Spojrzałem niepewnie na Haru, trochę nie będąc przekonany do tego pomysłu. Jeszcze przed chwilą twierdził, że nie są się dogadać. A teraz? Oboje się wydawali bardzo zdeterminowani do tego, by się pogodzić chociaż na ten jeden dzień. Więc co, muszę być ledwo żywy, by się pogodzili? Wychodzi na to, że tak.
– Nie mogę tego wszystkiego zostawiać na twojej głowie. Jesteś nie tyle, co zmęczony po pracy, to jeszcze przez pełnię. Potrzebuję chwili, i będzie lepiej – zapewniłem go, siląc się na delikatny uśmiech, by uspokoić mojego męża oraz zwierzaki.
– Nie potrzebujesz chwili. Potrzebujesz kilku dobrych godzin. Skup się na sobie, ja się zajmę wszystkim innym – obiecał, chwytając moje dłonie. Nie wiem, jak on to robił, ale były tak cudownie ciepłe, podczas kiedy moje dłonie były tak lodowate. – Chodź no tutaj – dodał, po chwili tak po prostu biorąc mnie na ręce, jakbym nic nie ważył. W sumie, to niewiele mi do tego stanu brakowało. Miałem jakoś zaoponować, ale... nie miałem siły. Oparłem głowę na jego klatce piersiowej, ciężko wzdychając. Co się ze mną działo? Miałem nadzieję, że niedługo mi to minie. Że ten głupi okres się skończy, i będzie tylko gorzej.
– Nie musisz mnie nieść. Mogę przecież pojechać – zauważyłem, słysząc obok siebie uderzanie kopyt o ziemię. Zwierzaki nie potrzebowały prowadzenia, same grzecznie za nami szły.
– Już widzę, jak się na nim utrzymujesz. Spadłbyś i tylko nieszczęście by się stało. Daleko nie jest, a dla mnie to nie problem – mówił spokojnie, trzymając mnie mocno w swoich objęciach.
Poczułem wyrzuty sumienia. On tak o mnie dba, pomaga, pilnuje, a ja? Ostatnio niewiele jestem w stanie zrobić. Energię szybko zużywam, siły nie mam, a chęci jest dużo. I jak ja w takim stanie mam mieć dziecko? Może, jak by się nie udało... to nie byłoby aż tak źle? Może do nie był dobry pomysł, bym został matką? Nie mam dobrych predyspozycji, jak chodzi o zostanie rodzicem. Moje ciało też wydaje się nieodpowiednie. Za słabe. Za delikatne. Ewidentnie się do tego nie nadaję.
Haru szybko zaniósł mnie do domu, do pokoju, położył na łóżku, przyniósł mi koszulę do przebrania, a nawet pomógł ją ubrać. I ja miałem w takim stanie urodzić? Przecież... to nie było możliwe. Albo dziecko by tego nie przetrwało, albo ja.
– Potrzebujesz czegoś jeszcze? – spytał, poprawiając moje włosy. – Herbaty, coś do jedzenia?
– Nie... nie, dziękuję – powiedziałem cicho z chrypką, opadając na poduszki. Byłem tak straszliwie zmęczony... A przecież nic nie robiłem. Męczyło mnie to, że jestem zmęczony, i irytowało to, że nic z tym faktem nie mogłem zrobić.
<Piesku? c:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz