Westchnąłem ciężko. I co ja z nim właściwie mam? Chciałem tylko, żeby wyglądał ładnie, żeby i ubranie, i włosy dobrze się prezentowały. Ale jak sam stwierdził: Nie można mieć wszystkiego. Albo jedno, albo drugie. No trudno… jakoś będę musiał to przeboleć. Najważniejsze, że przynajmniej jest schludnie ubrany.
Mimo jego negatywnego nastawienia do wszystkiego wciąż miałem nadzieję, że święta spędzimy choć odrobinę dobrze. Nie oczekiwałem od niego radości, śmiechu ani skakania z entuzjazmu wystarczyłoby, gdyby choć przez chwilę udawał, że mu zależy. Naprawdę tylko na tym najbardziej mi zależało.
- No dobrze… jakoś ten fakt przeboleję - Zacząłem spokojnie. - Proszę tylko, żebyś nie okazywał negatywnych emocji. Nie chcę, żeby dzieci coś odczuły. To dla nich ważny dzień.
Bardzo chciałem, żeby jego mina choć trochę się zmieniła, bo na razie wszystko wskazywało na to, że jest wyraźnie niezadowolony.
- To może najlepiej będzie, jak w ogóle tam nie pójdę, co? - Rzucił, jakby uparcie krążył wokół jednego tematu.
Znów to samo. Czasami czułem się, jakbym rozmawiał z kimś kompletnie nie do przekonania. Przyznam, bywa strasznie uparty, momentami wręcz irytujący… ale i tak go kocham. Kocham nad życie. Jest mój. Tylko mój.
- Już ci coś mówiłem - Powiedziałem stanowczej, ale cicho. - Masz być na świętach. Masz się dobrze bawić. A jeśli nie potrafisz… to proszę cię, uśmiechaj się. To ważny dzień dla wszystkich. Będziesz tak miły chociaż dla mnie? Choćby udawał - Ująłem jego twarz w dłonie i delikatnie musnąłem jego usta pocałunkiem, mając nadzieję, że choć trochę poprawi mu to nastrój.
Mój mąż westchnął cicho, po czym przyciągnął mnie bliżej, złączając nasze usta w dłuższym, bardziej namiętnym pocałunku. Najwyraźniej mój gest nie był wystarczający, Sorey, jak zawsze, potrzebował czegoś odważniejszego.
- Ale robię to tylko i wyłącznie dla ciebie - Stwierdził w końcu, zerkając w stronę garnków, w których wciąż dochodziły ostatnie potrawy.
- Wiem. I jestem ci za to bardzo wdzięczny - Odpowiedziałem szczerze.
Spojrzałem na przygotowaną listę, upewniając się, że wszystko jest dopięte na ostatni guzik. Choinka z prezentami? Jest. Świąteczne ozdoby? Na swoich miejscach. Potrawy wigilijne, które na pewno znikną z talerzy? Gotowe. Mój mąż i dzieci ubrani elegancko, tak jak powinno być? Też. Wyglądało na to, że naprawdę mamy już wszystko.
- Chyba możemy siadać do stołu - Odezwałem się. - Zaraz naleję barszcz do półmisków, przełożę ostatnie porcje i będziemy gotowi. - Byłem gotów na wszystko. A właściwie, na rozpoczęcie świąt.
- Może ja się tym zajmę - Zaproponował nagle mój mąż. - Ty w tym czasie przygotuj się do kolacji. Zająłeś się dosłownie wszystkim: nami, zakupami, świętami… a zapomniałeś o sobie. Ty też powinieneś wyglądać ładnie. - Miał rację. Nie wypadało, żebym wyglądał byle jak, skoro oni wszyscy prezentowali się tak elegancko.
- Masz rację - Uśmiechnąłem się lekko. - Zaraz się przebiorę. Tylko przypilnuj barszczu, dobrze? Nie chcemy, żeby się zwarzył.
Pocałowałem go w policzek i wyszedłem z kuchni, gotów przygotować się do wigilijnej kolacji i do świąt, na które tak bardzo czekałem.
<Pasterzyku? C:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz