Jego słowa ani trochę mnie nie przejęły, co najwyżej trochę rozbawiły. Akurat się o to obawiać nie musiałem. Nie z jego strony. Może jestem głupi, i łatwowierny, ale tak po ludzku mu ufałem. Nie mam jakiejś wielkiej wprawy, ale na tym polega związek, prawda? Na zaufaniu i szczerości. I pomyśleć, że to wszystko może zepsuć jakiś losowy mężczyzna, wystarczy, że wyjdziemy razem na miasto i od razu się jakiś znajdzie. Wkurwia mnie, jak oni do niego lgną, i próbują wyrwać, nie patrząc na to, że przecież ma pierścionek. Co prawda, tak na poważnie się mu nie oświadczyłem, ale skoro się znajduje na serdecznym palcu, to coś może sugerować. A ja obok to już w ogóle jest wystarczającym znakiem, że powinni sobie odpuścić.
– I co ja teraz biedny pocznę? Za każdym razem, kiedy będziesz wbijał we mnie swoje kły, będę drżał w strachu, że mogę tego karmienia nie przeżyć – udałem przejętego, świetnie się z nim bawiąc.
– Nutka strachu może sprawić, że twoja krew będzie lepiej smakować – wymruczał, chyba się oblizując. – Albo i nie. Zależy od preferencji. Ja wolę, kiedy mój pokarm jest zrelaksowany.
– Jesteś taki dobroduszny – pokręciłem z niedowierzaniem głową. – Jak się zatrzymamy, musisz się posilić czymś bardziej pożywnym niż krew jakiegoś zająca – dodałem już całkowicie poważnie, martwiąc się o niego. Trochę dzisiaj energii stracił na regenerację ran po walce. Dobrze, że to był jakiś młody, niedoświadczony wilkołak. I z tego co zrozumiałem, nie należał do bandy, która to go goniła. Nas, w sumie. Bo jeżeli ktoś zagrażał jemu, to nie mogłem stać bezczynnie.
– Nie wiem, czy powinienem się tobą pożywiać, kiedy praktycznie nic nie zjadłeś – odpowiedział, na co cicho westchnąłem. Moje kochane maleństwo. Jeden dzień bez jakiegoś bardziej pożywnego, pełnego posiłku nic mi nie zrobi złego. W swoim życiu miałem zdecydowanie gorsze dni, kiedy to na cały tydzień miałem kawałek suchego chleba, który znalazłem na tyłach karczmy. A teraz miałem ususzone mięso, które jest normalną, zdrową przekąską, chociażby dla myśliwych. Do miasta wytrzymam. I tam zjem porządnego.
– Za niecałe dwadzieścia cztery godziny będziemy w końcu w mieście. Tam się nażrę tak, że nie będę się mógł ruszać – stwierdziłem, nie mając z tym problemu. Na pewno wytrzymam. Tak krótki okres to dla mnie pikuś.
– Jak elokwentnie się wypowiadasz, aż miło się ciebie słucha – pokręcił z niedowierzaniem głową.
– Uczę się od najlepszych – uśmiechnąłem się do niego niewinnie. – Zatrzymamy się, i jak wszystko ogarnę, to sobie pojesz. W końcu trochę odżyłeś i znacznie lepiej wyglądasz, nie chcę, by moje litry krwi, które ci oddałem do tej pory, się zmarnowały.
– Sugerujesz mi, że wcześniej gorzej wyglądałem? – spytał, pusząc policzki.
– Sugeruję, że wyglądałeś na głodnego. Jakbyś jadał ledwo co absolutne minimum, i to nie codzienne – powiedziałem zgodnie z prawdą, bo i czemu miałbym go kłamać?
<Różyczko? c:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz