niedziela, 7 września 2025

Od Soreya CD Mikleo

 Przyglądałem się mu ze spokojem czekając, aż poczuje się choć lepiej i wstanie. Przecież gdyby tylko się podniósł do pionu, miałby wszystko, czego potrzebuje. Zresztą, i tak będzie wymiotował i tak, więc czemu się tak tego wzbrania? Póki jestem tu przy nim, nie musi się niczym przejmować, wszystkim się zajmę; podam mu, posprzątam, włosy przytrzymam... Tego stanu od niego nie zabiorę, takiej mocy nie mam, ale nawet jeżeli bym mógł nie wiem, czy bym chciał mu pomóc. Nie w takiej sytuacji. 
– Wiem, że czujesz się źle, na to zasługujesz. Trzeba było aż tyle nie pić – odpowiedziałem spokojnie, chociaż raz nie mając dla niego współczucia. Współczułem mu w wielu sytuacjach, owszem, ale tutaj... no sam nie wiem, jakoś nie potrafiłem z siebie tego wykrzesać. To... chyba nie dobrze. Jest moim mężem, powinienem mu współczuć w każdej chwili, a ja co? Nawet świadom tego, nie potrafiłem tego poczuć. To nie świadczy o mnie najlepiej. – Ale musisz wstać. Nawet jeżeli to poskutkuje kolejnymi wymiocinami. I tak zwymiotujesz, i tak, a im szybciej, tym lepiej dla ciebie. Poczujesz ulgę, napijesz się wody, a za jakiś czas, jak już będzie trochę lepiej z tobą, to cię umyję. 
– Ja... ja nie potrafię – wymamrotał cicho, nawet się nie ruszając. 
– Spróbuj. Jestem obok – starałem się zabrzmieć miękko, wspierająco, ale jak mi to wyszło, to nie wiem. 
Mikleo wziął oddech jeden, drugi, aż w końcu podniósł się do pionu... i zaraz się przechylił do miski. W porę przytrzymałem i jego, i jego włosy. Powoli gładzikiem jego plecy, czekając aż pozbędzie się z siebie wszystkiego. – Widzisz? Nie jest lepiej? – spytałem, sięgając po miękką, wilgotną ścierkę, by otrzeć jego buzię. – Proszę, woda.    
Miki wypił ją w sekundę. Może powinienem mu przynieść cały dzbanek? By sobie dolewał. Tak, to bardzo dobry pomysł. 
– Mam dosyć – mruknął, opadając na poduszki. 
– Na przyszłość aż tak się nie upijaj... chociaż, przynajmniej byłem świadkiem czegoś naprawdę cudownego. Nigdy bym nie pomyślał, że możesz mówić takie słowa – mówiłem łagodnie, zabierając wszystko, co brudne. – Ogarnę twój bałagan i zaraz wrócę, przyniosę ci dzbanek z wodą. Daj mi znać, jak będziesz czegoś potrzebował, ja tu będę gdzieś obok. Sam beze mnie nigdzie nie idź, dzisiaj nie będziesz w stanie nic zrobić – ostrzegłem go, poprawiając jego kosmyki. Wyglądał na naprawdę zmęczonego... pewnie dopiero wieczorem będzie trochę bardziej do życia. A już się mieliśmy zbierać na wyprawę, jak najszybciej... teraz nawet nie wiem, czy do niej dojdzie. Pogadamy na poważnie, jak się będzie lepiej czuł. O ile będzie chciał ze mną gadać, bo sam już nie mam pojęcia, o co mu chodziło wczoraj. 

<Owieczko? c:>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz