No tak, marchewki dla koni… ależ oczywiście, że je weźmiemy. Myślę, że nasze konie będą naprawdę zadowolone, jeśli dostaną w prezencie marchewki, które tak bardzo lubią.
- Oczywiście. Zaraz przyniosę marchewki dla koni, ale najpierw podprowadzę cię bliżej drzwi wejściowych - Zgodziłem się na jego pomysł. Bez pośpiechu zeszliśmy schodami na sam dół, a nasze kroki odbijały się cicho od kamiennej posadzki. Zatrzymałem się dopiero przed drzwiami wyjściowymi z rezydencji.
Zanim jednak wyszliśmy, tak jak obiecałem, skierowałem się do kuchni, by poprosić o kilka marchewek dla naszych koni. Kucharz, jak zawsze, bez zbędnych pytań podał mi dokładnie to, czego potrzebowałem, pozwalając mi tym samym szybko i spokojnie opuścić kuchnię.
Wróciłem do mojego pięknego panicza, a raczej, w tej chwili, pięknej panienki. Tak bardzo żałowałem, że nie potrafiła dostrzec i uwierzyć we własne piękno. Była przecież naprawdę niezwykła: piękna, inteligentna, mądra… i tak, piękna, mógłbym to powtarzać bez końca, nawet jeśli ona sama uważała zupełnie inaczej.
- Mam już marchewki. Możemy iść na spacer i odwiedzić konia - Odezwałem się, podchodząc do Daisuke, który wyraźnie czekał tylko na mój powrót.
Spacer okazał się całkiem przyjemny. Nie wydarzyło się nic szczególnego, nakarmiliśmy konie, przeszliśmy się spokojnie wśród alejek, rozmawialiśmy o rzeczach ważnych i zupełnie błahych. Czas płynął niepostrzeżenie i nim się obejrzeliśmy, minęła niemal godzina. W końcu wróciliśmy do naszego ciepłego i bezpiecznego kącika, miejsca, w którym mogliśmy po prostu być razem, choćby w ciszy.
Dni mijały powoli. Moja pani miewała gorsze chwile, raz lepsze, raz trudniejsze. Czasami potrafiłem ją zrozumieć bez słów, innym razem zupełnie nie pojmowałem jej zachowania. Bywały momenty, gdy miałem ochotę opuścić rezydencję i nie wracać przez kilka kolejnych dni, tak bardzo byłem zmęczony tym, co się działo.
A jednak znosiłem to dzielnie. Nie narzekałem. Nie uciekałem. Nawet wtedy, gdy zdarzało się, że sama wyrzucała mnie z pokoju, tylko po to, by chwilę później złościć się na mnie, że naprawdę z niego wyszedłem. Czasem było mi naprawdę trudno ją zrozumieć. Gdy wychodziłem z rezydencji, było źle. Gdy zostawałem, również było źle.
Ciężkie było życie z kobietą w ciąży. Jeszcze cięższe z kobietą, której nastroje zmieniały się jak pogoda, a której myśli często pozostawały dla mnie zagadką. A jednak… była jedyną kobietą, którą kochałem. Jedyną, którą chciałem, nawet wtedy, gdy zupełnie jej nie rozumiałem.
Westchnąłem cicho. Po pracy po raz kolejny dostałem ochrzan, za to, że pracowałem. Przecież powinienem był spędzać czas z nim. A jednak jeszcze tego samego ranka zapytałem wprost, czy mam iść do pracy, czy lepiej zostać z nim w naszej wspólnej rezydencji. Odpowiedział bez wahania, żebym szedł i w ogóle się nim nie przejmował.
Teraz jednak słuchałem pretensji, że go zostawiłem samego. Że mnie nie ma. Że wybieram pracę zamiast niego. To było męczące. Bardzo.
Jeszcze tylko trzy miesiące, powtarzałem sobie w myślach, próbując złapać oddech. Jeszcze trzy miesiące i wszystko się zmieni. Nie mogłem narzekać. Musiałem to znieść. Bo przecież go kochałem. I kochałem te maluchy, które nosiła pod swoim sercem. Dla nich wszystkich byłem gotów zacisnąć zęby i wytrwać, nawet jeśli czasami brakowało mi już sił.
- Przepraszam? - Odezwałem się, powtarzając to jak mantrę za każdym razem gdy tylko się na mnie za coś denerwował.
<Paniczu? C:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz