sobota, 25 października 2025

Od Soreya CD Mikleo

 Kolana miałem strasznie miękkie, w głowie mi się kręciło, ale stałem na prostych nogach. To było najważniejsze. Chciałem jeszcze chwycić za naszą torbę, ale Miki zrobił to pierwszy. Zaraz też zjawił się przy mnie i przerzucił jedną z moich rąk przez swoje ramię i ruszył, trochę mnie też przy tym pospieszając. Psiaki kręciły się jakoś pod naszymi nogami, a Banshee w pewnym momencie ruszyła przed siebie, zostawiając nas w tyle. To było po tym, jak Mikleo coś do niej powiedział, ale co konkretnie? Nie miałem pojęcia. Ledwo kontaktowałem. Może nawet nie kontaktowałem? Sam już nie wiem. To wszystko było takie... dziwne. Mgliste. Jak sen w gorączce. Nie wiem, skąd miałem takie porównanie, skoro nie pamiętam żadnego snu z gorączki. Tak jakby, tę gorączkę mam cały czas, bo cały czas mam podwyższoną temperaturę przecież, ale tylko wtedy się dobrze czuję, tak więc nie mogę tego nazwać gorączką. A jednak to wszystko było takie... dziwne. Nierealne. Senne. 
W pewnym momencie usłyszałem szczekanie Banshee, a Mikleo poprowadził mnie w jej stronę. Moja owieczka doprowadziła mnie do jakiejś jaskini i w tej samej chwili usłyszałem jakiś dziwny szum tuż za nami. 
- Na szczęście zdążyliśmy – odpowiedział z ulgą, pomagając mi usiąść na ziemi. - Już rozkładam ci koc, i cię nim opatulam... czujesz się lepiej? - dopytał, kładąc dłoń na moim policzku. - Dalej chłodny. Niedobrze... ogniska ci nie rozpalę, koców za dużo nie mamy. Może cię psiaki trochę ogrzeją... 
- A ty nie możesz się położyć obok? Z tobą jest mi dobrze – powiedziałem, skupiając wzrok na jego niewyraźnej osobie. Czemu on się tak przejmował? Co takiego się dzieje? Przecież... wszystko jest w porządku .Dobrze się czułem. Trochę mi było zimno, i niektóre moje zmysły nie działają zbyt dobrze, ale czy od razu trzeba panikować?
- Za chwilę zobaczymy – powiedział dyplomatycznie, po czym zaczął się wokół mnie krzątać. Coś rozkładał, coś szykował, coś robił... w pewnym momencie przeniósł mnie na miękki koc, drugim mnie szczelnie opatulając. Tak, jakby mi to miało pomóc... a czy pomaga, to nie wiem. Szczerze, to nie byłem tak do końca przekonany, czy jakiekolwiek źródło ciepła by mi pomogło. Chyba muszę to po prostu przeboleć. Moje ciało musi pozbyć się tego paskudnego narkotyku, bym mógł funkcjonować... no cóż, normalnie. 
- Czemu musieliśmy zmieniać miejsce obozu? - spytałem w pewnym momencie, nie chcąc zasypiać. 
- Bo pada. Mówiłem ci już to. Zresztą, tutaj jesteśmy ukryci przed ciekawszymi spojrzeniami. Bycie na otwartym polu było strasznie niebezpiecznym pomysłem – odpowiedział spokojnie, zajmując miejsce obok mnie, delikatnie się przytulając do mojego ciała. 
- Deszcz by mi nic złego nie zrobił. Nie musieliśmy się chować – zauważyłem, mimowolnie się do niego przytulając. Mój Miki... miałem nadzieję, że nigdy nie zniknie. 

<Owieczko? C:>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz