Oczywiście, że to nie musiałem być ja. A jednak coś mi nie pasowało. Ten opis idealnie współgrał ze mną… i jednocześnie nie tylko ze mną. Był jeszcze ktoś inny, ktoś, kto wyglądał niemal tak samo jak ja, lecz charakterem zupełnie się ode mnie różnił. Miałem dziwne, przytłaczające wrażenie, że ta wzmianka nie odnosiła się do mnie, ale właśnie do niego. Jego sposób bycia, jego aura, to pasowało aż nazbyt dobrze. Tylko czy mój własny brat byłby zdolny do tak drastycznych rzeczy?
Nie wiedziałem. Nigdy nie był ani całkiem dobry, ani całkiem zły. Ale Bogiem? Do tego miana było mu daleko… a jednak ludzie najwyraźniej w niego wierzyli. Czyżby naprawdę utożsamiali go z tym, czym dla nas był Serafin? Dla nich różnica mogła być żadna, dla mnie, fundamentalna. Ja znałem swoje miejsce w hierarchii. Ja wiedziałem, kim jestem.
- Coś nie tak? - Spytał mój mąż, widząc, jak na mojej twarzy maluje się niepokój.
- Nie… nic się nie dzieje. Wracajmy. Zwierzaki mogą już na nas czekać - Odpowiedziałem z wymuszonym spokojem, chwytając go za rękę mocniej, niż zamierzałem. Bałem się choćby chwili, w której moglibyśmy się rozdzielić.
Podczas drogi powrotnej rzeczywistość zaczęła wariować. Ściany wyrastały przed nami znikąd, jakby na skinienie niewidzialnej dłoni. Jedne rozpraszały się jak iluzja, inne były twarde, prawdziwe, nie do przejścia. Każda kolejna blokada potęgowała mój niepokój. Coś tu zdecydowanie nie grało.
- Mam już tego dość! - Warknął zirytowany Sorey, zatrzymując się przy kolejnym murze. - Ktoś sobie z nas jawnie kpi! - Syknął, zaciskając dłonie w pięść.
- Spokojnie - Szepnąłem, starając się pohamować jego gniew. - Złością nic nie wskórasz. Faktycznie… coś tu jest nie tak. - Przymknąłem oczy, czując narastającą obecność. - Ktoś nas obserwuje. - Jakby na potwierdzenie moich słów, ściana przed nami rozpadła się w nicość, odsłaniając sylwetkę. Zamarłem. To był on. Mój brat. Stał tam, uśmiechając się szarmancko, jakby to była zwykła, niewinna wizyta rodzinnego gościa.
- No proszę, dzień dobry! Jak miło was widzieć w moich skromnych progach - Rozłożył ręce teatralnym gestem.
Poczułem, jak serce zamiera mi w piersi. A więc to prawda. To on. To jego ludzie postrzegali jako boga. Niemożliwe. To on był potworem, który krzywdził innych? A gdzie w tym wszystkim był prawdziwy Bóg? Dlaczego pozwalał mu dalej istnieć?
- Mastema - Wyszeptałem niechętnie, imię palące mnie na języku.
- Ach, braciszku, taki chłodny ton? - Odparł, udając zawód. - Nie cieszysz się na mój widok? - Ruszył w naszą stronę. Jego spojrzenie błyszczało rozbawieniem, ale szybko dostrzegłem, że wcale nie jest skierowane na mnie. Z całym wyrachowaniem wbił wzrok w Soreya.
- No proszę, proszę… a kogo my tu mamy - Przeciągnął słowa, uśmiechając się drapieżnie. - Sorey. Widzę, że wyprzystojniałeś. Jako człowiek nie byłeś aż tak przyjemny dla oka. - Zacisnąłem zęby, czując, jak moja dłoń instynktownie mocniej ściska tę należącą do męża. Mastema ignorował moje istnienie, jakby już mnie nie było. Z pełną bezczelnością próbował flirtować na moich oczach, odbierając mi resztki spokoju.
Typowe dla niego. Manipulator. Urokliwy anioł z duszą demona. I mój brat.
<Pasterzyku? C:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz