niedziela, 19 października 2025

Od Mikleo CD Soreya

Nie byłem pewien, czy w ogóle powinienem iść nad jezioro, zostawiając go samego. Co jeśli mój brat wróci? Oczywiście wiem, że mój mąż potrafi się obronić, jest silny, znacznie silniejszy niż mój brat. A jednak... w tej chwili wydawał się zbyt osłabiony, by zostać sam. Nie chciałem ryzykować. Nie chciałem, żeby znów coś mu się stało. Już raz został skrzywdzony, z mojej winy i nigdy sobie tego nie wybaczyłem. Nie mogłem pozwolić, by historia się powtórzyła.
Z drugiej strony była przy nim Banshee. Wiedziałem, że nie pozwoli nikomu go skrzywdzić. Znałem jej moc, jej lojalność, a mimo to... wciąż czułem niepokój. Strach we mnie narastał, a pragnienie powrotu do domu stawało się coraz silniejsze. Miałem już dość tej przygody, tego ciągłego napięcia. Chciałem tylko spokoju. Chciałem jego bezpieczeństwa i naszego wspólnego domu.
- Jesteś pewien? - Zapytałem cicho, nie kryjąc troski. - A co, jeśli mój brat wróci? Albo jeśli ktoś spróbuje cię skrzywdzić? Ty... nie jesteś jeszcze na siłach, żeby zostać sam - Dodałem, czując, jak serce ściska mi się z niepokoju. Martwiłem się o niego bardziej, niż byłem w stanie przyznać nawet sam przed sobą. Nie mogłem znieść myśli, że mógłby znowu cierpieć, szczególnie przeze mnie. Wiedziałem, że mój brat jest zdolny do wszystkiego.
Mój mąż jednak spojrzał na mnie spokojnie, jakby próbował jednym gestem uciszyć wszystkie moje lęki. Widząc, jak bardzo się przejmuję, jak dręczy mnie poczucie winy, uniósł dłonie i delikatnie ujął moje policzki. Jego dotyk był ciepły, uspokajający, jakby chciał przypomnieć mi, że tu i teraz jesteśmy tylko my, bez przeszłości, bez strachu.
- Spójrz na mnie - Szepnął. - Jestem tutaj. Nic mi nie grozi. - Zanim zdążyłem odpowiedzieć, przyciągnął mnie bliżej i złączył nasze usta w namiętnym pocałunku. Czułem, jak wszystkie zmartwienia, które mnie przygniatały, rozpływają się w tej jednej chwili. Świat wokół przestawał istnieć, była tylko jego obecność, jego ciepło i smak jego warg.
W tym pocałunku była obietnica, że wszystko jeszcze się ułoży, że razem przetrwamy nawet to.
- Idź, nic się nie martw. Na pewno sobie poradzę - Zapewnił spokojnym tonem. W jego głosie była pewność, której tak bardzo potrzebowałem. Patrzyłem na niego jeszcze przez chwilę, jakby chcąc zapamiętać każdy szczegół tej chwili, po czym, ufając jego słowom, skinąłem posłusznie głową i powoli podniosłem się z koca.
Skoro potrzebował jeszcze trochę czasu, by dojść do siebie, mogłem faktycznie pójść nad jezioro i zająć się sobą. Nie byłem co do tego całkiem przekonany, wolałbym zostać przy nim, czuwać, mieć go na oku, ale może odrobina spokoju nad wodą pozwoli mi się odprężyć. Może chłód jeziora zmyje ze mnie napięcie, które od kilku dni nie dawało mi spokoju.
Zawahałem się jeszcze, nim ruszyłem. Spojrzałem na niego ponownie, jakby chciał się upewnić, że naprawdę mówił poważnie.
- Dobrze - Odezwałem się w końcu cicho. - Ale gdyby jednak coś ci się stało... proszę, zawołaj mnie. Nie chcę, żeby ktoś zrobił ci krzywdę. - Mój głos zadrżał, mimo że starałem się brzmieć spokojnie. On jedynie uśmiechnął się lekko, jakby chciał dodać mi otuchy, i kiwnął głową. Wtedy dopiero ruszyłem w stronę jeziora, zerkając co jakiś czas w stronę obozowiska.

<Pasterzyku? C:> 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz