Co on w ogóle mówił? Przecież jego ciało nie byłoby w stanie znieść tego zimna, które panowało na zewnątrz. Nie mówiąc już o deszczu, żywiole, z którym nigdy się nie dogadywał. Ale to nic złego. W końcu był demonem, nie serafinem wody jak ja. Nie musiał żyć w zgodzie z tym, co dla mnie było naturalne jak oddech. Byliśmy różni… a jednocześnie tak bardzo podobni. I może właśnie dlatego nie powinienem się tym przejmować..
- Dla twojego bezpieczeństwa lepiej, żebyś został tutaj, a nie wystawiał się na deszcz. Ten chłód tylko cię osłabi - Powiedziałem cicho, przesuwając dłonią po jego policzku.
- Za bardzo się mną przejmujesz. Jestem demonem, nic mi nie grozi - Odparł, z pozoru pewny siebie, lecz w jego głosie kryła się ledwie dostrzegalna nuta zmęczenia.
Nie odpowiedziałem. Wiedziałem, że moje słowa niczego nie zmienią. Nie chciałem się z nim kłócić, potrzebował spokoju, nie dyskusji. Jeśli ma odpoczywać, musi mieć ciszę.
Położyłem się obok niego, wsłuchując się w jego spokojny oddech. Czekałem, aż sen otuli go swoim cieniem. Dopiero gdy jego ciało całkowicie się rozluźniło, odwróciłem głowę w stronę okna. Krople deszczu uderzały leniwie o ziemię i skały jaskini...
Lubiłem ten dźwięk, rytmiczne uderzenia w ziemię, które przypominały bicie serca świata.
Patrzyłem długo, aż granica między deszczem a moimi myślami zaczęła się zacierać. Każda kropla zdawała się szeptać coś o nas, o demonie, który nie znosił wody, i o mnie, który bez niej nie potrafił żyć..
To był dla mnie niezwykle przyjemny czas. Mogłem ogrzewać mojego męża na każdy możliwy sposób, pilnując, by nic złego mu się nie stało. Choć w gruncie rzeczy i tak nie mogło, przecież byłem przy nim. Czuwałem nad nim tak, jak czuwam nad wszystkim, co kocham. Nawet zwierzęta, wyczuwając jego chłód, podeszły bliżej, by ogrzać go swoimi ciałami. W ich prostym geście troski było coś czystego, co bardzo jak zawsze mnie wzruszało.
Czas płynął powoli. Sekundy stapiały się w minuty, minuty w godziny. A on nadal spał, spokojny, zanurzony gdzieś daleko od zmartwień tego świata. Deszcz ustał, zostawiając po sobie tylko świeży zapach mokrej ziemi i cichą melodię kapiących jeszcze kropli z dachu.
Patrzyłem na niego jeszcze przez chwilę, na jego oddech, równy i głęboki, poczułem ulgę dzięki której mogłem odpłynąć do krainy snów, wiedząc że nic mu już nie grozi.
Obudziłem się wczesnym rankiem, gdy pierwsze promienie słońca nieśmiało wślizgiwały się przez zasłony. Powietrze było chłodne, pachniało wilgocią po nocnym deszczu. Od razu zauważyłem, że mój mąż już nie spał, siedział obok mnie, przyglądając mi się z tą charakterystyczną, skupioną uwagą, jakby chciał zapamiętać każdy szczegół mojej twarzy.
Wyglądał lepiej. W jego oczach pojawił się blask, którego brakowało wczoraj. Skóra nie była już tak blada, a oddech brzmiał spokojniej. Mimo to wciąż miałem w sobie cień niepokoju, coś mówiło mi, że nie wszystko jeszcze wróciło do normy.
- Jak się czujesz? Wszystko w porządku? - Zapytałem cicho, nie mogąc ukryć troski w głosie. Moje spojrzenie szukało w jego oczach potwierdzenia, że naprawdę jest bezpieczny, że to, co minione, nie zostawiło w nim zbyt głębokich śladów.
<Pasterzyku? C:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz