale pozostałem nieugięty. Dla mnie to przecież nic, a ci ludzie zasługują na chwilę wytchnienia. 
Ostatnie święta nie były takie złe, jak tak sobie teraz o tym myślę. Może dlatego, że spędziłem je w pracy, wraz z Haru? Wszystko było lepsze od tych głupich wyjazdów. Ciekawe, jak to w tym roku będzie wyglądać. Ja już do pracy nie pójdę, a Haru...? Trochę obawiałem się, że tak. I chociaż był to dla mnie dzień  jak każdy inny, tak miałem nadzieję, że może uda nam się go spędzić razem. Trochę w to wątpiłem, bo do pracy ktoś przyjść musi, ale mam nadzieję, że tym razem to jemu przypadnie wolne. 
A po świętach tylko chwilka i mam urodziny, co już w ogóle mi się nie podobało. Dwudzieste dziewiąte... pewnie będę w takim stanie, że na niewiele będę sobie mógł pozwolić. Zresztą, nie wiem, czy po ostatnich urodzinach bym chciał je jakoś szczególnie świętować. Wystarczy mi tylko spędzenie czasu z mężem. Aktualnie mam tego tak mało, że to jest wszystko, czego pragnę. 
- Ostatnio mało czasu spędzasz z mamą – powiedziałem w pewnym momencie, dopiero teraz zdając sobie z tego sprawę. Ja narzekam, że my razem mało czasu spędzamy, a co ma powiedzieć jego mama? Poczułem się z tym faktem źle. Zgarniam go dla siebie całkowicie, a nie myślę o innych. Powinien też przecież brać pod uwagę jego mamę. W końcu, odzyskał rodzicielkę, powinien z nią spędzać więcej czasu. 
- Ostatnio mało czasu ogólnie spędzam w domu. Ale jeszcze trochę, i to wszystko nadrobię, i z tobą, i z mamą - obiecał, ściskając mocniej moją dłoń. 
- W pierwszej kolejności to z nią teraz powinieneś spędzać czas. Jak masz chwilę, to spędzasz ją ze mną. Chyba to trochę na tobie wymusiłem... przepraszam. Strasznie samolubny się ostatnio stałem – cicho westchnąłem, opatulając mocniej moim płaszczem. Samolubny, zaborczy... co to się ze mną dzieje ostatnio? 

<Piesku? C:>

poniedziałek, 27 października 2025

Od Mikleo CD Soreya

Co on w ogóle mówił? Przecież jego ciało nie byłoby w stanie znieść tego zimna, które panowało na zewnątrz. Nie mówiąc już o deszczu, żywiole, z którym nigdy się nie dogadywał. Ale to nic złego. W końcu był demonem, nie serafinem wody jak ja. Nie musiał żyć w zgodzie z tym, co dla mnie było naturalne jak oddech. Byliśmy różni… a jednocześnie tak bardzo podobni. I może właśnie dlatego nie powinienem się tym przejmować..
- Dla twojego bezpieczeństwa lepiej, żebyś został tutaj, a nie wystawiał się na deszcz. Ten chłód tylko cię osłabi - Powiedziałem cicho, przesuwając dłonią po jego policzku.
- Za bardzo się mną przejmujesz. Jestem demonem, nic mi nie grozi - Odparł, z pozoru pewny siebie, lecz w jego głosie kryła się ledwie dostrzegalna nuta zmęczenia.
Nie odpowiedziałem. Wiedziałem, że moje słowa niczego nie zmienią. Nie chciałem się z nim kłócić, potrzebował spokoju, nie dyskusji. Jeśli ma odpoczywać, musi mieć ciszę.
Położyłem się obok niego, wsłuchując się w jego spokojny oddech. Czekałem, aż sen otuli go swoim cieniem. Dopiero gdy jego ciało całkowicie się rozluźniło, odwróciłem głowę w stronę okna. Krople deszczu uderzały leniwie o ziemię i skały jaskini... 
Lubiłem ten dźwięk, rytmiczne uderzenia w ziemię, które przypominały bicie serca świata.
Patrzyłem długo, aż granica między deszczem a moimi myślami zaczęła się zacierać. Każda kropla zdawała się szeptać coś o nas, o demonie, który nie znosił wody, i o mnie, który bez niej nie potrafił żyć.. 
To był dla mnie niezwykle przyjemny czas. Mogłem ogrzewać mojego męża na każdy możliwy sposób, pilnując, by nic złego mu się nie stało. Choć w gruncie rzeczy i tak nie mogło, przecież byłem przy nim. Czuwałem nad nim tak, jak czuwam nad wszystkim, co kocham. Nawet zwierzęta, wyczuwając jego chłód, podeszły bliżej, by ogrzać go swoimi ciałami. W ich prostym geście troski było coś czystego, co bardzo jak zawsze mnie wzruszało.
Czas płynął powoli. Sekundy stapiały się w minuty, minuty w godziny. A on nadal spał, spokojny, zanurzony gdzieś daleko od zmartwień tego świata. Deszcz ustał, zostawiając po sobie tylko świeży zapach mokrej ziemi i cichą melodię kapiących jeszcze kropli z dachu.
Patrzyłem na niego jeszcze przez chwilę, na jego oddech, równy i głęboki, poczułem ulgę dzięki której mogłem odpłynąć do krainy snów, wiedząc że nic mu już nie grozi.

Obudziłem się wczesnym rankiem, gdy pierwsze promienie słońca nieśmiało wślizgiwały się przez zasłony. Powietrze było chłodne, pachniało wilgocią po nocnym deszczu. Od razu zauważyłem, że mój mąż już nie spał, siedział obok mnie, przyglądając mi się z tą charakterystyczną, skupioną uwagą, jakby chciał zapamiętać każdy szczegół mojej twarzy.
Wyglądał lepiej. W jego oczach pojawił się blask, którego brakowało wczoraj. Skóra nie była już tak blada, a oddech brzmiał spokojniej. Mimo to wciąż miałem w sobie cień niepokoju, coś mówiło mi, że nie wszystko jeszcze wróciło do normy.
- Jak się czujesz? Wszystko w porządku? - Zapytałem cicho, nie mogąc ukryć troski w głosie. Moje spojrzenie szukało w jego oczach potwierdzenia, że naprawdę jest bezpieczny, że to, co minione, nie zostawiło w nim zbyt głębokich śladów.

<Pasterzyku? C:> 

Od Haru CD Daisuke

To wcale nie był taki zły pomysł. Rzeczywiście, mogliśmy się trochę przejść, szkoda byłoby marnować tak ładną pogodę, jaka panowała na dworze.
- Jeśli zjesz, pójdziemy, gdzie tylko będziesz chciał - Odparłem z uśmiechem. Nie miałem nic przeciwko, by to on zdecydował o kierunku, byle tylko naprawdę coś zjadł. Potrzebował siły i energii, choćby na resztę dnia.
- Mam rozumieć, że mi nie odpuścisz, prawda? - Zapytał z lekkim westchnieniem, unosząc jedną brew ku górze. Był zmęczony i głodny, widziałem to po nim. W jego oczach kryło się znużenie, a może też rezygnacja. Wiedziałem, że jedzenie, które miał przed sobą, nie smakowało mu, że każdy kęs był dla niego wysiłkiem. Rozumiałem to. To, co dla mnie było zwykłym posiłkiem, dla niego mogło być źródłem mdłości. A tego żadne z nas by nie chciało.
- Nie, nie mogę ci odpuścić - Powiedziałem spokojnie. - Martwię się o ciebie. Wiem, że jeśli raz ci odpuszczę, przestaniesz o siebie dbać. Będziesz się bał, że jedzenie znów ci zaszkodzi. Ale to właśnie jego brak szkodzi ci najbardziej. - Miałem świadomość, że powtarzam się, jakbym odgrzewał wciąż ten sam kotlet, ale nie potrafiłem inaczej. Ile razy już wracaliśmy do tej rozmowy? Piętnaście? Dwadzieścia razu? Traciłem rachubę. Gdyby tylko on potrafił spojrzeć na to inaczej, gdyby sam zechciał zrobić pierwszy krok… wtedy może nie musiałbym znowu wypowiadać tych samych słów. Ale dopóki tego nie zrobi, ja też nie mogłem przestać próbować.
Moja śliczna panienka skinęła głową i powoli zaczęła jeść swój posiłek. Widziałem jednak, że robi to bardziej z obowiązku niż z ochoty. Jej spojrzenie zdradzało, że wolałaby coś bardziej pożywnego, coś, co rzeczywiście mogłoby ją nasycić. Wiedziałem jednak, że w jej obecnym stanie nie powinna się forsować ani jeść zbyt ciężkich potraw.
Daisuke w końcu również skończył swój posiłek. Choć jedzenie nie było może wybitne, zjadł je z wyraźną ulgą i satysfakcją. Widząc, że jest najedzony, poczułem, jak spływa ze mnie napięcie, to właśnie jego spokój i zadowolenie miały dla mnie największe znaczenie.
- I jak się czujesz? Wszystko w porządku? - Zapytałem łagodnie, zerkając na moją piękną panienkę z troską. Chciałem mieć pewność, że nic jej nie dolega, że nie zrobiło jej się niedobrze, że nie potrzebuje niczego więcej, by poczuć się dobrze i bezpiecznie. Jej komfort był dla mnie najważniejszy, bardziej niż cokolwiek innego w tej chwili.
Zanim odpowiedziała, przez moment wpatrywała się w talerz, jakby szukała właściwych słów. W świetle padającym z okna jej delikatna twarz wydawała się jeszcze bledsza, a mimo to w jej oczach tliło się coś, co przypominało ciepło, może wdzięczność, może ulotny spokój.
- Czuję się całkiem dobrze - Powiedział cicho, unosząc na mnie wzrok. - Chciałbym już wyjść. Mam dość siedzenia w czterech ścianach. Poza tym… chciałbym spędzić trochę czasu z moim mężem. - Na te słowa uśmiechnąłem się ciepło, czując przyjemne ukłucie wzruszenia. W jego głosie było coś szczerego, miękkiego, ale też delikatna wręcz cudownego.
- Skoro tak w takim razie zapraszam na spacer - Wyciągnąłem dłoń w jego stronę, czekając, aż ją uchwyci. Nie przestawałem się do niego uśmiechać.

<Panienko? C:> 

sobota, 25 października 2025

Od Soreya CD Mikleo

 Kolana miałem strasznie miękkie, w głowie mi się kręciło, ale stałem na prostych nogach. To było najważniejsze. Chciałem jeszcze chwycić za naszą torbę, ale Miki zrobił to pierwszy. Zaraz też zjawił się przy mnie i przerzucił jedną z moich rąk przez swoje ramię i ruszył, trochę mnie też przy tym pospieszając. Psiaki kręciły się jakoś pod naszymi nogami, a Banshee w pewnym momencie ruszyła przed siebie, zostawiając nas w tyle. To było po tym, jak Mikleo coś do niej powiedział, ale co konkretnie? Nie miałem pojęcia. Ledwo kontaktowałem. Może nawet nie kontaktowałem? Sam już nie wiem. To wszystko było takie... dziwne. Mgliste. Jak sen w gorączce. Nie wiem, skąd miałem takie porównanie, skoro nie pamiętam żadnego snu z gorączki. Tak jakby, tę gorączkę mam cały czas, bo cały czas mam podwyższoną temperaturę przecież, ale tylko wtedy się dobrze czuję, tak więc nie mogę tego nazwać gorączką. A jednak to wszystko było takie... dziwne. Nierealne. Senne. 
W pewnym momencie usłyszałem szczekanie Banshee, a Mikleo poprowadził mnie w jej stronę. Moja owieczka doprowadziła mnie do jakiejś jaskini i w tej samej chwili usłyszałem jakiś dziwny szum tuż za nami. 
- Na szczęście zdążyliśmy – odpowiedział z ulgą, pomagając mi usiąść na ziemi. - Już rozkładam ci koc, i cię nim opatulam... czujesz się lepiej? - dopytał, kładąc dłoń na moim policzku. - Dalej chłodny. Niedobrze... ogniska ci nie rozpalę, koców za dużo nie mamy. Może cię psiaki trochę ogrzeją... 
- A ty nie możesz się położyć obok? Z tobą jest mi dobrze – powiedziałem, skupiając wzrok na jego niewyraźnej osobie. Czemu on się tak przejmował? Co takiego się dzieje? Przecież... wszystko jest w porządku .Dobrze się czułem. Trochę mi było zimno, i niektóre moje zmysły nie działają zbyt dobrze, ale czy od razu trzeba panikować?
- Za chwilę zobaczymy – powiedział dyplomatycznie, po czym zaczął się wokół mnie krzątać. Coś rozkładał, coś szykował, coś robił... w pewnym momencie przeniósł mnie na miękki koc, drugim mnie szczelnie opatulając. Tak, jakby mi to miało pomóc... a czy pomaga, to nie wiem. Szczerze, to nie byłem tak do końca przekonany, czy jakiekolwiek źródło ciepła by mi pomogło. Chyba muszę to po prostu przeboleć. Moje ciało musi pozbyć się tego paskudnego narkotyku, bym mógł funkcjonować... no cóż, normalnie. 
- Czemu musieliśmy zmieniać miejsce obozu? - spytałem w pewnym momencie, nie chcąc zasypiać. 
- Bo pada. Mówiłem ci już to. Zresztą, tutaj jesteśmy ukryci przed ciekawszymi spojrzeniami. Bycie na otwartym polu było strasznie niebezpiecznym pomysłem – odpowiedział spokojnie, zajmując miejsce obok mnie, delikatnie się przytulając do mojego ciała. 
- Deszcz by mi nic złego nie zrobił. Nie musieliśmy się chować – zauważyłem, mimowolnie się do niego przytulając. Mój Miki... miałem nadzieję, że nigdy nie zniknie. 

<Owieczko? C:>

Od Daisuke CD Haru

 Spojrzałem niepewnie na swoje danie. Ziemniaczki purée, cienko pokrojone ogórki ze słodką śmietanką i perlicza pierś, najpewniej przygotowana na parze. Wszystko to oczywiście delikatnie przyprawione, tak, żebym nie poczuł jakiegoś ostrego, konkretnego smaku. Trochę to męczące. A ja... a ja miałem ochotę na coś innego. Jak zazwyczaj takie delikatne dania mi przypadały do gustu, tak tego dnia miałem ochotę na czerwone mięso. Taki krwisty stek na przykład. Albo tatar. Jakże bym teraz zjadł tatar... ale czy powinienem się słuchać swoich pragnień? Co, jak one skończą się tragicznie? Mój kucharz na pewno wie, co robi. W końcu, odkąd jem tę nową dietę, ani razu nie wymiotowałem. Trochę ten brak konkretnych smaków już mnie zaczął męczyć... no ale póki działa, przyswajam te składniki, muszę się męczyć. Chociaż, gdybym raz coś takiego innego spróbował... to może się nic złego nie zdarzy? 
- No wiem, wiem – powiedziałem, bawiąc się ziemniaczkami. Zapach mięsa, które to on miał na talerzu, bardzo mnie kusił. 
- Wiesz, a nie jesz – skarcił mnie trochę. - Powinieneś więcej jeść. Albo mniej, a częściej. Jak nie lubisz jeść sam... to może będziesz jadł z moją mamą? Dopóki jeszcze muszę pracować? Trochę towarzystwa zrobi dobrze i jej, i tobie – zaproponował, a ja poczułem, jak mój żołądek się delikatnie ścisnął. Jakoś tak nie miałem za wielkiej ochoty na spędzaniu czasu z innymi. A jak te wymioty wrócą? I ktoś będzie tego świadkiem? Wystarczy, że Haru musiał na to patrzeć, i przytrzymywać mi włosy, by mi się nie pobrudziły... to dopiero wstyd. 
- Na razie wystarczy mi ten jeden posiłek z tobą. Nie potrzebuję jeść aż tyle – odpowiedziałem dyplomatycznie. Jeść więcej na pewno będę z czasem, czy będzie w domu czy nie. Teraz chcę po prostu miło z nim czas spędzić. I pomóc mu rozwiązać tę sprawę. Może niektóre nazwiska coś mi powiedzą? Wiem jedno, na pewno zrobię wszystko, by mu pomóc. W tej sprawie, i ogólnie w pracy. Powinni mu kogoś przydzielić, a tymczasem zostawili go z tym wszystkim samego. Nie ma mnie tam chwili, i już robią co chcą, a to moje pieniądze pomagają im się rozwijać. 
– Oczywiście – pokręcił z niedowierzaniem głową, nie wierząc mi. I każdego dnia będziemy odbywać taką konwersację? To trochę męczące. Muszę więc pilnować, by więcej do niego nie wracać. Ja wiem swoje, on wie swoje, i na tym skończmy. 
- Smacznego. Twój posiłek pachnie naprawdę pięknie, powinieneś się za niego zaraz zabrać – powiedziałem spokojnie, nie komentując jego słów. Tylko się martwił. Tak, jak ja martwię się o niego. A dodatkowo, nie mam siły się kłócić. Nie chcę się kłócić. Jeżeli się pokłócimy, nie będziemy się do siebie odzywać, a ja nie chcę spędzać z nim jeszcze mniej czasu. 
- Chcesz może trochę mojej porcji? - zaproponował, a ja, z bolącym sercem, pokręciłem głową. Chciałem, i to bardzo chciałem. Chyba jednak wolę nie czerpać przyjemności z jedzenia i bezpiecznie zjeść, niż ryzykować kolejne pochorowanie się. 
- Ja mam swoje, delikatne, bezpieczne i bezsmakowe jedzenie, dziękuję za propozycję. Może później przejdziemy się po ogrodzie? - zaproponowałem, mając ochotę na nieco aktywne spędzenie czasu. Nic mi się złego nie powinno stać, a jeżeli będę się gorzej czuć, dom będzie obok. 

<Piesku? C:>

piątek, 24 października 2025

Od Mikleo CD Soreya

 Nie byłem pewien, czy to naprawdę dobry pomysł. W końcu nie jestem tak ciepły jak nasze psy, a jednak on mnie chciał. Może nie miałem prawa mu tego odbierać.
Kiwnąłem delikatnie głową i położyłem się obok niego na kocu, tuż przy Psotce, która leniwie zmieniła pozycję, by zrobić sobie więcej miejsca. Teraz miał przy sobie dwa psy, które grzały go własnym ciepłem, i mnie, zimnego jak cień, który jednak w tej chwili nie był już dla niego aż tak chłodny. Może z powodu przyzwyczajenia, a może dlatego, że jego własne ciało drżało z chłodu i nie potrafiło już rozróżnić temperatury.
Czułem, jak mocno mnie przytula, jakby chciał mnie schować przed całym światem, jakby wierzył, że dopóki jestem przy nim, nic złego go nie dosięgnie. Dla niego byłem ostoją, a on… był nią dla mnie. Moim spokojem pośród burzy. Moim domem.
Bywał jednak nieprzewidywalny, potrafił przerazić, gdy wybuchał gniewem, zwłaszcza wtedy, gdy sam zaszedłem mu za skórę. Ale te chwile mijały, a ja szybko żałowałem wszystkiego. Bałem się go i kochałem równocześnie. Całym sobą.
Jakby był moim aniołem w ciele diabła takim, w którego zakochujemy się tylko raz, a potem już nikt nigdy nie potrafi dotknąć naszego serca w ten sam sposób.
Leżałem przy nim, czując zmęczenie, spokój i ciepło bijące od jego ciała. W jego objęciach nawet moje własne zimno wydawało się łagodniejsze. Powieki stały się ciężkie, a świat powoli odpływał, aż w końcu zasnąłem w świecie, w którym wszystko było prostsze, łagodniejsze, piękniejsze.

Kiedy się obudziłem, niebo było już pogrążone w mroku. W powietrzu czuć było chłód, a na horyzoncie gromadziły się ciężkie chmury. W oddali już padało, deszcz sunął po ziemi jak zasłona. Wiedziałem, że musimy znaleźć schronienie, zanim i nas dopadnie ulewa. Dla mnie pogoda nie miała większego znaczenia, nie czułem zimna tak jak on ale Sorey i psy byli na nią o wiele bardziej wrażliwi.
- Sorey… - Szturchnąłem go lekko w ramię, starając się obudzić go delikatnie. - Musimy się przenieść w bezpieczniejsze miejsce. Idzie ulewa - Szepnąłem cicho, żeby go nie przestraszyć, jednocześnie chcąc wybudzić go ze snu.
Przez chwilę jeszcze nie reagował, jakby wciąż trwał w tym sennym spokoju. Deszcz był coraz bliżej, a powietrze gęstniało od zapachu mokrej ziemi i burzy, która zbliżała się nieuchronnie.
Mój mąż bardzo niechętnie otworzył oczy, spoglądając na mnie zmęczonym, nieobecnym wzrokiem. Widać było, że wciąż potrzebuje chwili, by dojść do siebie. Nic dziwnego, trucizna którą podał mu mój brat, naprawdę mu zaszkodziła. 
Wiedziałem jednak, że nie możemy tu zostać. Zaraz się przeniesiemy do jaskini, która, mam nadzieję, znajduje się gdzieś niedaleko. Tam odpocznie, prześpi całą noc, a rano oby poczuje się lepiej.
- No chodź, proszę… - Szepnąłem, delikatnie dotykając jego ramienia. - Zaraz zacznie padać. Zmokniesz i wtedy będziesz się czuł jeszcze gorzej. - Pomogłem mu usiąść, obserwując, jak z trudem łapie równowagę. Przez chwilę zastanawiałem się, czy zdoła sam stanąć na nogi, czy będę musiał go podeprzeć, może nawet prowadzić kawałek drogi. 
Nie wiedziałem, jak daleko znajduje się najbliższa jaskinia, jednak miałem nadzieję, że jest ona na tyle blisko, aby mój mąż był w stanie sam tam dojść, ewentualnie z moją drobną pomocą.

<Pasterzyku? C:>

Od Haru CD Daisuke

 Zdecydowanie za bardzo się przejmował. Właśnie dlatego nie chciałem mu o tym mówić, wolałem pominąć ten temat, przemilczeć go, pozwolić, by po prostu rozpłynął się w codzienności. Ale skoro już został poruszony… cóż, nie miałem pojęcia, co teraz zrobić. Zmienić temat? Nie, to nie miało najmniejszego sensu. Znam go zbyt dobrze i tak nie odpuści, dopóki nie wyciągnie ze mnie wszystkiego.
Może więc lepiej będzie przynieść mu te papiery. Niech sam je przejrzy, niech spojrzy na nie swoim chłodnym, analitycznym okiem. Może dostrzeże coś, czego ja, zmęczony tą sprawą i otępiały od nadmiaru myśli, już dawno nie widzę. Być może to, co dla mnie stało się jedynie zbiorem bezsensownych dokumentów, dla niego okaże się kluczem.
- Dobrze - Odparłem w końcu, z ciężkim westchnieniem. - W takim razie przyniosę ci te akta, ale jutro. Dziś skupmy się na posiłku, który właśnie do nas idzie. - Na samą myśl o jedzeniu coś drgnęło we mnie, jakby żołądek przypomniał sobie o swoim istnieniu. Już słyszałem kroki służby w korytarzu rytmiczne, pewne, zwiastujące nadejście wybawienia i czułem zapach potraw unoszący się w powietrzu. Ciepły, ciężki aromat pieczonego mięsa, przypraw i świeżego chleba docierał do mnie jeszcze zanim taca pojawiła się w zasięgu wzroku.
Ależ byłem głodny. Mógłbym w tej chwili zjeść konia z kopytami, byle tylko zapełnić ten wygłodniały, niemal bolesny głód, który ściskał mnie od środka..
Moja śliczna panienka nie odezwała się już ani słowem, jedynie skinęła głową, a na jej delikatnych ustach pojawił się ciepły, uspokajający uśmiech. Usiadła ze mną przy stole, kiedy służba wniosła posiłek.
Dla mnie oczywiście, podano danie mięsne, takie, jakie lubiłem najbardziej i jakiego moje ciało wciąż potrzebowało po trudach dnia. Dla niej zaś przygotowano coś lekkiego, delikatnego, by przypadkiem znów nie poczuła się źle.
To naprawdę zastanawiające, że nie może jeść jak dawniej. Czyżby to rzeczywiście była ciąża? Nie mieliśmy jeszcze pewności, choć rozum podpowiadał, że coś musi się za tym kryć, skoro organizm reaguje inaczej, skoro odrzuca to, co dawniej smakowało…
Nie chciałem jednak drążyć tematu. Na wszystko przyjdzie czas. Jeśli medyk potwierdzi, że się nam udało, znakomicie. Ale dopóki tego nie wiemy, nie ma sensu się nakręcać.
- Smacznego - Powiedziałem z lekkim uśmiechem, zwracając się do mojej pięknej pani. Sięgnąłem po sztućce i zabrałem się do jedzenia, czując, jak mój wilczy apetyt wreszcie znajduje ukojenie.
Dostrzegłem, że nie je, tylko siedzi naprzeciwko mnie i uśmiecha się delikatnie, jakby chciała coś ukryć. To było dziwne. Nie rozumiałem tego i chyba właśnie dlatego wyrwało mi się to głupie pytanie.
Chociaż… czy troska o kogoś może być głupia? Nie, zdecydowanie nie. To raczej ja czasem źle odczytuję własne myśli i emocje, a potem wychodzę na niezgrabnego.
- Coś się stało? Wszystko w porządku? - Zapytałem, odkładając widelec. - Nie smakuje ci? Chociaż… nie, nawet nie spróbowałaś. To znaczy, nie spróbowałeś, więc nie możesz wiedzieć, czy ci smakuje. Ale skoro nie jesz, to chyba coś cię trapi. - Nachyliłem się lekko nad stołem, próbując złapać jej/jego spojrzenie.
- Tylko proszę, nie mów mi, że znowu myślisz o tych dokumentach - Westchnąłem z lekkim rozbawieniem, choć w środku czułem niepokój. - Przecież powiedziałem, że ja je przyniosę. Nie masz się czym zamartwiać. Teraz musisz coś zjeść. Tym bardziej, że nie jadłeś przez cały dzień. - Zamilkłem, opierając łokcie o stół i przez chwilę po prostu na nią patrzyłem, drobną, bladą a jednocześnie tak piękną, wręcz idealną.

<Panienko? C:>

czwartek, 23 października 2025

Od Soreya CD Mikleo

 Nie do końca wiedziałem, co się ze mną dzieje. W jednej chwili Miki przy mnie był, w drugiej go nie było, w trzeciej ledwo kontaktowałem, a w czwartej byłem bardziej niż świadom. Jak ja tylko dorwę tego cwaniaczka.... sprawię, że będzie żałował, że go nie chcę zabić. Ale najpierw muszę go znaleźć. Muszę znaleźć go w tej chwili. Czemu więc się nie poruszam? Przecież bardzo chcę zrobić jeden krok, drugi, trzeci... a ja się dalej nie ruszyłem z tego niewygodnego posłania. Jak to jest?
- Miki...? - wymamrotałem, otwierając lekko oczy. Gdzie był mój mąż? Z jednej strony czułem ciepło, z drugiej strony czułem ciepło, ale jakoś tak podświadomie czułem, że to nie on. 
- Jestem, jestem – usłyszałem jego cudowny głos jak przez grubą ścianę. A przecież... chyba był obok. Czemu słyszę go tak dziwnie? - Śpij skarbie. Musisz wypocząć i to porządnie – dodał, chwytając delikatnie moją dłoń. 
- Nie mogę. Muszę go znaleźć – wymamrotałem, próbując wstać. Przynajmniej w myślach, no bo moje ciało nawet nie drgnęło. 
- Kogo znaleźć? - spytał cicho, chyba się zbliżając. Tak, widziałem go nieco lepiej. Na wszystkie kręgi piekieł, jakiż on jest przepiękny... jestem szczęściarzem, że mam przy sobie taką słodycz. Muszę o niego dbać za wszelką cenę, robić dla niego wszystko, by był najszczęśliwszy na świecie. 
- Matsemę. Muszę... muszę go dorwać – mamrotałem dalej, robiąc pierwszy ruch. Co prawda, nie wstałem, ale już się przygotowywałem do wstania, a to już przecież dużo, prawda? 
- Musisz o nim zapomnieć. Nie zbliżysz się do niego, a on nie zbliży się już do ciebie. Zresztą, teraz i tak wszystko, co możesz zrobić, to odpocząć. Jesteś wyziębiony, osłabiony. Chyba niepotrzebnie tak wcześnie wyruszyliśmy, tylko ci się pogorszyło – mamrotał do siebie, a ja wyczułem w jego głosie wyrzuty sumienia. Niepotrzebnie. To była moja decyzja, że ruszamy. Chciał jak najszybciej opuścić to miejsce, i ja mu to zapewniłem. Gdybym był tylko trochę silniejszy... bylibyśmy jeszcze dalej tej paskudnej świątyni, a bliżej domu. 
- Położysz się obok? - zaproponowałem, bardzo go teraz potrzebując obok siebie.
- Nie mogę. Jestem zbyt chłodny, tylko cię bardziej wyziębię – odpowiedział, na co się nie mogłem zgodzić. On był chłodny, owszem, ale nie aż tak bardzo, by mi zrobić krzywdę. Być może, gdyby był zrobiony z lodu, owszem, pewnie byłoby to dla mnie szkodliwe, ale tak? Jego temperatura jest tylko troszkę niższa od mojej. A teraz w sumie, jak tak sobie trzymam jego dłoń, to śmiem twierdzić, że jest nawet cieplejszy ode mnie.
- Potrzebuję cię teraz przy sobie – poprosiłem, delikatnie ściskając delikatnie tę drobną dłoń, która była w tej chwili całym moim światem. 

<Owieczko? C:>

Od Daisuke CD Haru

 Strasznie się pozmieniało, od kiedy odszedłem stamtąd. Kiedy my byliśmy tam razem, bardzo często dostawaliśmy po prostu najcięższą robotę. Handel ludźmi i morderstwa, w międzyczasie wpadały jakieś drobne kradzieże i inne małe przewinienia tylko po to, by pod koniec mojej przygody z tą pracą rzucić nas na dosłownie gildię złodziei, przez którą omal nie straciłem życia, i mojego męża, a wtedy jeszcze narzeczonego. Teraz niby panuje większy porządek, ale dalej mój mąż odwala najgorszą robotę. I to sam. Nie powinien być sam. To za dużo na jego osobę. Gdybym wiedział, że tak to się potoczy... to sam nie wiem, nie odchodziłbym? Znalazłbym na siebie zastępstwo? Nie wiem, ale coś powinienem zrobić. A jak wtedy nic nie zrobiłem, to może chociaż teraz coś bym zrobił, by go jakoś wspomóc.
- Powinieneś przynieść mi dowody., raporty. Może gdybym ja na to zerknął... świeże spojrzenie może jakoś ruszy tę sprawę z miejsca – zaproponowałem, trochę ignorując jego wcześniejsze słowa. Są rzeczy ważne i ważniejsze, a w tej chwili ta sprawa była najważniejsza. W końcu, jeżeli on rozwiąże tę sprawę, znajdzie tego mordercę, będzie miał wolne, i będziemy mogli spędzić więcej czasu razem. 
- Nie wiem, czy to dobry pomysł. Nie powinieneś się przejmować takimi rzeczami – odpowiedział, a w jego spojrzeniu dostrzegłem niepewność. 
- Już się przejmuję. I może coś z tego dobrego wyjdzie – odparłem, już sobie coś postanawiając. Tak, pomogę mu. Mam do tego dryg, więc razem coś wymyślimy. - Nie powinieneś być wyznaczony do tego zadania sam. Powinieneś mieć jakiegoś partnera. 
- Cóż, powinienem. Ale jakoś nikt do tego chętny nie jest. Spraw kryminalnych aż tak dużo nie jest, bardziej się skupiają teraz na obronie miasta przed wilkołakiem – wyjaśnił, co mnie zaniepokoiło. Może, jeżeli przez dłuższy czas ten wilkołak nie będzie się pokazywać, w końcu się uspokoją? W końcu, ileż można? Przecież pokazał się dwa razy, i nikogo nie zabił, skrzywdził jedną osobę, która już przecież wydobrzała. To całe polowanie na bestię nie jest aż tak ważne, mogliby odpuścić. 
Bardzo źle myślę. Bo myślę o tym wilkołaku jak o Haru, który miał dwie wpadki w swojej historii. A ci ludzie myślą jak o bestii, która w każdej chwili może powrócić, zaatakować, nawet w środku dnia. Nie wiem, ile lat musiałoby minąć, by uznali, że jest bezpiecznie. 
- Może nie powinien był odchodzić – wymamrotałem cicho, spuszczając wzrok. - Nie sądziłem, że zostawię cię tam tak całkowicie samego – dodałem, źle się czując z tym faktem. Wiem, że zrobiłem to dlatego, by zajść w ciążę, urodzić dla niego dziecko, ale... nie wiem, mogłem jakoś o to zadbać. Jestem w końcu mądry, powinienem coś wymyślić. I ja coś wymyślę, tego może być pewien. 

<Piesku? C:>

Od Mikleo CD Soreya

 Jego propozycja w ogóle mi się nie spodobała. Czy on naprawdę sądził, że wolę swoje moce od niego? Jeśli tak, to bardzo się mylił. Nie ma dla mnie nic ważniejszego od niego, jest całym moim światem, sensem wszystkiego, co robię. Nie chcę i nie potrafię wyobrazić sobie życia bez niego. Chcę, by był przy mnie do końca moich dni, tak samo jak wiem, że on pragnie tego samego.
- Nawet tak do mnie nie mów - Powiedziałem cicho, czując jak w gardle rośnie mi gula. - Nie chciałbym żyć bez ciebie. Nie potrzebuję tych mocy, ani skrzydeł. Jeśli mam wybierać między nimi a tobą, zawsze wybiorę ciebie - Dodałem z pełnym przekonaniem.
Schowałem się w jego ramionach, czując ciepło i bezpieczeństwo, jakiego tak bardzo mi brakowało. W jego objęciach świat na moment przestał istnieć, nie było już bólu, strachu ani niepewności. Byliśmy tylko my, dwoje serc bijących w jednym rytmie. Z zamkniętymi oczami wypuściłem energię, tworząc wokół nas barierę, która miała nas chronić przed nadchodzącym atakiem wroga. Tym razem nie pozwolę, by coś nam zagroziło. Nie teraz. Nigdy więcej.
Mój mąż milczał, wtulony we mnie tak mocno, jakby bał się, że jeśli choć na chwilę mnie wypuści, wszystko się rozpadnie. Nie potrafił mnie puścić i nie chciał. A to właśnie on wcześniej twierdził, że powinienem go zostawić. Jakby naprawdę wierzył, że potrafiłbym odejść... Przecież gdybym to zrobił, żadne z nas nie potrafiłoby już żyć dalej. Oboje dobrze o tym wiemy.
Nie przerwałem ciszy. Czułem, że teraz nie potrzebuje słów, tylko spokoju. Czekałem cierpliwie, aż sen powoli zamknie mu powieki. Widziałem, jak jego oddech się uspokaja, jak napięcie znika z jego twarzy. W tej chwili potrzebował przede wszystkim odpoczynku głębokiego, bezpiecznego snu, który pozwoli mu się zregenerować po wszystkim, co przeszliśmy. Trzymałem go w ramionach, czuwając, jakby samo moje serce miało stać się jego strażnikiem.
Kiedy mój mąż w końcu zasnął, leżałem przy nim, czuwając, by nic złego mu się nie stało. Wiem, że nie byliśmy tu całkiem bezbronni, w końcu była z nami Banshee, a jej obecność dawała pewność, że nawet gdybym i ja zasnął, nic by nam nie groziło. Mimo to wolałem dmuchać na zimne. Nie mogłem pozwolić sobie na beztroskę, nie teraz.
Gdzieś w głębi serca tlił się niepokój, cichy, ale uporczywy. Nie mogłem przestać myśleć o moim bracie. Kto wie, czy nie postanowi wrócić… i wykorzystać moment naszej słabości. Był silny, silniejszy, niż ktokolwiek z nas chciałby przyznać. Potrafił skrzywdzić każdego, kto stanąłby mu na drodze. Myślę, że nawet Banshee nie byłaby dla niego poważnym przeciwnikiem. Gdyby tylko chciał… zniszczyłby i ją bez mrugnięcia okiem.
Spojrzałem na śpiącą twarz mojego męża i poczułem, jak ściska mnie w piersi. Wiedziałem, że nie mogę zasnąć. Nie dopóki nie będę miał pewności, że naprawdę jesteśmy bezpieczni.
Czas mijał, a ja uważnie go obserwowałem. Z każdą minutą widziałem, jak jego ciało zaczyna drżeć, a temperatura gwałtownie spada. Jego skóra zimna jak lód, to był zły znak. Wiedziałem, że muszę działać.
Nakryłem go porządnie kocami, wszystkimi, jakie mieliśmy, a było ich zaledwie dwa. Owinąłem go szczelnie, starając się zatrzymać choć odrobinę ciepła. Zawołałem oba psy, by położyły się przy nim. Ich ciepłe ciała miały pomóc go ogrzać, gdy ja musiałem się odsunąć.
Czułem, że mój własny chłód tylko pogarsza sprawę. Każdy mój dotyk odbierał mu ciepło zamiast go dawać, a przecież najmniej na świecie chciałem go skrzywdzić..

<Pasterzyku? C:>

Od Haru CD Daisuke

 Nie byłem pewien, czy poruszać ten temat o pracy. Znałem jego reakcję, natychmiast się denerwuje, zaczyna wszystko przeżywać dużo intensywniej niż ja i nie chciałem dodatkowo obciążać go w momencie, kiedy może być w błogosławionym stanie. Dlatego przez chwilę myślałem, że lepiej przemilczeć. Że lepiej będzie nic nie mówić lub powiedzieć tylko, że jest jak jest, po staremu nic nowego.
- Wiesz, Szczerze powiedziawszy w mojej pracy nic się nie zmienia. Od miesięcy tropię mordercę; to obsesja, która nie daje mi spokoju, ale w tej chwili stoję w miejscu. Brakuje mi przesłanek, brak wsparcia i środków lub wskazówek. Czuję, że dopóki nie pojawią się nowe tropy, nic nie zrobię. Straż miejska i inne służby nie wkładają w to tyle pracy, ile bym chciał; w ich oczach sprawa była nieważna, bo ofiarą była zwykła kobieta, prawie niezauważalna dla miasta. Dla mnie to jednak człowiek ktoś, kto został uprowadzony i zamordowany i to mnie napędza. Frustruje mnie, że trzeba ciągle tłumaczyć, dlaczego warto się tym zajmować, że nie chodzi o sensację, lecz o sprawiedliwość. - Miałem mu nie mówić o szczegółach, by go nie niepokoić, ale i tak pewnie by usłyszał; jest równie uparty jak ja, może nawet bardziej i nie odpuści, dopóki nie dowie się wszystkiego.
Zamilkła i przyglądała mi się intensywnie, jakby ważyła każde słowo, które wypowiedziałem. Na jej twarzy pojawiło się zmartwienie, brwi lekko się ściągnęły, szczęka zacięła, mięśnie policzków napięły. Znałem te oznaki aż za dobrze; czułem je też instynktownie, w powietrzu między nami. Wiedziałem, że zaczyna się nakręcać.
- Nie może tak być - Wyrzuciła wreszcie, głosem pełnym irytacji. - To nie jest tylko twoje zadanie. Straż powinna się tym zająć wszyscy po kolei, a nie że ty sam poświęcasz swoje życie w pracę. Zamiast wracać do domu, do mnie i spędzać ten czas razem. - Machnęła ręką i nadymając policzki. 
Widząc to, odetchnąłem głęboko i starałem się zachować spokój.
- Kochanie, każdy ma swoje obowiązki - Odpowiedziałem powoli. - Ja jestem wyznaczony do spraw kryminalnych, inni mają tropić złodziei albo rozbijać grupy przestępcze. Gdybyśmy wszyscy robili to samo, nic by nie zostało zrobione dobrze. - wyjaśniłam chcąc aby usłyszała uspokajający ton, nie chciałem przyczyniać się do jej stresu, zwłaszcza teraz. Wiedziałem jednak też, że jej upór się obudzi i, że nie odpuści, dopóki nie wyrazi tego, co ją gryzie.
Moja panienka burknęła coś pod nosem niewyraźnie, jakby bardziej do siebie niż do mnie. Zazwyczaj potrafię rozszyfrować każde jej mruknięcie, nawet to najbardziej ciche czy wymamrotane w złości, ale tym razem… nawet ja nie byłem pewien, co dokładnie powiedziała. To już samo w sobie było nowością.
Wiedziałem jednak jedno, była niezadowolona. Cała jej postawa, ten sposób, w jaki skrzyżowała ramiona i unikała mojego wzroku, mówiły wszystko. Nie tak to sobie wyobrażała. Nie tego się spodziewała. Chciała, żebym był z nią częściej, żebym nie znikał na całe dni, nie wracał późno, zmęczony i z głową gdzieś indziej.
Tyle że… czy ja naprawdę mogłem coś na to poradzić? Gdybym miał zwyczajną pracę, osiem godzin dziennie, z przerwą na kawę i spokojnym powrotem do domu, pewnie mógłbym jej to dać. Ale rzeczywistość wygląda inaczej. Moja praca to nie tylko obowiązek, to coś, co mnie pochłania, czasem nawet pożera od środka. Nie da się tego tak po prostu wyłączyć o siedemnastej i zapomnieć.
Owszem, mógłbym się zwolnić. Czasem sam o tym myślę, że może wtedy w końcu miałbym czas, żeby naprawdę z nią być. Nie tylko fizycznie, ale i myślami. Ale zaraz potem przychodzi pytanie: co dalej? Czy to by wystarczyło?
– Proszę, nie denerwuj się tak. Złość piękności szkodzi, a ty masz zbyt wiele uroku, żeby go tracić. - Odparłem, uśmiechając się do niego głupkowato.


<Panienko? C:>

Od Soreya CD Mikleo

 Od razu pokręciłem przecząco głową, chcąc stawiać krok za krokiem. Tego ode mnie wymaga, tak? I ja te wymagania spełnię. Pokonamy jak największy dystans na piechotę, jak się pośpieszę, to może nawet jutro by się udało jutro wrócić? Gdybym teraz podróżował do wieczora... dam radę. Miki chce wrócić do domu, co rozumiem, i dlatego też spełnię jego zachciankę. Nie mogę odpuścić. To byłaby porażka z mojej strony, a ja takiego słowa nie znam.
- Jestem... demonem. Muszę iść dalej – wymamrotałem, chcąc się od niego odsunąć, ale jakoś tak średnio mi to wyszło. Mikleo nie chciał mnie puścić, a ja nie potrafiłem wydostać się z tak słabego uścisku. Jestem beznadziejny. Gdybym nie był, jego opór nic by mi nie zrobił. 
- Jesteś osłabiony. Ten narkotyk wyrządził ci więcej krzywdy niż jesteś w stanie przyznać przede mną i sobą samym. Już, siadaj tutaj na pieńku, a ja już rozkładam koc – zarządził, pomagając mi usiąść na powalonym drzewie i też jednocześnie zabrał ode mnie torbę. Kiedy to zrobił? Ten ruch wykonał tak gładko, tak subtelnie, przecież on to by był idealnym złodziejem. W sumie, to jest, bo skradł moje serce. - Chyba masz gorączkę. Znaczy, twój odpowiednik gorączki. Jesteś zimny, pot... niedobrze – powiedział zmartwiony, przyglądając mi się przez chwilę. 
- Nie musisz nic rozkładać. Wezmę jeden wdech, drugi, i możemy iść dalej – wymamrotałem, przyglądając się się, co on tam takiego robi. 
- Właśnie widzę. Chodź, porządnie wypoczniesz i wtedy wrócimy do podróży – zdecydował, chwytając za moją dłoń i prowadząc mnie w stronę tego rozłożonego koca. 
- Ale... - zacząłem, ale Mikleo mi nie pozwolił dokończyć. 
- Nie ma żadnego ale. Dopóki naprawdę, ale to naprawdę nie poczujesz się lepiej – odpowiedział, bez większego problemu kładąc mnie na plecach. Wystarczyło tylko, by delikatnie mnie popchnął i przytrzymał, bym nie wstał. Czemu ja tak bardzo nie miałem siły? Co to się ze mną działo? Co to takiego mi zostało podane? 
Widząc, że coś kombinuję, położył się obok mnie, przytulając do mojego ramienia. Teraz to ja już w ogóle nie miałem jak wstać. Czemu tak musi kombinować? Czemu nie może dać sobie pomóc? 
- Przecież chciałeś już wrócić do domu – powiedziałem cicho, z jakąś chrypką. Skąd się w ogóle mnie chrypka wzięła? Kiedy ja ostatni raz miałem chrypkę? 
- I dalej chcę. Ale z tobą, całym i zdrowym – odpowiedział, nie spuszczając ze mnie wzroku. - Szkoda, że nie mogę już leczyć... może bym mógł ci jakoś pomóc – dodał bardziej do siebie, niż do mnie. Czyżby... żałował, że się mnie nie wyrzekł? Bo jakby się wyrzekł, miałby wszystkie swoje moce, i skrzydła, i by nie był ode mnie zależny.
- Może... może nie jest dla ciebie za późno? Może dalej możesz odzyskać to, co przeze mnie straciłeś? - spytałem cicho, niepewnie, delikatnie go do siebie przytulając, póki jeszcze mogłem przy nim być.

<Owieczko? C:>

Od Daisuke CD Haru

 Na jego słowa spuściłem wzrok, czując wstyd, może bezsilność. Z jednej strony wiem, że powinienem jeść. Miałem tę świadomość. Ale ciężko mi się było do tego zmusić, bo jak się zmuszam, to podchodzi mi to jedzenie do gardła, już nie mówiąc o strachu przed kolejnym wymiotowaniem. Jeden dzień mnie tak przetyrał, a ja już panicznie się obawiałem powtórki. 
- To nie jest takie proste – odpowiedziałem cicho, niepewnie, patrząc gdzieś w bok. 
- Jedzenie nie jest proste? Nabijasz na widelec, albo nabierasz na łyżkę, do buzi i przełykasz. Co w tym może być trudnego? - spytał, a ja zacisnąłem usta w cienką linię. No tak, on inaczej na to patrzy. Też bym chciał być tak... beztroski. Jeść i się nie martwić o to, czy moje ciało przyswoi ten posiłek czy też nie. Przecież nie robię tego na złość sobie czy jemu. Chcę utrzymać to dziecko w moim łonie dla niego, bo wtedy będzie najszczęśliwszy. Ale nawet to nie potrafi przełamać mojego strachu. Haru westchnął ciężko, biorąc głęboki wdech i wydech, jakby zdał sobie sprawę, że trochę mógł przesadzić. - Poproszę o coś do jedzenia. I zjemy spokojnie razem, dobrze? - powiedział już znacznie łagodniejszym, bardziej wyrozumiałym tonem. Na jego słowa tylko pokiwałem głową. 
Haru opuścił pokój, a ja usiadłem na skraju łóżka, zaczynając nerwowo rozdrapywać skórki przy paznokciach. Znów. Muszę znów zacząć zabezpieczać je bandażami, bo moje dłonie znów zaczynają wyglądać paskudnie. I co z tego, że mój strój i włosy będą piękne, jak dłonie będą odstraszać. Powinienem je zabezpieczyć już od razu. Chwyciłem za bandaż, który trzymałem w szafce przy łóżku, i zaraz owinąłem ją wokół palców. Nie wygląda to najlepiej... ale i tak lepiej, niż z tymi zakrwawionymi skórkami. 
- Niedługo będzie obiad – usłyszałem po kilku minutach głos męża. Gdybym wiedział, że będzie punktualnie w domu, sam bym poprosił o obiad wcześniej, i miałby akurat na powrót. Skąd jednak miałem wiedzieć, że Haru tym razem obietnicę dotrzyma? Do tej pory mu się to nie udawało, nawet jeżeli zarzekał się, że tego dnia będzie inaczej. - Stresujesz się? - spytał zmartwiony, siadając obok mnie i chwytając moją dłoń, delikatnie przesuwając palcami po moich bandażach. 
- To nic takiego – powiedziałem, zabierając swoją dłoń, by położyć mu ją na policzku. Zaraz też zająłem miejsce na jego kolanach, by móc się do niego przytulić. Teraz są zdecydowanie ważniejsze sprawy niż moje dłonie, czy mój stres. - Lepiej powiedz mi, jak ci minął dzień. To mnie w tej chwili najbardziej interesuje – odpowiedziałem, uśmiechając się łagodnie i zachęcająco. 

<Wilczku? C:>

środa, 22 października 2025

Od Mikleo CD Soreya

Nie byłem pewien, czy jego upór miał w ogóle jakikolwiek sens. Moim zdaniem powinien odpocząć, położyć się choć na chwilę, wziąć kilka głębokich oddechów, może nawet zasnąć. Może właśnie tego potrzebował jego organizm, zwykłego wytchnienia, chwili spokoju, możliwości zregenerowania się po wszystkim, co przeszedł. Nie potrafiłem jednak tego stwierdzić z całą pewnością, bo on nie chciał mi niczego powiedzieć. Cały czas ukrywał się za swoim „demonicznym ja”, jakby to miało stanowić tarczę, jakby prawda o jego słabości była czymś, czego nie wolno pokazać światu.
A ja przecież nawet nie postrzegałem go przez pryzmat tej demonicznej siły, lub słabości. Dla mnie był po prostu człowiekiem, zranionym, zmęczonym, potrzebującym wsparcia. Widziałem w nim kogoś, kto został skrzywdzony, i to nie z własnej winy. W końcu to mój brat, z premedytacją sprawił mu krzywdę. Osłabił go, fizycznie, psychicznie, a może nawet duchowo. I choć mój mąż uważa inaczej, ja wiem, że tamto zdarzenie odcisnęło na nim swoje piętno.
Nie chodzi mi o to, żeby mu coś udowodnić, pokazać, że jest słaby, czy sprawić, by poczuł się gorzej. Chodzi tylko o troskę. Martwię się o niego, bardziej, niż pozwala mi to okazać. Chciałbym, żeby choć raz pozwolił sobie odpocząć, odpuścił tę wieczną walkę z samym sobą i ze światem. Ale wiem też, że jeśli będę naciskał, on się zdenerwuje. A ja… cóż, wiem, jak smakuje jego złość. I nie chcę znów jej doświadczać.
Dlatego milczę. Zagryzam wargi, kiedy trzeba, udaję, że wszystko jest w porządku. Skoro on twierdzi, że jest dobrze, niech będzie dobrze. Nie będę tego negować. Choć w środku aż krzyczy we mnie to jedno pytanie: Czy naprawdę jest dobrze? Czy jednak mimo wszystko powinienem się odezwać? Chyba ten strach odczucia jego złości powoduje, że naprawdę nie chcę z tym walczyć. 
Obserwowałem uważnie mojego męża, który szedł przede mną powoli, lekko się chwiejąc. Każdy jego krok wydawał się wysiłkiem. Był wyraźnie zmęczony, widać to było w jego spojrzeniu, w sposobie, w jaki oddychał, w tym, jak ciężko stawiał stopy. Potrzebował odpoczynku, nie miałem co do tego wątpliwości. A jednak czułem, że jeśli teraz się odezwę i choćby wspomnę o tym, sprowokuję jego gniew. Wystarczy jedno nieostrożne słowo, a on mógłby wybuchnąć. I choć był osłabiony, wiedziałem, że wciąż potrafi być groźny.
Nie mogłem mieć pewności, co zrobi, odkąd stał się demonem, odkąd wrócił z piekła, jego zachowanie stało się jeszcze bardziej nieprzewidywalne niż wcześniej. Czasami zdarza mu się uczynić coś, czego nie potrafię zrozumieć ani zaakceptować. Nie mówię wtedy nic. Milczę, bo wiem, że sprzeciw nie ma sensu.
W końcu to ja sam chciałem mieć przy sobie demona.
Ja sam otworzyłem mu drzwi do swojego świata. Ja sam czasem niepotrzebnie zachodzą mu za skórę. Mimo, że doskonale wiem jaki potrafi być... Więc jeśli teraz ponoszę tego konsekwencje… cóż, nie mogę obwiniać nikogo poza sobą.
W pewnym momencie mój mąż się zachciał i gdybym nie był obok pewnie upadł by na ziemię.
- Sorey, nie mów mi, że wszystko jest okej, kiedy widzę, że ledwo co się trzymasz, musisz odpocząć - Odparłem, czując że nie mogę już odpuścić. 

<Pasterzyku? C:> 

Od Haru CD Daisuke

Czułem tę złośliwość, która wypłynęła z jego ust, może niecelowo, może przypadkiem, ale jednak mnie uderzyła. Oczywiście, nie zawsze dotrzymywałem słowa, choć naprawdę się starałem. Moja praca często wszystko komplikowała. Były dni, gdy czas przeciekał mi przez palce, a obietnice ginęły wśród obowiązków i zmęczenia.
Nie chciałem jednak wdawać się w kłótnię. Nie teraz. Wróciłem dziś wcześniej, to powinno mieć znaczenie. Postanowiłem więc skupić się tylko na nim i na tym, co jeszcze zostało z tego dnia, który mogliśmy spędzić razem.
- Szczerze powiedziawszy, nie miałem dziś czasu na śniadanie - Przyznałem w końcu, z lekkim uśmiechem, próbując rozładować napięcie. - Chciałem jak najszybciej dostać się do pracy, a potem tak bardzo się w nią wciągnąłem, że zupełnie zapomniałem o jedzeniu. - Uśmiechnąłem się do niego przepraszająco, wiedząc, że zaraz usłyszę jakąś drobną reprymendę. - Ale teraz… teraz chętnie bym coś zjadł - Dodałem, odrobinę łagodniejszym tonem. - I mam nadzieję, że ty zjesz ze mną. - Zerknąłem na niego z delikatnym uśmiechem, trochę proszącym, trochę przepraszającym takim, który miał sprawić, że choć na chwilę zapomni o moim porannym niedbalstwie.
- Haru, jak mogłeś o siebie nie zadbać? - Jego głos zabrzmiał ostrzej, niż się spodziewałem. - Przecież to nie jest zdrowe dla twojego organizmu, gdy nic nie jesz! - Zganił mnie, dokładnie tak, jak przewidziałem. Westchnąłem cicho, ale zamiast się tłumaczyć, postanowiłem odbić piłeczkę.
- A ty? Jadłeś dziś śniadanie? - Zapytałem spokojnie, unosząc brew. - Bo ostatnio bardzo często je pomijasz. - Daisuke przewrócił oczami i westchnął ciężko, a ja od razu poczułem lekkie ukłucie irytacji. Zawsze tak robił, kiedy uważał, że odwracam kota ogonem. Tyle że wcale nie próbowałem, mówiłem prawdę. On też nie dbał o siebie tak, jak powinien, a mimo to zawsze kazał mi się pilnować, a co z nim? On nie musi?
- Nie rozmawiamy teraz o mnie, tylko o tobie - Mruknął, nadąsając się lekko i unosząc policzki w dziecięcym grymasie.
Uśmiechnąłem się pod nosem. Zawsze był uroczy, gdy się złościł.
- Skoro już zaczęliśmy ten temat, to może jednak powinniśmy porozmawiać też o tobie - Odparłem spokojnie, choć w moim głosie dało się wyczuć cień stanowczości. - Bo jeśli ja mam dbać o swoją dietę, to dlaczego ty tego nie robisz? - Zanim zdążył odpowiedzieć, dodałem szybko, żeby nie dać mu uciec od rozmowy. - I proszę, nie mów mi znowu, że ja musisz o siebie dbać, bo jestem wilkołakiem i pracujesz ciężko. To niczego nie zmienia, Daisuke. Ty też musisz o siebie dbać, tym bardziej teraz, kiedy na świat ma przyjść nasze dziecko.
Zawiesiłem głos, patrząc mu prosto w oczy.
- Bo jeśli nie zadbasz o siebie, to jak będziesz w stanie zadbać o nie… i o nas - Powietrze między nami zgęstniało. Przez chwilę panowała cisza, w której słychać było tylko nasze oddechy. Nie chciałem go zranić chciałem, żeby zrozumiał.
Ja jestem w stanie sobie poradzić świetnie sam, wiele przeżyłem, wiele razy nic nie jadłam a więc nie musi się o mnie martwić, zresztą najpierw niech myśli o sobie a potem skupi się na mnie..

<Paniczu? C:> 

wtorek, 21 października 2025

Od Soreya CD Mikleo

 Mimo, że nie byłem w pełni sił, o czym moje ciało mi cały czas przypominało, trzymałem Mikleo mocno w swoich ramionach. Musimy się oddalić od tego miejsca jak najdalej w jak najkrótszym czasie, dopóki starczy mi sił. Chłód nie ułatwiał mi sprawy, ale wiedziałem, że nie mogłem mu się poddać. Miki na mnie liczył, a jego nie mogłem zawieść. Z każdym machnięciem skrzydeł powtarzałem sobie, że jeszcze trochę. Jeszcze kawałek. 
Po jakichś dwóch, trzech godzinach zaczynałem czuć, że już moje skrzydła mają dosyć. Nie chciałem nagle spaść, jeszcze by Miki przeze mnie ucierpiał, dlatego wolałem wyglądować. Dopiero kiedy odstawiłem mojego męża poczułem, jak strasznie bolą mnie mięśnie ramion i skrzydła. Musiałem wykorzystać całą swoją siłę woli, by ukryć ich drżenie. Miki jeszcze by się za bardzo przejął, i znów zaczął się za bardzo przejmować, i panikować. 
– Przepraszam, po prostu... Muszę odpocząć – odpowiedziałem cicho, czując wstyd. Wytrzymałem tylko jakieś dwie godziny... To było z mojej strony naprawdę beznadziejne zachowanie. 
– Nic się nie dzieje – powiedział łagodnie, przyglądając mi się z uwagą i, tak jak myślałem, ze zmartwieniem. – Rozłożymy koce? 
– Nie, nie. Resztę drogi pokonamy na pieszo. Nie możemy marnować dnia, i dobrej pogody – odpowiedziałem, poprawiając swoją torbę na ramieniu, która to znów zaczęła mi ciążyć. 
– Jesteś pewien? Nie wolisz odpocząć? – pytał, jak zwykle za bardzo mną przejęty. 
– Jestem demonem, nie potrzebuję aż tyle odpoczynku, ani takiego zamartwiania się o mnie. Jestem silny. Dam sobie radę – uspokoiłem go, po czym złożyłem na jego czole pocałunek, chowając swoje skrzydła. Lepiej, by nie zobaczył, jak drżą. Ale by wtedy zaczął panikować. 
– Ale ten narkotyk... – zaczął, ale od razu go uciszyłem, łącząc nasze usta w pocałunku. 
– Wszystko w porządku. Po prostu już chodźmy – poprosiłem, splatając nasze palce. Troszkę był ciepły, ale to pewnie dlatego, że się martwił. 
Mikleo kiwnął głową, chociaż dalej dostrzegałem w jego oczach te iskierki niepokoju. Na szczęście nie kontynuował tego tematu, tylko szedł ze mną. I bardzo dobrze. Tylko tego mi brakowało, by Mikleo mi tutaj biadolił, tylko by mnie tym rozpraszał. Muszę się skupić na tym, by jak najdalej dotrzeć. Przez to, że musimy teraz iść, tak szybko do domu nie wrócimy. Gdybym jutro poczuł się lepiej i bym trochę przyspieszył, wieczorem byśmy byli w domu. Chociaż, nie, bo także musiałem wziąć pod uwagę psiaki, zwłaszcza Psotkę. Ona potrzebowała dłuższych przerw, by wypocząć. Tak więc dopiero jeszcze następnego dnia, późnym rankiem. Gdybym tylko nie był taki słaby... co ten Matsema mi dał? I skąd go wytrzasnął? To nie był pierwszy lepszy zwykły narkotyk. Nawet gdyby był mocny, nie powinien na mnie zadziałać, nie byłem w końcu człowiekiem. To musiało być coś specjalnie dla demonów, albo innych ras, które to są odporne na takie środki. To trochę niepokojące, że w przeciągu kilkunastu minut nieobecności zdobył coś takiego. Zdecydowanie muszę się dowiedzieć więcej o tym składniku, i zawsze być czujnym.

<Owieczko? c:>

Od Daisuke CD Haru

 Jeszcze przez chwilę leżałem pod ciepłą pierzyną, nim w końcu podniosłem się do z łóżka i zabrałem za ogarnianie siebie. Wczoraj strasznie się zaniedbałem, dzisiaj musi być inaczej. Haru raczej tego nie zobaczy, bo pewnie przyjdzie, jak ja będę gotowy do snu, ale dla siebie muszę to zrobić. Umyć, ułożyć włosy, dobrać ubranie, i jakoś dożyć do wieczora. I coś razem wtedy zjeść. Bez niego posiłki nie są takie same, już nie mówiąc o tym, że ostatnio nie sprawiają mi za bardzo przyjemności. Kiedy spożywam posiłek, pierwsze co myślę, to to czy będę po nim wymiotować. Co prawda, posiłki w tej nowej diecie tego u mnie nie wywołują, ale też nie mogę powiedzieć, że są fenomenalne. Jak dla mnie były za delikatne, miały w sobie mało smaku... No ale podchodziły mojemu żołądkowi. Nie dają mi przyjemności, ale dają mi chociaż możliwość najedzenia się. Czasem jednak tęsknię za niektórymi smakami. Za słodkim chyba najbardziej; za czekoladą, truskawką, karmelem... Bałem się jednak, jak to się może skończyć. 
– Wy to macie dobrze – powiedziałem rozbawiony do rozwalonych kotów, głaszcząc brzuszek Tradycji. Też bym chciał tak sobie leżeć cały dzień w łóżku, jak to miało miejsce wczoraj. Nie mogłem jednak dzisiaj tego powtórzyć. Źle bym się czuł tak sam ze sobą, gdybym drugi dzień z rzędu śmierdział pod kołdrą. 
Dlatego też w końcu się umyłem, bardzo dokładnie, dobrałem odpowiednie perfumy, idealną sukienkę, rozpuściłem włosy, które delikatnie falowały... Wyglądałem świetnie. Szkoda, że Haru mnie w tym momencie nie może zobaczyć. Przynajmniej ja na siebie trochę mogę popatrzeć. I następnym razem wybrać nieco inną sukienkę, tutaj za bardzo mi brzuszek odstaje. 
Poprosiłem o gorzką herbatę, która niezbyt mi smakowała, ale bałem się spożyć coś słodkiego. Kiedy już miałem na biurku kubek z gorącym napojem, zabrałem się za odczytywanie listów. Trochę się ich nazbierało... przynajmniej nie będę musiał czytać propozycji matrymonialnych. To mnie zawsze irytowało. 
Mimo, że czułem głód, nie prosiłem o nic do jedzenia. Czekałem cierpliwie na Haru, odliczając godzina po godzinie. Mimo, że w to wątpiłem, miałem cichutką nadzieję, że do mnie wróci na czas. To byłaby miła odmiana po tych wszystkich samotnych dniach. 
Najpierw zareagowały koty. Zaskoczyły z łóżka i zaciekawione podeszły do drzwi. W pierwszym momencie nawet za bardzo nie zareagowałem, czasem tak reagują, jak chociażby służba przechodzi korytarzem, jakby liczyły na to, że tutaj wejdą i dadzą im dodatkową porcję jedzonka. Dlatego też przeżyłem małe zaskoczenie, kiedy do środka wszedł Haru. Punktualnie. Ja... się naprawdę nie spodziewałem. 
– Udało ci się – powiedziałem z czystym zaskoczeniem w głosie, wstając od biurka. 
– No wiesz, jak coś obiecam, to słowa dotrzymuję – odpowiedział, witając się z kociakami. 
– Ostatnio to tak nie do końca ci wychodziło – odpowiedziałem zgodnie z prawdą. Ile to razy mi obiecał, że tego dnia wróci wcześnie? I ileż to razy mu się to udało? Dzisiaj był chyba pierwszy raz, kiedy wrócił do mnie o standardowej godzinie w przeciągu ostatnich tygodni. – Zjadłeś śniadanie? Poprosić o przyniesienie obiadu dla ciebie? – dopytałem, musząc się upewnić, że czuje się jak najlepiej. 

<Piesku? c:>

Od Mikleo CD Soreya

Słysząc głos mojego męża, odruchowo ruszyłem w jego stronę, nie chcąc, by czekał na mnie ani chwili dłużej, niż to konieczne. Z moich ubrań wciąż leniwie skapywały krople wody, tworząc małe, nieregularne plamy na ziemi. Otrzepałem się z chłodu, który przenikał przez mokry materiał, i zawołałem:
- Już idę! - Odpowiedziałem, jedną ręką próbując osuszyć skórę z resztek wody, która mogłaby mu przeszkadzać. - Naprawdę jesteś pewien, że dasz radę? Nie żebym w ciebie nie wierzył, tylko... po prostu się martwię. A co jeśli jeszcze nie jesteś w pełni sił? Co, jeśli coś pójdzie nie tak i spadniemy? Nie daj Boże, gdybyś sobie coś zrobił... nie zniosę myśli, że mógłbym mieć cię na sumieniu. - Martwiłem się, jak zawsze. Ale to nie było nic nowego. Troska o niego towarzyszyła mi odkąd się poznaliśmy. Kochałem go jak głupi, całym sobą, może nawet za bardzo. Dla niego byłem w stanie zrobić wszystko, naprawdę wszystko. Inni mówili, że przesadzam, że zbyt wiele poświęcam… ale oni nie rozumieli. On i nasze dzieci byli całym moim światem. Gdyby trzeba było po raz kolejny oddać za nich życie, zrobiłbym to bez wahania.
- Miki, proszę cię, nie dramatyzuj - Odezwał się łagodnie Sorey, podchodząc bliżej. - Nie jestem dzieckiem, wiem, co robię. Nic mi się nie stanie. Jeśli poczuję się gorzej, dam ci znać, dobrze? Wtedy po prostu wrócimy na dół. - Uśmiechnął się lekko i musnął moje czoło pocałunkiem, a ja, mimo całego niepokoju, poczułem znajome ciepło, które zawsze towarzyszyło jego dotykowi.
- To może chociaż wezmę coś od ciebie? - Zaproponowałem odruchowo, nie myśląc o tym, że przecież skoro to on ma mnie nieść, to wszystko, co zabiorę, i tak będzie musiał unieść razem ze mną. Dopiero po chwili dotarło do mnie, jak absurdalnie to zabrzmiało.
- Miki... - Zaczął Sorey z pobłażliwym uśmiechem, ale nie pozwoliłem mu dokończyć.
- Wiem, wiem. To nie miało sensu - Westchnąłem, przecierając twarz dłonią. - Głupie z mojej strony. Przepraszam. Naprawdę muszę zacząć myśleć, zanim coś powiem. - Sorey roześmiał się cicho, a dźwięk jego śmiechu rozproszył resztki napięcia. Spojrzałem na niego i pomyślałem, że nawet jeśli czasem zachowuję się jak idiota, to przynajmniej jestem idiotą, który kocha z całego serca.
- To co, możemy w końcu lecieć? - Zapytał z lekkim uśmiechem, a ja tylko skinąłem głową, nie odzywając się już ani słowem. Skoro wcześniej mówiłem głupoty, to lepiej było po prostu zamilknąć. On nic takiego mi nie zarzucił, oczywiście, ale ja sam doskonale wiedziałem, że czasem potrafię palnąć coś bez sensu. Lepiej więc było nie kusić losu. - Chodź tu do mnie - Powiedział cicho, wyciągając ręce w moją stronę.
Bez wahania podszedłem bliżej, pozwalając mu objąć mnie mocno. Jego ramiona były ciepłe i pewne, tak inne od chłodu powietrza, które zaraz nas otoczy. W jednej chwili wzbił się w powietrze, mocno trzymając mnie w ramionach, aby przypadkiem nic mi się nie stało. 
Czując przyjemny wiatr, na chwilę zamknąłem oczy aby pozwolić sobie na relaks, nim znów kupiłem się na uważnym obserwowaniu mojego męża któremu w razie co będę musiał pomóc choć w rzeczywistości nie wiem nawet jak.

<Pasterzyku? C:> 

Od Haru CD Daisuke

 Ależ on był słodziutki w tym, co mówił i robił. Przecież doskonale wiedziałem, że muszę zjeść śniadanie i zabrać się do pracy, w przeciwnym razie nie dałby mi żyć, co do tego nie miałem żadnych wątpliwości.
- Spokojnie, wiem o tym. Nie zapomnę o śniadaniu, ani teraz, ani w pracy - Odpowiedziałem z uśmiechem. - I wiesz, postaram się dziś wrócić po ośmiu godzinach. Tym razem nie będę robić nadgodzin. - Zaproponowałem to z nadzieją, choć w głębi duszy wiedziałem, że nie mam stu procent pewności, czy rzeczywiście uda mi się wyrwać wcześniej. Sytuacje bywają różne, ale obiecałem sobie, że zrobię wszystko, by dotrzymać słowa. Nie chciałem go znów zawieść. Nie tym razem, gdy czuję, że naprawdę bardzo mnie potrzebuje.
- Może lepiej nie obiecuj mi czegoś, czego możesz nie być w stanie dotrzymać - Odpowiedział cicho, spuszczając wzrok. - Niepotrzebnie się nastawię, a ty znów nie wrócisz tak, jak powinieneś. - Te słowa uderzyły mnie mocniej, niż się spodziewałem. Czułem bijącą od niego niepewność, która trochę mnie irytowała, ale z drugiej strony… sam byłem sobie winien. Już kilka razy obiecywałem, że wrócę wcześniej, a potem nie dawałem rady. Praca, sprawy, które trzeba było załatwić, obowiązki wszystko to pochłaniało mnie bardziej, niż chciałem. I choć naprawdę bardzo się starałem, coraz częściej miałem wrażenie, że zwyczajnie nie jestem w stanie być tam, gdzie chciałbym być, z nim, na czas, zawodząc go na każdym możliwym kroku..
Westchnąłem cicho, nie wiedząc, co mógłbym mu w tej chwili powiedzieć. Jak zmienić jego nastrój? Jak podnieść go na duchu, kiedy każde moje słowo mogło zabrzmieć jak pusta obietnica? Właściwie tylko jedno mogło to naprawić, wrócić po ośmiu godzinach, tak jak obiecałem. Tylko tym mógłbym mu pokazać, że naprawdę się staram.
- Zapewniam, tym razem się uda - Powiedziałem z lekkim uśmiechem i pochyliłem się, by ucałować go w czoło. Pocałunek był krótki, ale ciepły, pełen cichej obietnicy, że zrobię wszystko, by nie zawieść. - Do zobaczenia - Rzuciłem jeszcze, odwracając się i kierując w stronę drzwi.
Po drodze zajrzałem do służby, żeby zabrać przygotowany dla mnie posiłek. Miałem go zjeść w pracy, choć szczerze mówiąc, już wiedziałem, że nie znajdę na to czasu. Jeśli chciałem wrócić wcześniej, musiałem wyjechać już teraz, bez zbędnych przystanków. Coś za coś.
Zacisnąłem palce na torbie z jedzeniem, czując delikatne ukłucie niepokoju. Naprawdę chciałem, żeby tym razem się udało. Nie chciałem znów widzieć w jego oczach rozczarowania, tego cichego „a nie mówiłem?”, które bolało bardziej niż jakiekolwiek słowa.
Do pracy dotarłem punktualnie, jak rzadko kiedy. Od razu zabrałem się za sprawę, która od wielu miesięcy spędzała mi sen z powiek. Właściwie miałem dziś pełne ręce roboty, dokumenty, raporty, spotkania… wszystko naraz. Ale mimo tego, wciąż miałem w głowie jedno: jego rozczarowanie. Ta świadomość paliła mnie od środka i przypominała, że nie mogę się dziś spóźnić ani o minutę.
Praca może poczekać. Mój panicz, zdecydowanie nie.
Może właśnie dlatego, po raz pierwszy odkąd tylko pamiętam, wyszedłem z budynku punktualnie. To było coś zupełnie nowego, niepodobnego do mnie w ostatnim czasie. A jednak… słowo się rzekło.
Obietnicy nigdy nie łamię, bez względu na to, co by się miało wydarzyć. I dziś nie miało być inaczej.

<Paniczu? C:>

poniedziałek, 20 października 2025

Od Daisuke CD Haru

 Cieszyłem się, że mój mąż był przy mnie. Niewiele od niego wymagałem. Chciałem tylko, by był obok. By m czuł jego obecność, bo kiedy był obok, czułem się bezpieczny. Wiedziałem wtedy, że niezależnie od tego, co się stanie, on tu będzie. Obroni mnie, pomoże, wesprze. I przede wszystkim wiem, że jest bezpieczny. A kiedy jest poza domem? Na akcji? Nic wtedy nie wiem. Kiedy pracowałem razem z nim, było trochę inaczej. Mogłem kontrolować to, co się dzieje, zadbać o jego bezpieczeństwo, wspomóc go w walce. A tak? Mam tylko przeczucie, które z każdą godziną podpowiada mi same najgorsze scenariusze. Oby jak najszybciej skończył tę sprawę, i wrócił do mnie, i zaczął spędzać ze mną czas. Nawet tak niewiele robiąc, wystarczy mi, że będziemy leżeć, albo spać, albo po prostu rozmawiać. Może nawet ćwiczyć warkocze czy inne fryzury na moich włosach. To mogłoby się mu przydać, jeżeli w moim ciele rozwija się nasza córka. A jeżeli nie i będziemy mieć syna, to cóż, będę chociaż na jakieś najbliższe dwa lata miał przepiękne fryzury. 
- Ja ciebie też kocham – powiedziałem cicho, ledwie kontaktując. Jego obecność, charakterystyczny zapach, ciepło bijące od jego ciała.. mój umysł w końcu się mógł wyciszyć. Zrelaksować. Wcześniej był on kłębkiem nerwów, i nawet jeżeli udało mi się zasypiać, nie odpoczywałem, a po przebudzeniu byłem jeszcze bardziej zmęczony. Niestety, za bardzo się nie wyśpię, Haru pewnie będzie musiał wstać wcześnie, a ja wraz z nim. Znaczy, ja nie będę musiał, ale na pewno się przebudzę. Bez niego leżenie w łóżku nie jest takie samo. Jest tu tak chłodno, i nieprzyjemnie, i samotnie... nawet kociaki nie potrafią zapełnić tej pustki, jaką pozostawia po sobie, kiedy wychodzi do pracy. 
Haru coś odpowiedział. Co, nie byłem w stanie powiedzieć. Trochę już zasypiałem, schowany w jego ramionach, bo w tej chwili nic innego nie miało dla mnie znaczenia. 
Tak jak myślałem, obudziłem się rankiem. Nie jakoś bardzo wczesnym, więc tym razem uda się do pracy o normalnej porze. Oby tylko także wrócił do domu o odpowiedniej porze. Nie chciałbym czekać na niego dłużej niż to konieczne. Otworzyłem swoje oczy, słysząc cichy plusk wody. Mój mąż już wszedł do łazienki, by najpewniej się wykąpać. Chwyciłem za jego poduszkę, przyciągając ją do siebie i mocno do siebie tuląc, zaciągając się jej zapachem. Za chwilę to będzie wszystko, co mi po nim zostanie... na tą myśl wtuliłem się w nią mocniej. 
Po kilkunastu minutach mój mąż do mnie wrócił. Był już przebrany do pracy, a włosy miał on lekko zmierzwione. Ale on był przystojny... i idzie tam, w świat. Do tych ludzi, z którymi ma więcej interakcji, niż tak właściwie ze mną. To sprawiało, że czułem smutek. Czemu muszę mieć tak przystojnego męża, który to jest podziwiany przez wszystkich. Czemu nie może być tylko mój? 
- Pamiętaj, żeby zjeść śniadanie przed pracą – rzuciłem cicho, opatulając się ciaśniej kołdrą. 

<Piesku? C:>

Od Soreya CD Mikleo

 Jak dla mnie mój słodki Miki za bardzo przesadzał. Raz mi się zdarzyło, że przy kimś, przy kim powinienem czuć się raczej bezpiecznie, spuściłem gardę i prawie zdarzyło się nieszczęście. Nie do końca wiedziałem, co ten sukinsyn chciał zrobić z takim nieprzytomnym mną, ale jak go znajdę... normalnie, gdyby ktoś inny mnie potraktował w ten sposób, to bym oczywiście zabił takowego dowcipnisia. Ale że jest to brat Mikleo to ma pewne ulgi, i jedyne co, to się na nim zemszczę. O ile go znajdę. A znajdę na pewno. Takiego znieważenia nie mogłem mu odpuścić. 
Powoli rozprostowałem swoje skrzydła, które delikatnie drżały. Jeszcze nie byłem w pełni sił, całe moje ciało mi o tym przypominało. To mi się nie podobało. Nie mogłem teraz być słaby. Przede wszystkim musieliśmy się oddalić od tego miejsca. Miki tego chciał, i ja to Mikiemu zapewnię. Ale wpierw Psotka. Trzeba ją nakarmić, obie sunie napoić, spakować koce i możemy wyruszać. I wyruszymy.  Chociaż trochę. Myślę, że już wtedy będzie lepiej się czuł, i trochę tak zapomni o tym, co się wydarzyło. W końcu... nic złego się nie zdarzyło. Mikleo zareagował, i dobrze, że on podszedł pierwszy. Gdyby Banshee ruszyła przodem do obozu, nie wiem, czy z Matsemy by coś zostało. I tak jestem w szoku, że usłuchała Mikleo. Byłem pewien, że kiedy mnie zauważy w takim beznadziejnym stanie, zaatakuje bez przemyślenia. Ale to dobrze. Widzi w nim autorytet,  jego słowa są dla niej tak samo ważne jak moje. 
- No już, nie patrz się tak na mnie – powiedziałem do Banshee, która wpatrywała się we mnie tym zmartwionym spojrzeniem. Swoją drogą, niesamowite, jak jej oczy zmieniały się na przestrzeni jej lat. Zaczynała od takich słodkich, złotych, a teraz? Jej białka były stały się czarne, a tęczówki przyciemniały i przywodziły mi na myśl piekielne płomienie. Były zarówno złowrogie, jak i piękne. Takie oczy powinny mieć demony. A nie jak te moje, takie zwykłe, i po prostu czerwone.
- Jest w porządku. Trochę musimy odlecieć, zrobi mu to dobrze – kontynuowałem, składając koce, by je zaraz schować do torby. - Mam całą wieczność na odpoczynek. I całą wieczność na to, by mu się odpłacić pięknym za nadobne. 
Banshee prychnęła cicho, a następnie potrząsnęła łbem. Nie była zadowolona, miała swoje zdanie, i go nie odpuści. Co za uparciuch. Zupełnie jak Mikleo. Może dlatego się tak dogadują? Mają ze sobą więcej wspólnego, niż by można przypuszczać. 
- Miki? Jestem gotowy – zawołałem, zakładając torbę na ramię. Czy mi się wydawało, czy ona była jakaś taka... cięższa niż przedtem? A to trochę dziwne, bo przecież powinna być lżejsza... no nic, pewnie zaraz się przyzwyczaję do tego nowego ciężaru. 

<Owieczko? C:>

niedziela, 19 października 2025

Od Haru CD Daisuke

Od razu zabrałem się za włosy mojej ślicznej panienki, delikatnie przeczesując je palcami, by rozplątać pojedyncze pasma. Były miękkie i gładkie, pachniały jej ulubionym szamponem. Ująłem je w dłonie i powoli zacząłem zaplatać w warkocz, niezbyt pewnie, ale z całego serca starałem się, żeby wyszło jak najładniej.
To prawda, warkocz wyszedł trochę krzywy. Mimo to byłem z siebie dumny. Nie miałem zbyt wielu okazji, by ćwiczyć takie rzeczy, więc musiałem odświeżyć starą pamięć właśnie na jej długich włosach.
- Chyba już. Może nie jest idealnie równo, ale naprawdę się starałem - Przyznałem z lekkim uśmiechem, odchylając się, by podziwiać efekt mojej pracy.
Byłem zadowolony. Może nie wyszło perfekcyjnie, ale włożyłem w to całe serce i chyba to właśnie się liczyło. Zresztą, byłem prawie pewien, że poradziłem sobie lepiej niż on sam by potrafił.
Patrząc na jej długie włosy, pomyślałem, że to dobra lekcja na przyszłość. Dzięki niej mogłem nauczyć się czegoś, co kiedyś na pewno mi się przyda, może wtedy, gdy na świecie pojawi się nasza córeczka.
Oczywiście, nie wiem, jaka będzie płeć naszego dziecka. To tylko cicha nadzieja i marzenie, które kiełkuje gdzieś w środku. Ale tak naprawdę... nie ma to większego znaczenia. Jeśli urodzi się syn, będę równie szczęśliwy. Najważniejsze, by nasze dziecko było zdrowe, cała reszta to tylko drobiazgi.
Spojrzałem na nią jeszcze raz, na jej spokojny uśmiech i delikatne spojrzenie. Wtedy poczułem, że wszystko, co robimy, nawet tak drobne rzeczy jak czesanie włosów, tworzy coś pięknego. Coś prawdziwego.
Moja panienka od razu podeszła do lustra, żeby się przejrzeć. Włosy miała spięte w warkocz, który zrobiłem specjalnie na noc, nikt oprócz mnie nie miał go zobaczyć, ale mimo to chciała sprawdzić, jak wygląda. I dobrze. Jeśli potrzebowała tego, by poczuć się pięknie, nie miałem nic przeciwko.
- Całkiem ładnie - Stwierdziła z uśmiechem, obracając głowę w prawo i w lewo, by lepiej ocenić efekt. - Jeszcze trochę poćwiczysz i będą wychodzić ci zupełnie równo. - Zaśmiała się cicho, a w jej oczach błysnęło rozbawienie. Po chwili wróciła do łóżka i wtuliła się we mnie, szukając ciepła i bezpieczeństwa w moim ramieniu. Poczułem, jak jej dłonie delikatnie muskają moją skórę, a jej ciało powoli się rozluźnia.
Objąłem ją mocno, tak jak zawsze, gdy chciałem, żeby wiedziała, że niczego jej nie zabraknie. Ani ciepła, ani spokoju, a niebezpieczeństwa ani miłości. Te dwie rzeczy, bezpieczeństwo i bliskość, były tym, czego pragnęła najbardziej, i czego nigdy nie pozwoliłbym jej stracić.
W pokoju panowała cisza przerywana tylko cichym szumem wiatru za oknem. Przez chwilę po prostu leżeliśmy tak, w milczeniu, a ja słuchałem jej spokojnego oddechu, który powoli stawał się coraz bardziej równy. Wtedy zrozumiałem, że w takich właśnie momentach kryje się prawdziwe szczęście, w prostocie, dotyku i w tym, że ktoś obok ciebie zasypia z poczuciem bezpieczeństwa.
- Kocham cię - Szepnąłem, składając na jej czole ciepły, spokojny pocałunek. Czułem, jak jej oddech łagodnie miesza się z moim, jak nasze serca biją w tym samym rytmie. W tej chwili nie potrzebowałem niczego więcej, wystarczała jej obecność, jej bliskość, samo *bycie razem*.
Była moim szczęściem. Moją nadzieją na każdy nowy dzień. Patrząc na nią, wiedziałem, że wszystko, co wydarzyło się wcześniej, wszystkie trudności, lęki i niepewności, miały sens, bo doprowadziły mnie właśnie tutaj, do niej..

<Paniczu? C:> 

Od Mikleo CD Soreya

Nie byłem pewien, czy w ogóle powinienem iść nad jezioro, zostawiając go samego. Co jeśli mój brat wróci? Oczywiście wiem, że mój mąż potrafi się obronić, jest silny, znacznie silniejszy niż mój brat. A jednak... w tej chwili wydawał się zbyt osłabiony, by zostać sam. Nie chciałem ryzykować. Nie chciałem, żeby znów coś mu się stało. Już raz został skrzywdzony, z mojej winy i nigdy sobie tego nie wybaczyłem. Nie mogłem pozwolić, by historia się powtórzyła.
Z drugiej strony była przy nim Banshee. Wiedziałem, że nie pozwoli nikomu go skrzywdzić. Znałem jej moc, jej lojalność, a mimo to... wciąż czułem niepokój. Strach we mnie narastał, a pragnienie powrotu do domu stawało się coraz silniejsze. Miałem już dość tej przygody, tego ciągłego napięcia. Chciałem tylko spokoju. Chciałem jego bezpieczeństwa i naszego wspólnego domu.
- Jesteś pewien? - Zapytałem cicho, nie kryjąc troski. - A co, jeśli mój brat wróci? Albo jeśli ktoś spróbuje cię skrzywdzić? Ty... nie jesteś jeszcze na siłach, żeby zostać sam - Dodałem, czując, jak serce ściska mi się z niepokoju. Martwiłem się o niego bardziej, niż byłem w stanie przyznać nawet sam przed sobą. Nie mogłem znieść myśli, że mógłby znowu cierpieć, szczególnie przeze mnie. Wiedziałem, że mój brat jest zdolny do wszystkiego.
Mój mąż jednak spojrzał na mnie spokojnie, jakby próbował jednym gestem uciszyć wszystkie moje lęki. Widząc, jak bardzo się przejmuję, jak dręczy mnie poczucie winy, uniósł dłonie i delikatnie ujął moje policzki. Jego dotyk był ciepły, uspokajający, jakby chciał przypomnieć mi, że tu i teraz jesteśmy tylko my, bez przeszłości, bez strachu.
- Spójrz na mnie - Szepnął. - Jestem tutaj. Nic mi nie grozi. - Zanim zdążyłem odpowiedzieć, przyciągnął mnie bliżej i złączył nasze usta w namiętnym pocałunku. Czułem, jak wszystkie zmartwienia, które mnie przygniatały, rozpływają się w tej jednej chwili. Świat wokół przestawał istnieć, była tylko jego obecność, jego ciepło i smak jego warg.
W tym pocałunku była obietnica, że wszystko jeszcze się ułoży, że razem przetrwamy nawet to.
- Idź, nic się nie martw. Na pewno sobie poradzę - Zapewnił spokojnym tonem. W jego głosie była pewność, której tak bardzo potrzebowałem. Patrzyłem na niego jeszcze przez chwilę, jakby chcąc zapamiętać każdy szczegół tej chwili, po czym, ufając jego słowom, skinąłem posłusznie głową i powoli podniosłem się z koca.
Skoro potrzebował jeszcze trochę czasu, by dojść do siebie, mogłem faktycznie pójść nad jezioro i zająć się sobą. Nie byłem co do tego całkiem przekonany, wolałbym zostać przy nim, czuwać, mieć go na oku, ale może odrobina spokoju nad wodą pozwoli mi się odprężyć. Może chłód jeziora zmyje ze mnie napięcie, które od kilku dni nie dawało mi spokoju.
Zawahałem się jeszcze, nim ruszyłem. Spojrzałem na niego ponownie, jakby chciał się upewnić, że naprawdę mówił poważnie.
- Dobrze - Odezwałem się w końcu cicho. - Ale gdyby jednak coś ci się stało... proszę, zawołaj mnie. Nie chcę, żeby ktoś zrobił ci krzywdę. - Mój głos zadrżał, mimo że starałem się brzmieć spokojnie. On jedynie uśmiechnął się lekko, jakby chciał dodać mi otuchy, i kiwnął głową. Wtedy dopiero ruszyłem w stronę jeziora, zerkając co jakiś czas w stronę obozowiska.

<Pasterzyku? C:> 

poniedziałek, 13 października 2025

Od Daisuke CD Haru

 Trochę go nie rozumiałem. Widziałem, że był zmęczony, trzeba chyba być ślepym, by tego nie dostrzec. A jednak. Pomimo tego wszystkiego, chce utrzymać ze mną konwersację. Przecież... to było głupie, z jego strony. Mówiłem mu, że ma jeść i spać, a ja sobie jakoś poradzę. Zresztą, pewnie zaraz zwinąłbym się w kulkę obok niego, bo nie na nim, nie po tak gigantycznej porcji jedzenia. To nie byłoby ani zdrowe, ani wygodne dla niego. 
– Przez cały ten czas czułem się dobrze – patrząc ze smutkiem na na pusty kubek herbaty. Kiedy ja go wypiłem? Dopiero teraz zdałem sobie sprawę z tego, jak bardzo spragniony byłem... ale to raczej nie powinno mnie dziwić. Nic nie piłem cały dzień, to oczywiste, że teraz to wszystko we mnie uderza ze zdwojoną siłą. Wczoraj też w sumie nie dość, że mało piłem, to jeszcze wymiotowałem, a to dodatkowo odwadnia. Powinienem nadrobić braki składników w swoim organiźmie. Jeżeli faktycznie jestem w ciąży, to muszę dbać o siebie, chociażby ze względu na to maleństwo, które się we mnie rozwija. O ile się we mnie rozwija. Ale... chyba wszystko na to wskazuje. Dopiero za niecały miesiąc będziemy mogli być bardziej pewni, o ile medyk nie przyjdzie do mnie wcześniej z jakimś testem. Osobiście preferowałbym te magiczne sprawdzenia, one są chyba najbardziej pewne. – Tylko... trochę mi zimno – przyznałem, odsuwając od siebie pusty talerz, który jakoś zmieściłem w brzuchu. Jak? Nie wiem. Może byłem bardziej głodny, niż zakładałem. Bylebym tylko tego za kilka godzin nie zwrócił... 
– Zaraz to naprawimy – powiedział z uśmiechem, wstając od stołu. – Jeszcze chcesz herbaty? Albo coś innego do picia? Czekoladę może – zaproponował, podchodząc do mnie. 
– Napiję się wody. Lepiej zaspokoi moje pragnienie – przyznałem zgodnie z prawdą. Także wstałem od stołu, nie przejmując się się naczyniami. Byłem bardziej niż pewien, że za kilkanaście minut, kiedy tylko zgaśnie światło i ucichną nasze rozmowy, do środka cicho wejdzie jedna z pokojówek, zabierając wszystko to, co było do mycia i może nawet sprzątając tutaj po cichu. Zazwyczaj to drugie robią wtedy, kiedy mnie nie ma, ale ze teraz spędzam tutaj w pokoju praktycznie całe dnie, to nie mają takiej okazji. 
– Już ci nalewam – odpowiedział, od razu podchodząc do szafki, by zabrać z niego szklankę i nalać do niej wody. – Chodź, przejdźmy do łóżka. Tam jest znacznie cieplej. 
– Taki miałem zamiar – odpowiedziałem, kierując się na moje ciepłe łóżeczko. Muszę się zastanowić nad jakimś cieplejszym strojem do spania. 
Usiadłem na brzegu łóżka, ale zanim się na nim położyłem, musiałem zająć się moimi włosami. Chociaż ten raz dziennie wypadałoby coś z nimi zrobić. Haru zajął miejsce obok mnie, przez chwilę przyglądając się, jak je rozczesuję, aż w końcu delikatnie chwycił mój nadgarstek, uniemożliwiając mi dalszą pielęgnację. 
– Mogę się nimi zająć? – spytał, a jego oczy w nikłym świetle lampki przywodziły mi na myśl szczeniaczka. I jak kiedyś na mnie to w ogóle nie działało, tak teraz poczułem, że mu ulegam. Co to się ze mną dzieje? 
– Będzie mi niezmiernie miło – powiedziałem zgodnie z prawdą, odwracając się tak, by miał pełen dostęp do moich włosów. 

<Piesku? c:>