czwartek, 5 lutego 2026

Od Soreya CD Mikleo

 Czułem się dziwnie w zupełnie nowych, świeżych, niespranych i w ogóle całych ubraniach. Do tej pory te rzeczy, które miałem... cóż, troszkę były zużyte, przypalone, i kolory też jakieś takie słabe... Na początku jeszcze mocno zwracałem uwagę na swoje ubrania. Chciałem się prezentować dobrze, ale szybko zdałem sobie sprawę, że jest to niewykonalne. Nie, jeżeli potrafię wszystko spalić, jeżeli tylko troszkę bardziej się denerwuję. Już nie mówiąc o tym, że demony całkiem często nas atakują... Chyba musiałbym mieć ubrania stworzone z jakiegoś piekielnego materiału, by się tak szybko nie niszczyły, ale z drugiej strony, nie chciałem niczego, co byłoby związane z piekłem. Wystarczy mi tej piekielnej aury od siebie samego, a gdybym jeszcze miał stamtąd ubrania, to byłoby za dużo dla moich aniołków. Muszę więc akceptować to, co mam... byleby tylko za szybko nie zniszczyć tego konkretnego stroju. Mikleo już się uparł, że mam go zakładać na każde ważniejsze uroczystości... się dopiero z tym wykopałem. 
– Nie jest za ciasna przypadkiem? – spytałem, poprawiając ją nieco. Ona powinna się tak opinać na mojej klatce piersiowej? Ani razu jej nie przymierzałem. Mikleo wszystko wybierał, zawierzyłem mu się w stu procentach i teraz ma za swoje. 
– Jest idealna. Po prostu jesteś tak cudownie umięśniony – wymruczał mi do ucha, a następnie ucałował mój policzek. – Gotowy na łamaniw się opłatkiem?
– A muszę? Przecież to głupie. Nie potrzebuję jakiegoś opłatka, by życzyć moim dzieciom dobrze. Poza tym, to nie byłoby świętokradztwo? Mam mieć w rękach święconą rzecz? Albo ten opłatek się spali, albo moje dłonie. Jedna z tych dwóch rzeczy na pewno – odpowiedziałem niepewnie, z jakiegoś przedziwnego powodu czując... lęk? Ale to było głupie, czemu miałbym czuć lęk przed składaniem życzeń najbliższym? To było absurdalne. I istniało. Przecież jedno drugie wyklucza. 
– Zadbałem o to. Nie są święcone. Chodzi mi o po prostu tradycję – odpowiedział, co mnie mocno zaskoczyło. Dosłownie pomyślał o wszystkim. 
– Super mi tradycja – mruknąłem pod nosem, pilnując tego, by barszcz się nie przypalił. – A nie lepiej, jak zostanę w kuchni? Tu tyle rzeczy trzeba przypilnować, i odgrzać, i wszystko... 
– Nie ma mowy. Dzieciaki wszystko rozłożą i idziemy miło spędzić czas. Może jeszcze przez ten czas uda mi się trochę ułożyć twoje włosy – dodał, poprawiając moje kosmyki. Oczywiście niepotrzebnie, bo po sekundzie wróciły do poprzedniego stanu. 
– Oj, nie, nie ma tak dobrze. Albo ładne ubranie, albo ładne włosy. A że już jestem ubrany, musisz zaakceptować to, że mam szopę na łbie – odpowiedziałem, delikatnie się krzywiąc. Nie za bardzo lubiłem, jak próbował przywoływać moje włosy do porządku. Przecież, to nic nie dawało, cokolwiek by nie zrobił, moje włosy i tak będą beznadziejne, tyle lat jest ze mną, i jeszcze tego nie zaakceptował...

<Owieczko? c:>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz