Nie podobało mi się to, co Sorey do mnie mówił. Przecież miałem w sobie dość siły, by poradzić sobie samemu, dlaczego więc uważał inaczej? To było naprawdę niesprawiedliwe. Powinien mnie posłuchać, zaufać moim słowom, a nie traktować mnie jak kogoś słabszego. Zamiast tego musiałem się dostosować. A co mogłem mu zrobić? Nic. Absolutnie nic. Szarpanie się nie miało najmniejszego sensu, on i tak miał nade mną przewagę, zarówno fizyczną, jak i psychiczną. Pozostawało mi tylko poddać się jego woli i czekać, jak długo zechce mnie przy sobie zatrzymać.
Ta bezsilność popsuła mi cały nastrój. Zabawa, która na początku mogła być przyjemna, nagle straciła dla mnie smak. Nawet jezioro, zazwyczaj kojące i piękne, nie było w stanie odwrócić mojego niezadowolenia.
- No i proszę, jesteśmy na miejscu - Oznajmił Sorey, dumny z siebie, choć od razu dostrzegł grymas na mojej bladej twarzy. - O nie, tylko nie rób mi takich minek. To i tak niczego nie zmieni. Jesteś dorosły i musisz brać odpowiedzialność za własne błędy. Póki się nie wyleczysz, nawet nie myśl o tym, żeby gdziekolwiek wyruszać. - Jego głos zabrzmiał jak upomnienie skierowane do dziecka. Zabolało mnie to, nie byłem już dzieckiem, a jednak traktował mnie w taki sposób, jakby nie dostrzegał, kim naprawdę jestem. - A teraz proszę grzecznie wejść do jeziora - Dodał, pociągając mnie delikatnie w stronę mostu, na którym usiadł wygodnie, czekając na moje ruchy.
Westchnąłem ciężko. Skoro nie miałem innego wyboru, musiałem się pogodzić z tym, że dziś będę miał tylko jezioro. Ale jutro... jutro nikt mnie już nie powstrzyma. Nie pozwolę mu decydować za mnie.
Zamyślony wskoczyłem do wody. Chłód otulił moje ciało, a ja poczułem ulgę, której tak naprawdę potrzebowałem, choć nigdy nie przyznałbym się do tego głośno. Nie mogę, wtedy zdecydowanie odczuwał by satysfakcję, a tego mu nie dam, nie ma nawet o tym mowy..
Pływałem powoli przy dnie jeziora, a chłód wody otulał moje ciało niczym kojący balsam. Ból, który jeszcze niedawno rozsadzał mnie od środka, ustępował, mięśnie nabierały lekkości, ucisk w głowie stawał się mniej dotkliwy, a najważniejsze, że wreszcie przestał dokuczać mi brzuch. To właśnie on drażnił mnie najbardziej, sprawiał, że każdy ruch był udręką. Teraz jednak czułem ulgę, jakbym zrzucił z siebie ciężar, który dusił mnie od dni.
Przez chwilę przyszło mi do głowy, że może mój mąż miał rację, że ta wyprawa to głupi pomysł, że powinienem był go posłuchać. Ale nie. Nie mogłem i nie chciałem przyznać mu racji. Nie tym razem. To byłoby jak poddanie się, a ja wciąż miałem w sobie tę dziecięcą przekorę, która kazała mi iść w poprzek jego słowom.
Dziś znów miałem ochotę zrobić mu na złość. Nie tak ostro, jak wtedy, kiedy odmówiłem mu seksu, tamto było zbyt poważne, zbyt gorzkie. Teraz, po tej kąpieli, czułem się wystarczająco dobrze, by pozwolić sobie na drobną prowokację. Gra, nic więcej. Wystarczyło jedno spojrzenie, drobny gest, a wiedziałem, że go to dotknie. Że odbije piłeczkę.
Bo on potrafił robić mi na złość tak samo jak ja jemu, a czasem nawet lepiej. Czasem aż za dobrze. I choć wiedziałem, że może się to skończyć tym, że się sparzę, że znów zostanę z poczuciem, że posunąłem się o krok za daleko… to i tak nie mogłem się powstrzymać.
Po wynurzeniu się z tafli wody zerknąłem na niego uśmiechając się zadziornie, wychodząc na brzeg aby bez zbędnych słów usiąść na jego kolanach, łącząc nasze usta w namiętnym chociaż niewinny pocałunku, w końcu nie było podtekstu, to tylko bliskość której w tej chwili tak bardzo potrzebowałem.
<Pasterzyku? C:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz