Uśmiechnąłem się do niego uroczo, a zanim wstałem, lekko poruszyłem biodrami na jego kolanach, niby przypadkiem, odrobinę, tak dla zaczepki. Oczywiście doskonale zdawałem sobie sprawę, że nic między nami teraz z tego nie wyniknie, ale i tak chciałem go podrażnić.
- Oj, wybacz to tak tylko przypadkiem - Wymruczałem, gdy zszedłem z jego nóg i usiadłem obok na kocu.
- Oczywiście… uważaj, bo jeszcze ci uwierzę - Pokręcił rozbawiony głową i pocałował mnie w policzek, po czym skupił się na naszej Psotce, trzeba było ją nakarmić.
W międzyczasie patrzyłem przed siebie, zajmując się drobnymi czynnościami i uważnie obserwując otoczenie.
- Mogę iść nad jezioro? - Zapytałem, mając ochotę na krótki relaks w chłodnej wodzie.
- A będziesz grzeczny i nie pójdziesz nigdzie poza jeziorem? - Zwrócił się do mnie jak do dziecka; wiedząc, że mu na mnie zależy, przyjęłem to bez sprzeciwu.
- Nie będę. Pójdę tylko na chwilę, maksymalnie godzinę i wrócę, obiecałem.
- Idź, idź, tylko zabierz ze sobą Banshee - Zgodził się, wskazując miejsce dla psa. ~ No dobrze, niech tak będzie - Pomyślałem. Lepsze to niż nic.
- Dobrze. Chodź, Banshee - Zawołałem i ruszyliśmy w stronę jeziora, gdzie miałem zamiar odpocząć. Przy moim mężu czuję się bezpiecznie i kocham jego towarzystwo, ale to woda daje mi poczucie spokoju i ukojenia, czego potrzebuję jeszcze bardziej niż powietrza...
Do Soreya wróciłem po godzinie, tak jak obiecałem, i ku mojemu zdziwieniu coś było nie tak. Mój brat stał nad moim mężem, który leżał na kocu wyglądając na trochę naćpanego? Na pewno nie był sobą, trochę tak jakby coś mu dolegało. Nie do końca rozumiałem, co się dzieje; mój brat wyglądał, jakby zaraz miał mu zrobić krzywdę. Podszedłem bliżej, zwracając jego uwagę.
- O, już wróciłeś? Jaka szkoda - Zadrwił, a już chciałem się pobawić z twoim mężem.
Poczułem przerażenie.
- Coś mu zrobiłeś? - Zapytałem zaniepokojony, kładąc dłonie na twarzy męża i delikatnie go szturchając.
– Nic mu nie będzie, nie dramatyzuj - Burknął brat. - Gdybyś wrócił trzydzieści minut później, dobrze byśmy się bawili. Że też musiałeś tu przyjść i wszystko popsuć.
To szczerze mnie wkurzyło. Jak on śmie krzywdzić mojego męża? Co sobie w ogóle wyobraża? Za chwilę zrobię mu krzywdę i to świadomie.
- Zamilcz i wynoś się stąd. I módl się, żeby nigdy się tu nie pojawił ani nie napuścił na ciebie Banshee - Warknąłem, czując narastającą złość.
- Co? Ty tak serio? Przecież to tylko zabawa - Burknął, nie rozumiejąc mojej reakcji.
- Wynoś się! - Krzyknąłem. Chyba po raz pierwszy w życiu go tym zaskoczyłem, nigdy dotąd nie krzyczałem, nigdy się nie unosiłem. Faktycznie musiałem go to zaskoczyć.
- Nie potrafisz się dobrze bawić - Fuknął, po czym zniknął z pola widzenia, zostawiając mnie z prawdopodobnie naćpanym mężem, który niby funkcjonował, ale zachowywał się jakby ledwo był w stanie.
- Sorey? Hej, Spójrz na mnie, co się stało Co ci podał? Spójrz na mnie - Starałem się go ocucić i skupić jego uwagę na mojej osobie, aby coś powiedział lub chociaż spróbował zrobić coś więcej niż tylko leżeć i na mnie patrzeć, przyćpanym spojrzeniem.
<Pasterzyku? C:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz