wtorek, 7 października 2025

Od Mikleo CD Soreya

 Gdy o to zapytał, wspomnienia natychmiast wróciły ostre, bolesne, tak żywe, jakby to wszystko wydarzyło się wczoraj. Przypomniałem sobie tamten dzień… ten jeden, który na zawsze odcisnął się w mojej pamięci. Dzień, w którym znalazłem mojego brata, w naszej sypialni, w naszym łóżku, razem z moim mężem.
Sorey, jako człowiek, nie był w stanie nas odróżnić. Nie mogłem mieć do niego o to pretensji, wyglądamy niemal identycznie. Tylko nasze charaktery zdradzają, jak bardzo się różnimy. W tamtej sytuacji naprawdę mógł się pomylić, i choć to, co zobaczyłem, zabolało mnie bardziej, niż chciałbym przyznać, nie czułem do niego żalu. Byłem zły, owszem. Czułem zranienie, zawód, ale nie nienawiść. Nie tak, jak czułbym ją teraz, gdyby coś takiego wydarzyło się ponownie.
- Gdy byłeś człowiekiem - Zacząłem spokojnie, choć głos lekko mi drżał - Mój brat pojawił się w naszym domu. Od początku mu się spodobałeś. Bardziej, niż mógłbyś przypuszczać. Chciał się do ciebie zbliżyć, chciał, byś wybrał jego… a nie mnie. I pewnej nocy, nie wiedząc, że to nie ja, położył się do naszego łóżka. Przytulił się do ciebie, a ty, Zmęczony, zaspany nie zauważyłeś różnicy. Niby nic wielkiego się nie wydarzyło, ale… próbował pójść o krok dalej. Chciał cię dotknąć, pocałować, może nawet więcej. Na szczęście wszedłem do pokoju w ostatnim momencie. Wtedy wszystko się wydało. I choć do dziś nie potrafię zapomnieć tego widoku, wiem, że gdybym spóźnił się choć chwilę, mogłoby dojść do czegoś, czego żadne z nas nie chciałoby pamiętać. - Wytłumaczyłem, chociaż nie do końca byłem pewien czy było to potrzebne, on nie musiał tego wiedzieć, te wspomnienia dawno już powinny zaniknąć. Jednak skoro pytał, musiałem mu odpowiedzieć, nie chciałem przecież go oszukiwać, kłamstwo i tak by wyszło a ja kłamać nienawidziłem. 
- Cóż, wygląda na to, że twój brat jest naprawdę przebiegły… i chyba ma do mnie jakąś słabość. Zresztą, kiedyś też ją miał. - Sorey westchnął, drapiąc się po karku. - Naprawdę nie rozumiem, co on we mnie widzi. Ani nie jestem szczególnie przystojny, ani przesadnie mądry. Po prostu… jestem. I tyle. - 
Uśmiechnąłem się lekko, kręcąc głową. Mój mąż zawsze miał w sobie ten uroczy brak wiary w siebie. Może nie był wybitnym strategiem ani geniuszem analizy, ale miał w sobie mądrość taką, której nie da się nauczyć. I choć często udawał, że jest inaczej, ja wiedziałem swoje.
- Jesteś mądry, jesteś kochany i poświęciłeś dla nas naprawdę wiele - Powiedziałem cicho, łapiąc go za rękę. - A mój brat… cóż, on uwielbia wszystko to, co podoba się i mnie. Skoro ty podobasz się mnie, to nic dziwnego, że i on chciałby mieć to samo.
Sorey uśmiechnął się z lekkim zakłopotaniem, a ja poczułem, że ciężar rozmowy powoli opada. Ruszyliśmy więc z powrotem do obozu. Już z daleka dostrzegłem uśmiech na twarzy mojego brata, zbyt szeroki, zbyt pewny siebie, by był szczery.
- Nareszcie jesteście! - Zawołał, wstając z kamienia, na którym siedział. - Tak bardzo się nudziłem. A ten wasz pies… - Wskazał na Banshee, która obserwowała go z nieufnością - Zdecydowanie powinna być lepiej wychowana - Banshee warknęła cicho, nie spuszczając z niego wzroku. I choć brat mówił tonem żartobliwym, w jego głosie czaiło się coś, co kazało mi zachować czujność.

<Pasterzyku? C:>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz