Cóż, być może nie starczy mi czasu, by pokazać mu to, co w życiu było najpiękniejsze... dla mnie, przynajmniej. Jak miła potrafi być ciężka praca. Jak wielką satysfakcję sprawia mi jego uśmiech, i każdy dobry czyn, jaki wykonuje. Może jeśli pokażę mu przykład, gdzie to właśnie praca jest ważniejsza, a pieniądze w niczym nie pomagają, troszkę go oświeci. Troszkę. By troszkę mnie zrozumiał. Metodą małych kroczków to chyba najlepsza metoda.
Chociaż, chyba mam taki przykład.
– Chcę tylko pokazać ci inny świat. Bardziej brutalny, przyziemny, i w tym wszystkim piękny – odpowiedziałem, przytulając go delikatnie do siebie. – I nie wszystko zresztą zdobędziesz za pomocą swoich mocy. Chociażby miłości.
– Mógłbym kazać każdemu, kogo tylko spotkam, by mnie kochał i wielbił – prychnął, zadzierając nosek.
– I co. Byłbyś usatysfakcjonowany tym, że ta miłość jest oparta na obłudzie? To uczucie byłoby lepsze od tego, co teraz ja ci daję, bo podążam za sercem, które dyktuje każdy mój krok? Albo Futerko. Sądzisz, że gdybyś uratował go machnięciem ręki, nawiązalibyśmy tę więź? Konia podarowałeś mi tak o, a jednak w żaden sposób nie jest do nas przywiązany. No, może trochę do tych marchewek, co mu codziennie daję – poprawiłem się, kiedy usłyszałem oburzone prychnięcie ze strony Onyksa. – W porządku, mógłbym to olać. Nie pracować nad więzią. Jemu to wszystko jedno, mi też, byleby nas dowiózł... ale przyznać musisz, że jakoś lepiej jest, kiedy reaguje na twój ton głosu. Odpowiada ci. Potrząsa łbem, szturcha cię, chcąc głaskania czy przysmaków. Więzi, przyjaźni, miłości... Tego twoje moce nam nie zapewni.
– Nie, ale balię, ciepłą wodę, moje ulubione olejki, piękne ubrania, perfumy, jedzenie... to wszystko już mogę – odpowiedział, na o westchnąłem ciężko.
– Taki piękny wykład teraz ci dałem... – pokręciłem z niedowierzaniem głową. Jak z dzieckiem. Napracujesz się, powiesz świetne rzeczy, a ono zamruga kilkukrotnie i rzuci się w pogodni za motylkiem, albo zamoczy patyk w kupie i będzie ganiać kolegów.
– Mhm, zapamiętaj go sobie dla potomnych... o, ale chwila. Żadnych się nie doczekasz, a już na pewno nie ze mną – parsknął, skupiając się na drodze przed nami
– A szkoda – skomentowałem krótko.
– Szkoda? Chciałbyś być ojcem? – zapytał, a w jego głosie wychwyciłem zainteresowanie.
– Pewnie. Pytanie powinno brzmieć, czy powinienem. Nie mam domu, ani pieniędzy, ani za wielkiej wiedzy w głowie. Pomarzyć sobie jednak mogę. Za to nikt nie karze – powiedziałem zgodnie z prawdą. Zresztą, nie chciałem go kłamać. Po co miałbym to robić? Mógłbym to zrobić tylko po to, by ukryć przed nim niespodziankę, a na razie jeszcze nic takiego nie mam.
– Może, ale to może, jakiś wyjątkowy mały szczyl, to zgodzę się na adopcję i przygarnięcie go. Ale może. Nic nie obiecuję, więc nie przypominaj mi później o tym – powiedział po której chwili wahania, a ja na jego słowa lekko się uśmiechnąłem. Mój słodki cukiereczek.
– Aż tak spodobała ci się opieka nad dziećmi? Po ostatnim razie chyba bardzo ci się spodobało, skoro takie rzeczy proponujesz – odpowiedziałem, nie mogąc się powstrzymać od drobnych złośliwości.
<Różyczko? c:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz