niedziela, 5 października 2025

Od Mikleo CD Soreya

Nie mogłem znieść tego, jak mój brat zachowywał się wobec **mojego męża**. To, w jaki sposób próbował mu się przymilać, doprowadzało mnie do szału. Niech znajdzie sobie własnego partnera, nie zamierzam dzielić się swoim. To po prostu nie fair. Dlaczego on zawsze musi chcieć tego, co mam ja? Czy naprawdę nie potrafi żyć inaczej niż w moim cieniu?
Powinien poszukać kogoś w swoim typie. W końcu wiem, że teraz Sorey, jako demon może być dla niego jeszcze bardziej pociągający niż kiedyś, gdy był człowiekiem. Mojego brata zawsze fascynowały mroczne charaktery. Cóż, przynajmniej w tym jednym jesteśmy do siebie podobni.
Przez całą drogę milczałem, obserwując, jak mój brat na moich oczach próbuje oczarować Soreya. Chciałem coś powiedzieć, zareagować, odciągnąć go, ale gdy zobaczyłem, że Sorey sam nawiązał z nim dobry kontakt, odpuściłem. Wiedziałem, że to typowe dla niego, z natury ufa ludziom, nawet tym, którzy na to nie zasługują. Czułem jednak, że będzie chciał utrzymać z nim jakąś relację, mimo że ja najchętniej zerwałbym kontakt z bratem na zawsze.
Nie znoszę go. Nie tylko dlatego, że jest moim przeciwieństwem, ale też dlatego, że zawsze, **zawsze**, gdy się pojawia, dzieje się coś złego. Boję się, że i tym razem nie będzie inaczej. Nie chcę stracić męża. Nie chcę, żeby komukolwiek stała się krzywda, a zwłaszcza jemu.
Szliśmy obok siebie, ja i Sorey, dłonie splecione jakby to miało mnie ochronić przed wszystkim, co złe. Milczałem, słuchając, jak rozmawiają, jak śmieją się, jakby mnie tam w ogóle nie było. Banshee, nasza wierna towarzyszka, jedyna, która zdawała się rozumieć mój gniew, natychmiast zareagowała, gdy tylko zobaczyła nowego przybysza. Warknęła nisko, pokazując swoje ostre, długie kły.
- Banshee, spokój. Nic się nie dzieje - Powiedział Sorey spokojnym tonem, machając do niej ręką.
Samica posłusznie opuściła głowę, choć jej spojrzenie pozostało czujne. Tak jak ja, nie była zadowolona z obecności nowego gościa. Coś w powietrzu drżało, jakby samo otoczenie wyczuwało napięcie między nami. I miałem złe przeczucie, że to dopiero początek.
- Miki, wszystko w porządku? Chcesz może coś zjeść? Albo napić się czegoś? - Sorey zwrócił się do mnie po kilku minutach rozmowy z moim nieszczęsnym bratem.
- Nie, dziękuję. Nie jestem ani głodny, ani spragniony - Odpowiedziałem, starając się uśmiechnąć, choć w środku czułem, jak coraz bardziej narasta we mnie irytacja.
- Jesteś pewien? - Dopytał z troską w głosie.
Skinąłem tylko głową, nie chcąc już ciągnąć tematu.
- Nie przejmuj się nim - Wtrącił mój brat z udawanym rozbawieniem. - Po prostu jest obrażony i nie chce się przed tobą przyznać. - Na jego słowa poczułem, jak uśmiech zastyga mi na twarzy. Oczywiście, że musiał coś powiedzieć. Zawsze musi. Każdą sytuację potrafi obrócić tak, żebym to ja wyszedł na tego trudnego, drażliwego, gorszego. Nic nowego. Zawsze byłem tym „drugim”, w jego cieniu, w jego cienkiej sieci kłamstw, które tak zręcznie tkał przy każdej okazji.
- A mógłbyś nie odzywać się w moim imieniu? - Fuknąłem, niechcąc z nim rozmawiać, jeśli Mój mąż chce niech rozmawia ale mnie niech w to nie wciągają.

<Pasterzyku? C:> 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz