Czułem się naprawdę okropnie. Tak, jakby w tej właśnie chwili uchodziło ze mnie życie. To uczucie było nie do zniesienia. Dławiące, paraliżujące, przygniatające całego mnie ciężarem, którego nie chciałem już nigdy więcej doświadczyć. Przysiągłem sobie w duchu, że nigdy więcej nie tknę alkoholu. Przesadziłem i zapłaciłem za to cenę, zbyt wysoką, by powtarzać ten błąd.
Myśli kotłowały się w mojej głowie jak w rozgrzanym garze, a ja próbowałem je poskładać, nadać im jakiś sens, uchwycić się czegokolwiek. Musiałem coś zrobić, umyć się, przebrać, ruszyć choćby ręką, nogą, zrobić najmniejszy krok naprzód. Byle tylko nie leżeć bezwładnie, bo wtedy czułem się jeszcze gorzej.
Spróbowałem podnieść się, raz, drugi… nic. Moje ciało buntowało się przeciwko mnie. Brzuch ściskał ból, ramiona były jak z ołowiu, a każdy ruch zdawał się tylko pogarszać mój stan. Im bardziej próbowałem, tym bardziej czułem się bezsilny, a w środku narastała desperacja, mieliśmy przecież plany, a ja nie mogłem pozwolić, by przez moje słabości wszystko się posypało.
W końcu, z ogromnym trudem, udało mi się unieść do siadu. Ledwo powstrzymałem napływające mdłości, gardło paliło, a żołądek groził buntem przy najmniejszym poruszeniu. Jeszcze tylko tego brakowało, żebym zwymiotował na podłogę. A wtedy Sorey naprawdę się na mnie wścieknie. Nie chciałem więcej kłopotów, ani zawodu w jego oczach.
Wziąłem kilka głębokich, chrapliwych wdechów i spróbowałem wstać. To był błąd. Świat natychmiast zawirował, obraz rozmazał się, a przez chwilę miałem wrażenie, że wszystko gaśnie, że zapadam się w ciemność. Ciężar ciała ściągnął mnie z powrotem na łóżko. Usiadłem ponownie, z trudem łapiąc oddech, uszy rozdzierał mi nieprzyjemny pisk, a w głowie dudnił chaos.
Znów zrobiło mi się niedobrze. Miałem ochotę położyć się i poddać, pozwolić sobie odpłynąć, ale moja psychika nie dawała za wygraną. Nie mogłem leżeć, musiałem działać, cokolwiek zrobić, by dowieść samemu sobie, że jeszcze nad czymś panuję. Obiecałem sobie: pójdę nad jezioro. Zanurzę się w chłodnej wodzie, pozwolę, by opłukała ze mnie to paskudne uczucie, by mnie oczyściła. Woda zawsze była wybawieniem. Tylko jedno pytanie nie dawało mi spokoju: jak ja miałem się tam w ogóle dostać w tym stanie?
Zamknąłem oczy na moment, próbując zmusić mózg do działania. Kiedy znów je otworzyłem, dostrzegłem w półmroku sylwetkę stojącą przy drzwiach. To był Sorey. Trwał nieruchomo, jak posąg, a jego twarz pozostawała niewzruszona, pozbawiona jakiegokolwiek śladu emocji.
- Na Boga, Sorey, nie stój tak… - Wydusiłem z siebie, przestraszony jego milczącą obecnością i tą kamienną maską, którą miał na twarzy.
- Możesz mi powiedzieć, co planujesz zrobić? - Zapytał spokojnie, choć w jego głosie brzmiała nuta powagi. Podszedł bliżej, a ja usłyszałem delikatne stuknięcie, kiedy odstawił na szafkę nocną dzbanek z zimną wodą.
Poprawiłem się na łóżku czując jak całe ciało protestuje - Muszę wstać - Wychrypiałem, starając się zabrzmieć pewniej, niż faktycznie się czułem. - Muszę się umyć. Nie mogę tak leżeć… śmierdzę, wyglądam jak wrak. Nie wytrzymam ze sobą, jeśli zostanę w takim stanie - Mówiłem, choć każdy wyraz brzmiał jak walka z samym sobą.
Patrzyłem na niego rozbieganym wzrokiem, jakby oczekiwał ode mnie szczerości większej, niż byłem gotów dać. Naprawdę czułem się okropnie, ale jeszcze bardziej nie znosiłem myśli, że miałbym pozostać tu właśnie taki.
<Pasterzyku? C:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz