Tak jak myślałem, Mikleo spał trochę dłużej niż te jego dwie godziny. Nic dziwnego, gdyby wstał po tych dwóch godzinach, byłby strasznie padnięty, wiedziałem to ja i wiedział to on, tylko nie chciał mi tego przyznać. Będę w szoku, kiedy w końcu przyzna mi rację. To będzie kolejny piękny dzień, który zdecydowanie będę musiał zapisać w kalendarzu, zupełnie jak jego przekleństwo.
Dając mu spokojnie odpocząć, zająłem się zwierzakami. Trochę obawiałem się zostawić kociaki same, nawet jeżeli były one wychodzące. Jeszcze przeze mnie spędzały tu mało czasu... naprawdę nie rozumiałem, co one do mnie miały. Przecież nie zrobiłem im nigdy żadnej krzywdy. Zawsze pilnowałem, by miały jedzenie, i wodę. I gdyby chciały, miałyby nawet pieszczoty, ale one uparcie się chowały. To, że mnie nie zaatakowały ani razu, to był pewnego rodzaju cud. Nie rozumiałem, skąd w nich tyle strachu. Ja wiem, że już nie byłem aniołem, ale... dalej byłem sobą. I chyba byłem jednym z najłagodniejszych demonów, jakie mogły istnieć. Głównie przez Mikleo. Gdyby nie Mikleo, nie musiałbym się powstrzymywać, mógłbym robić to, na co mam żywnie ochotę. Ale też w sumie, gdyby nie Mikleo, i to, że cała moja rodzina była w niebezpieczeństwie, pewnie bym dalej był aniołem. Nie mam mu oczywiście tego za złe, gdyby podobna sytuacja znów się wydarzyła, znów bym tak postąpił. Oddałbym życie za nich wszystkich raz jeszcze.
- Dzień dobry – usłyszałem za sobą cichy, nieco słaby głosik mojego męża.
- Dzień dobry – odwróciłem się w jego stronę, podając mu gorącą czekoladę, która być może go wzmocni. - I jak się czujesz? - zapytałem, podchodząc do niego, by położyć dłoń na jego policzku. Dalej ciepły, ale tak... nie za bardzo. Brakowało mu snu, najzwyczajniej w świecie. Jeżeli będzie chciał, będzie mógł się zdrzemnąć w moich ramionach. To ja będę musiał skupiać się na drodze, a on tylko miał bezpiecznie w nich trwać.
- Dobrze, możemy wylatywać – powiedział niemal automatycznie, jakby miał to przygotowane w głowie od dawna. Już wiedziałem, że dzisiaj wylecimy, nieważne, jakby się czuł, bo mi nie odpuści. To był ten moment, w którym ja wiedziałem, że muszę odpuścić, bo on się nie wycofa.
- Żeby tylko ci się nic nie stało – westchnąłem cicho, odwracając się do kuchenki. - Wypij czekoladę. Jak wszystko umyję, to myślę, że możemy się zbierać. Kociaki mają. Martwię się tylko o to mokre dla nich... dobrze by było, żeby ktoś tu do nich zaglądał – westchnąłem cicho, mimo wszystko martwiąc się o te zwierzaki. Skoro je przygarnąłem, należało o nie dbać, nawet jeżeli teraz mnie nienawidziły.
- To drapieżniki, dadzą sobie radę – uspokoił mnie, ale jakoś tak mi to nie wystarczało. Ale z drugiej strony, komu byśmy mogli te kociaki zostawić? Nie znamy tu nikogo, mieszkamy daleko od jakichkolwiek zabudowań... to są właśnie te minusy bycia samotnikiem.
- Oby. Trochę źle się czuję z tym, że je tu tak zostawiamy – przyznałem, dosypując karmę dla kociaków, byleby im tylko starczyło.
<Owieczko? C:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz