Czułem się źle z faktem, że skrzywdziłem Mikleo. Zupełnie zapomniałem o tym, że ściskam jego dłoń i dosłownie zmiażdżyłem mu mu palce. Nie tak to powinno wyglądać. W ogóle nie powinno mieć to miejsca, ten gest był przeznaczony dla jego brata... i jeszcze to osłabienie. Kompletnie nie wiedziałem, co takiego się ze mną dzieje, ale wiedziałem, żnie mogę tak leżeć. Miki na mnie polega. Psiaki na mnie polegają. Nie mogę tak sobie leżeć. Muszę... muszę coś robić. Dla niego.
Poczułem, jak Mikleo kładzie się na mnie, tak, bym nie mógł wstać. Pewnie zrobił to specjalnie. Na pewno zrobił to specjalnie. Ale... mamy tyle do zrobienia. Musimy iść, albo wracać do domu, albo do dalszego zwiedzania, to miała być krótka, szybka wyprawa, a teraz już tracimy czas dla mnie.
Zerknąłem na jego rękę, tę, którą zmiażdżyłem, i wyglądała normalnie. Zapewne podleczył trochę ją w wodzie. Dobrze, że woda dalej tak na niego działa. Leczyć innych nie może, ale wystarczy mi w zupełności, że może siebie uleczyć. I to jeszcze tak szybko. Wolałbym, żeby w ogóle nie musiał się leczyć, muszę dopilnować, by już więcej nie krzywdzić go... nie tak. Nie w ten sposób. Co innego podczas seksu, a co innego miażdżenie mu kości.
- No już, nie przejmuj się tym – odpowiedział, kiedy wyczuł moje spojrzenie. - Wszystko jest w porządku.
- Właśnie nie jest w porządku. Nie powinienem cię krzywdzić – przyznałem cicho, wpatrując się w jego spokojną twarz.
- Najważniejsze jest teraz, byś wydobrzał, i żeby to świństwo z ciebie zeszło. Odpocznij. A rano zobaczymy, jak się będziesz – mówił spokojnie, gładząc moją rękę. - Jeśli nie zaśniesz, wykorzystam swoje moce. Tak tylko ostrzegam – odpowiedział, na co cicho westchnąłem. Oczywiście, że tak. To ja chyba wolę zasnąć na własnych warunkach.
- Nie będę się ruszał – powiedziałem cicho, tuląc go do siebie. - Ale ktoś musi nas pilnować.
- Banshee nas przypilnuje, nie martw się – uspokoił mnie, przyglądając mi się z uwagą, troską, zmartwieniem. Za bardzo przesadzał. Jestem silnym demonem. Poradzę sobie.
Z ledwością przywołałem skrzydła, pod którymi go ukryłem. Musiałem ochronić go przed wiatrem, przed chłodem, przed potencjalnym atakiem... przed w sumie wszystkim, przed czym tylko go mogły moje skrzydła uchronić. Może i dudni mi w głowie, jakby mi tam bił w środku jakiś dzwon, ale ochronię go. Przed wszystkim, nieważne w jakim stanie.
- Sorey... - zaczął, a jego głos był nieco przytłumiony. - Powinieneś odpoczywać, a nie przyzywać skrzydła. To wymaga od ciebie energii.
- Chcę, byś miał ochronę – wymamrotałem czując, jak moje powieki się jakieś takie ciężkie robią. Ale nie mogłem spać. Jeszcze nie. Musiałem się upewnić, że on miał wszystko, i nic mu nie grozi, i że w pierwszej chwili to ja otrzymam obrażenia, nie on.
<Owieczko? C:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz