niedziela, 12 października 2025

Od Mikleo CD Soreya

 Odsunąłem gwałtownie dłoń, nie od razu zdając sobie sprawę, że w tym krótkim ułamku sekundy coś chrupnęło. Ból dotarł do mnie z opóźnieniem, tępy, piekący, rozlewający się od palców aż po nadgarstek. On w całej tej złości nawet nie zauważył, że wciąż ściskał moją rękę. Zacisnął ją tak mocno, jakby chciał zgnieść cały świat, zapominając, że to moja dłoń była w jego uścisku. Dopiero gdy gwałtownie drgnąłem, jego spojrzenie na moment się rozjaśniło, jakby przebłysk świadomości przedarł się przez mgłę gniewu i narkotycznego otępienia.
Zamarł, wciągając głęboko powietrze, potem drugi raz, trzeci. Z każdym oddechem jego ramiona opadały coraz niżej, a mięśnie dłoni drżały.
- Przepraszam… nie chciałem ci zrobić krzywdy - Wyszeptał, głos mu drżał, jakby dopiero teraz dotarło do niego, co zrobił. Sięgnął po moją rękę, ostrożnie, jakby bał się, że znów mnie zrani. Ucałował wierzch mojej dłoni i delikatnie przesunął kciukiem po zasiniałych palcach.
- Nic się nie stało, naprawdę, to tylko drobnostka - Odparłem, starając się uśmiechnąć, choć ból pulsował pod skórą. Chciałem, żeby się uspokoił, żeby poczuł, że wszystko jest w porządku. - Może przyniosę ci wody? - Zaproponowałem łagodnie. - Pomoże ci trochę, może ten dziwny stan szybciej minie.
- Tak… jeśli możesz, chętnie się napiję - Powiedział cicho, z wymuszonym uśmiechem.
Skinąłem głową i ruszyłem w stronę jeziora. Powietrze było chłodne, a tafla wody gładka i ciemna jak lustro. W odbiciu widziałem swoje roztrzęsione dłonie, jedną zdrową, drugą drżącą z bólu i emocji. Nabierałem wodę powoli, jakby sam ten gest mógł mnie uspokoić.
Włożyłem boląca dłoń do wody aby ją uleczyć, aby poskładać bolące palce która powoli woda leczyła. 
Nie czując już bólu wyjąłem dłoni z wody, mogąc wrócić do mojego męża.
 Kiedy wróciłem, on leżał już spokojniej, choć w jego oczach wciąż tlił się cień gniewu.
- Proszę, oto twój napój - Powiedziałem miękko, pomagając mu usiąść i przytrzymując kubek przy jego ustach. Pił łapczywie, a ja patrzyłem, jak krople spływają mu po brodzie, jak oddech staje się coraz głębszy i spokojniejszy.
Ułożyłem go z powrotem na kocu, poprawiając zmiętą tkaninę.
- Odpocznij - Szepnąłem. - To wszystko musi z ciebie zejść. Ten narkotyk był silniejszy, niż myśleliśmy. Daj sobie czas, organizm musi to wypalić. - Patrzyłem, jak jego powieki stają się coraz cięższe, a oddech wyrównuje się w rytm bicia serca.. Czułem w sobie mieszaninę ulgi i winy. Gdybym tylko z nim był od początku… gdybym nie poszedł nad wodę, gdybym nie zabrał ze sobą Banshee… może teraz nie musiałbym patrzeć, jak powoli znów opada bez siły.
Sorey, mimo moich słów, próbował się podnieść. Jego ciało drżało, ale uparcie dźwigał się na łokciach, jakby samo leżenie było dla niego oznaką słabości. Na Boga, czasem naprawdę go nie rozumiem.
- Sorey, leż spokojnie - Poprosiłem cicho, bardziej błagalnie niż rozkazująco. . Usiadłem obok, delikatnie kładąc dłoń na jego ramieniu, by dać mu do zrozumienia, że nie musi niczego udowadniać.
Kiedy w końcu opadł z powrotem na koc, westchnąłem cicho i przesunąłem się bliżej, wtulając się w jego ciało. 
- Odpocznij - Powtórzyłem miękko, niemal szeptem, chowając głowę w zagłębieniu jego ramienia. Ciepło jego skóry i rytm serca uspokajały mnie pozwalając zapomnieć o tym co stało się jeszcze kilka minut temu...

<Pasterzyku? C:>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz