Miałem mu to powiedzieć? Przecież doskonale wiedział, czego pragnę. Chciałem jego, całego, bez reszty. Chciałem, by wziął mnie i zrobił ze mną, co tylko zechce. Dlaczego więc pytał? Dlaczego tak mnie męczył, zamiast po prostu sięgnąć po to, co należało do niego?
Otworzyłem usta, wciągając gwałtownie powietrze, jakbym potrzebował nim napełnić płuca, by wreszcie zdobyć się na odwagę.
- Chcę, żebyś zrobił ze mną, na co tylko masz ochotę - Wyszeptałem w końcu. Otworzyłem oczy, choć wiedziałem, że mi tego zabronił. Byłem świadomy konsekwencji, przygotowany na karę.
- Nie pozwoliłem ci patrzeć - Syknął, a jego dłoń na mojej szyi zacisnęła się mocniej. Zbliżył się tak, że czułem jego oddech na swojej skórze. - Niegrzeczna owieczka... będziesz musiał ponieść karę. - Szept dotarł do mnie jak ostrze, a zaraz potem odsunął się. Zdezorientowany uniosłem się do siadu, śledząc każdy jego ruch. Zauważyłem pudełko, to samo, w którym przechowywał zabawki. Zawsze tam sięgał, kiedy chciał odebrać mi kontrolę.
Wyjął z niego chustę i kajdanki. Gdy wrócił, nawet nie zdążyłem zaprotestować, materiał opadł mi na oczy, odcinając świat od spojrzeń. Ciemność wypełniła przestrzeń, a serce zabiło szybciej.
- Wyciągnij dłonie - Rozkazał a ja zrobiłem to bez wahania, a chłód metalu szybko przypomniał mi, komu należało posłuszeństwo.
Nagle chwycił mnie za włosy, silnie i zdecydowanie, zmuszając do uklęknięcia. Przez chwilę panowała cisza, gęsta, nabrzmiała od oczekiwania. Klęczałem, wsłuchując się w jego kroki, w napięte milczenie. Wiedziałem, że zaraz nastąpi coś, na co byłem gotowy, musiałem tylko czekać na jego znak.
- Otwórz usta - Usłyszałem w końcu.
Posłusznie wykonałem polecenie, biorąc do ust jego przyjaciela.
Ssałem go, pieściłem, lizałem, robiłem wszystko tak jak lubił, chcąc aby był usatysfakcjonowany moją pracą w nagrodę czując jak dochodzi w moich ustach.
Sorey oddychał ciężko, w końcu puszczając moje włosy. Mogłem odsunąć się od jego ciała, a on powoli oblizał wargi, jakby smakował chwilę, która dopiero miała nadejść.
- Dobra owieczka - Pochwalił mnie niskim głosem, w którym pobrzmiewało zadowolenie i groźba. Pchnął mnie na łóżko, jakby chciał podkreślić, że należę tylko do niego.
Jego dotyk był pewny i nieustępliwy, dociskał mnie, odbierał dech, całował tak mocno, że nie było w tym ani odrobiny łagodności. Zęby zostawiały ślady na mojej skórze, a każdy drobny ugryzienie niosło ze sobą ból i rozkosz jednocześnie. Czułem, jak spija każdą kropelkę, jakby była nagrodą, którą sam mu ofiarowałem.
Byłem w jego rękach bezbronny, a jednak właśnie tego pragnąłem. Pozwalałem mu na wszystko, na siłę, na karę, na pieszczotę ukrytą w brutalności. Oddałem mu każdy krzyk i każdy jęk, nie próbując się kontrolować. Nie chciałem tego robić. Nie teraz. Nie wtedy, gdy miałem go przy sobie, a on dawał mi dokładnie to, czego potrzebowałem najbardziej.
Mój mąż bawił się mną jak ulubioną zabawką, całkowicie skupiony na tym, by wydobyć ze mnie każdą reakcję. Dotykał, drażnił, odbierał mi oddech, ale wciąż unikał tego, czego pragnąłem najbardziej. Im dłużej zwlekał, tym mocniej narastało we mnie napięcie.
Chciałem go już poczuć. Całego. Głęboko. Nie rozumiałem, dlaczego tak przedłużał tę grę. Pieszczoty były cudowne, ale nie dawały ukojenia, rozbudzały tylko ogień, który coraz trudniej było opanować.
- Sorey… proszę - Wyszeptałem, odchylając głowę do tyłu. Głos drżał mi od pragnienia i tęsknoty. - Włóż go już, proszę - Wydusiłem, ciężko przy tym oddychając.
<Pasterzyku? C:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz