Na jego słowa zaśmiałem się jeszcze głośniej. Był taki słodki w tej swojej niewiedzy i przekonaniu, że jest takim świetnym aktorem. Znaczy, bo jest świetnym aktorem, nie ujmuję mu, ale jednak trochę już go nam. Widzę, kiedy troszkę koloryzuje, kiedy udaje, kiedy wypiera. Może takie udawanie działało na te jego jednonocne romanse, i już się przyzwyczaił do tego, że każdy łyka jego kłamstwa jak pelikan.
– Kocham cię, wiesz? – powiedziałem w końcu, po czym ucałowałem w czubek głowy.
– To nie jest odpowiedź na moje pytanie – odpowiedział, pusząc policzki.
– Wiesz, że cię znam, prawda? Nie musisz przy mnie udawać. W żadnej kwestii – powiedziałem w końcu, a ja poczułem, jak cały się spiął. Czyli nie tego się spodziewał. Naprawdę mocno uwierzył w re swoje kłamstwa.
– Czemu mi nigdy nie powiedziałeś, że to dostrzegasz? – spytał, odwracając się w moją stronę, by spojrzeć na mnie z oburzeniem.
– Po co? Nic by to nie zmieniło. Nie za bardzo rozumiem, po co udajesz. Sądzisz, że będę cię gorzej oceniał? Czy z przyzwyczajenia?
Nie odpowiedział. Na chwilę odpłynął we własnych myślach, a ja mu na to pozwoliłem. Może w końcu dojdzie do tego, że przy mnie nie musi udawać. Przytuliłem go do siebie, opierając policzek o jego głowę. Jeszcze czuć było na jego włosach delikatny, różany zapach. Włosy lepiej i przede wszystkim dłużej trzymają zapach.
– Tak jest łatwiej. Udawać – powiedział w końcu, odpowiadając tym samym na moje pytanie.
To nawet miałoby sens. W końcu lubi łatwe rzeczy, zamiast chociaż troszkę się postarać. A może po prostu boi się mojej oceny, tylko tego też nie chce przyznać. Momentami jest taki prosty, a zaraz później staje się tak strasznie skomplikowany. Zaopiekowanie się nim i zrozumienie go jest ciężkie, ale przecież sobie go nie odpuszczę tylko dlatego, że ma w sobie jakieś nieprzepracowane traumy i zakorzenione dziwne przekonania najpewniej wpojone przez rodzinę.
– To może koniec udawania. Przy mnie – poprosiłem, uśmiechając się do niego ciepło. – Żadnego zatajania prawdy. W tym tego, że nie podobała ci się opieka nad dziećmi – zaznaczyłem, uśmiechając się złośliwie.
– Przemyślę tę propozycję. I ani mi się waż dawać więcej dzieci pod opiekę – zaznaczył, na co się cicho zaśmiałem. Zdecydowanie muszę go jakoś znów podpuścić... chociaż, jak tak mu się spodobało, to nie będzie trudne. Byle pretekst wystarczy. A on trochę poudaje, że jest zniesmaczony, że nie chce, a finalnie oboje wiemy, jak to się skończy.
– Ależ oczywiście, Różyczko. Nie zrobiłbym ci przecież czegoś, czego szczerze całym serduszkiem nie cierpisz. To byłoby paskudne z mojej strony. A ty nie mógłbyś być z paskudnym człowiekiem, prawda? – niewinnie się uśmiechnąłem.
<Różyczko? c:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz