wtorek, 21 października 2025

Od Soreya CD Mikleo

 Mimo, że nie byłem w pełni sił, o czym moje ciało mi cały czas przypominało, trzymałem Mikleo mocno w swoich ramionach. Musimy się oddalić od tego miejsca jak najdalej w jak najkrótszym czasie, dopóki starczy mi sił. Chłód nie ułatwiał mi sprawy, ale wiedziałem, że nie mogłem mu się poddać. Miki na mnie liczył, a jego nie mogłem zawieść. Z każdym machnięciem skrzydeł powtarzałem sobie, że jeszcze trochę. Jeszcze kawałek. 
Po jakichś dwóch, trzech godzinach zaczynałem czuć, że już moje skrzydła mają dosyć. Nie chciałem nagle spaść, jeszcze by Miki przeze mnie ucierpiał, dlatego wolałem wyglądować. Dopiero kiedy odstawiłem mojego męża poczułem, jak strasznie bolą mnie mięśnie ramion i skrzydła. Musiałem wykorzystać całą swoją siłę woli, by ukryć ich drżenie. Miki jeszcze by się za bardzo przejął, i znów zaczął się za bardzo przejmować, i panikować. 
– Przepraszam, po prostu... Muszę odpocząć – odpowiedziałem cicho, czując wstyd. Wytrzymałem tylko jakieś dwie godziny... To było z mojej strony naprawdę beznadziejne zachowanie. 
– Nic się nie dzieje – powiedział łagodnie, przyglądając mi się z uwagą i, tak jak myślałem, ze zmartwieniem. – Rozłożymy koce? 
– Nie, nie. Resztę drogi pokonamy na pieszo. Nie możemy marnować dnia, i dobrej pogody – odpowiedziałem, poprawiając swoją torbę na ramieniu, która to znów zaczęła mi ciążyć. 
– Jesteś pewien? Nie wolisz odpocząć? – pytał, jak zwykle za bardzo mną przejęty. 
– Jestem demonem, nie potrzebuję aż tyle odpoczynku, ani takiego zamartwiania się o mnie. Jestem silny. Dam sobie radę – uspokoiłem go, po czym złożyłem na jego czole pocałunek, chowając swoje skrzydła. Lepiej, by nie zobaczył, jak drżą. Ale by wtedy zaczął panikować. 
– Ale ten narkotyk... – zaczął, ale od razu go uciszyłem, łącząc nasze usta w pocałunku. 
– Wszystko w porządku. Po prostu już chodźmy – poprosiłem, splatając nasze palce. Troszkę był ciepły, ale to pewnie dlatego, że się martwił. 
Mikleo kiwnął głową, chociaż dalej dostrzegałem w jego oczach te iskierki niepokoju. Na szczęście nie kontynuował tego tematu, tylko szedł ze mną. I bardzo dobrze. Tylko tego mi brakowało, by Mikleo mi tutaj biadolił, tylko by mnie tym rozpraszał. Muszę się skupić na tym, by jak najdalej dotrzeć. Przez to, że musimy teraz iść, tak szybko do domu nie wrócimy. Gdybym jutro poczuł się lepiej i bym trochę przyspieszył, wieczorem byśmy byli w domu. Chociaż, nie, bo także musiałem wziąć pod uwagę psiaki, zwłaszcza Psotkę. Ona potrzebowała dłuższych przerw, by wypocząć. Tak więc dopiero jeszcze następnego dnia, późnym rankiem. Gdybym tylko nie był taki słaby... co ten Matsema mi dał? I skąd go wytrzasnął? To nie był pierwszy lepszy zwykły narkotyk. Nawet gdyby był mocny, nie powinien na mnie zadziałać, nie byłem w końcu człowiekiem. To musiało być coś specjalnie dla demonów, albo innych ras, które to są odporne na takie środki. To trochę niepokojące, że w przeciągu kilkunastu minut nieobecności zdobył coś takiego. Zdecydowanie muszę się dowiedzieć więcej o tym składniku, i zawsze być czujnym.

<Owieczko? c:>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz