Moje wczorajsze zachowanie nie było w porządku, doskonale o tym wiedziałem. Zachowałem się wobec niego niesprawiedliwie, a świadomość tego wciąż we mnie tkwiła, przygniatając ciężarem winy.
- Wczoraj... chyba zwyczajnie źle się poczułem - Zacząłem, głos miałem cichszy niż zwykle, a palce nerwowo bawiły się mankietem koszuli. - Nie do końca panowałem nad sobą i nieświadomie sprawiłem ci przykrość. Przepraszam. Nigdy nie chciałem cię zranić swoim zachowaniem. Mogłem podejść do tego inaczej, spokojniej... - Powiedziałem, a dopiero po chwili odważyłem się odwrócić w jego stronę i spojrzeć mu w oczy.
W tym spojrzeniu odbijało się wszystko poczucie winy, smutek, strach przed utratą jego bliskości. Najpierw odmówiłem mu miłości, a później starałem się zatopić we własnym alkoholu, jakby to miało cokolwiek naprawić. To był dla mnie naprawdę ciężki dzień, a jego konsekwencje wciąż rozbrzmiewały między nami.
- A więc... nie nienawidzisz mnie? - Zapytał nagle, a jego głos brzmiał tak, jakby naprawdę bał się odpowiedzi. To pytanie mnie zaskoczyło. Dlaczego miałbym go nienawidzić? Przecież kochałem go bardziej niż kogokolwiek. Oddałem mu wszystko, całe swoje serce, każdy oddech, każdą cząstkę siebie. Straciłem dla niego nawet swoje moce i skrzydła... ale tego akurat nie żałowałem. One były tylko dodatkiem. On był sensem.
- Nie. Skądże... - Odparłem miękko. - Kocham cię, wiesz o tym doskonale. Po prostu czasem mam cięższe dni i wtedy potrafię zachować się jak idiota - Dodałem z gorzkim uśmiechem. - Potrafię zranić nawet ciebie, choć nigdy tego nie planuję. - Zrobiłem krok bliżej i powoli, niepewnie, złączyłem nasze usta w namiętnym pocałunku, jakby w ten sposób chciałem złożyć obietnicę, że nadal jesteśmy jednością. Gdy odsunąłem się od niego, wyszeptałem szeptem drżącym od zmęczenia:
- Gdybym tylko miał więcej siły... pokazałbym ci to jeszcze wyraźniej. - Przez chwilę patrzył mi głęboko w oczy, a potem jego dłoń delikatnie spoczęła na moim policzku.
- Wierzę ci - Odpowiedział cicho, a jego głos miał w sobie taką pewność i spokój, że poczułem, jak część ciężaru spada mi z serca. Po chwili cofnął dłoń, ale uśmiech pozostał na jego twarzy. - A teraz chodź. Musisz odpocząć, twoje ciało potrzebuje regeneracji. - Zanim zdążyłem zaprotestować, uniósł mnie w ramionach, jakby byłem czymś najcenniejszym i najkruchszym na świecie. Zaniósł mnie do sypialni i z największą ostrożnością ułożył na łóżku.
- Śpij spokojnie. Już wszystko będzie dobrze - Szepnął, kładąc się obok i otaczając mnie ramionami.
Jego ciepło otuliło mnie jak najbezpieczniejszy kokon. Zwinąłem się przy nim, wtulając w jego pierś, czując bicie jego serca. Powieki same mi się zamknęły, a wszystkie myśli, lęki i poczucie winy powoli odpłynęły. W tej chwili potrzebowałem tylko jednego, ramion mojego męża. I snu.
Gdy ponownie otworzyłem oczy, pierwsze co poczułem, to pustkę obok siebie. Miejsce, gdzie jeszcze wczoraj wtulałem się w ramiona Soreya, było chłodne. Przez krótką chwilę leżałem bez ruchu, wsłuchując się w ciszę domu, jakbym liczył, że zaraz usłyszę znajome kroki.
Niechętnie podniosłem się do siadu, przecierając oczy. Ku mojemu zdziwieniu czułem się znacznie lepiej, ból głowy, który towarzyszył mi wczoraj, ustąpił, a ciało nie było już tak ciężkie. Sama świadomość tej ulgi sprawiła, że odetchnąłem głębiej, jakby zrzucił ze mnie część wczorajszego ciężaru.
Zsunąłem nogi z łóżka i wstałem, czując jeszcze lekką chwiejność, ale zdeterminowany, by rozpocząć nowy dzień. Pierwsza myśl, jaka mnie ogarnęła, była oczywista, muszę znaleźć Soreya.
- Sorey? - Zawołałem cicho, a potem głośniej, wychodząc z sypialni. - Jesteś w domu? - Spytałem, czekając na jego odpowiedź.
<Pasterzyku? C:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz