poniedziałek, 15 września 2025

Od Soreya CD Mikleo

 Z uwagą obserwowałem otoczenie, musząc się skupić nie tylko na tym, gdzie lecieć, ale także na naszych psiakach. Nie mogłem pozwolić, by biedne się nam zamęczyły. Dlatego więc kiedy tylko Banshee wysłała mi wiadomość, że Psotka potrzebuje odpoczynku, spokojnie wylądowałem niedaleko nich. Ostrożnie postawiłem Mikleo na ziemi, a następnie pocałowałem go w czoło. 
- Chwilka przerwy. Chcesz się położyć na tę godzinkę? - zapytałem, z ulgą ściągając z ramion torbę. W końcu, była trochę ciężka, i cały czas po jednej stronie, ramię miało prawdo mnie trochę boleć. 
- Nie, nie trzeba. Jest tu w pobliżu woda? - zapytał, odgarniając swoje włosy z czoła. 
- Tak, widziałem z góry jezioro. Czekaj, wezmę Psotkę na ręce i pójdę z tobą. Psiaki muszą się napić, a i lepiej się nie rozdzielać – powiedziałem, podchodząc do mojej biednej psinki. Jak dobrze, że chociaż ona mnie już lubi, i wie, że nie chcę jej krzywdy, jak każdego naszego zwierzaka. Bardzo lubiłem zwierzęta, każde, one nigdy mi nie przeszkadzały, zawsze były takie szczere i proste, kierowane instynktami, ale i takie niewinne. A później takie niewinne zwierzęta uczą się od ludzi agresji, bo jakiś idiota stwierdzi, że fajnie będzie takiego pieska lub kota kopnąć, bo tak. Tego nigdy nie potrafiłem zrozumieć. Po co krzywdzić niewinne stworzenie? Co ono takiego zrobiło? 
Wziąłem moje biedne, wykończone maleństwo na ręce, wcześniej biorąc torbę, i ruszyłem za Miki w stronę wody. On od razu wszedł do jeziora, zanurzając się w nim całkowicie, a ja zająłem miejsce na brzegu jeziora, głaszcząc padniętą, ale szczęśliwą Psotkę. Ta cisza była naprawdę przyjemna, spokojna, kojąca. Pozwalała zebrać energię przed  kolejną podróżą. Czas mieliśmy bardzo dobry, jutro po południu powinniśmy dotrzeć na miejsce. Gdybyśmy wylecieli nieco wcześniej być może nawet by nam się udało zdążyć dotrzeć tam rankiem... no, ale nie będę mu tego wypominać. Najważniejsze, że sobie mógł troszkę pospać i odpocząć, to zdecydowanie miało bardziej znaczenie. 
Po dłuższym czasie mój mąż opuścił wodę i zajął miejsce obok mnie, nie przejmując się tym, że ocieka wodą. Mi też to nie przeszkadzało... dopóki nie muszę go przytulać. Wolę jednak przytulić się do suchego, chociaż chłodnego Mikleo. Woda mnie nie drażniła, a i wiedziałem, że jest cały i zdrowy. 
- I jak tam, lepiej się czujesz? - spytałem, chwytając jego dłoń, by głaskać ją delikatnie. 
- Zdecydowanie, tego mi było trzeba – przyznał, opierając głowę o moje ramię. - Lecimy? 
- Daj jeszcze troszkę odpocząć Psotce. Ma mnóstwo energii, ale musi jeszcze odpocząć, bieg jest znacznie bardziej wycieńczający niż lot – uspokoiłem go, zerkając kątem oka na wyciągniętego psiaka. - Chyba, że chcemy powoli iść. Myślę, że na to jest gotowa – dodałem, zwracając całkowicie uwagę na mojego męża. Jeżeli ma ochotę iść, możemy iść. Za dużo się do przodu nie posuniemy, ale przynajmniej minie nam trochę czasu, a i pogoda piękna, zatem czemu by nie? Co prawda, ramię mi nie odpocznie, bo znów będę musiał dźwigać torbę... ale dam radę, w końcu jestem silny. Piekło mnie nie złamało, jakaś głupia torba też  nie.

<Owieczko? C:>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz