Naprawdę zdecydowanie za bardzo panikował. Wigilia miała być przecież spokojna i przyjemna, byłem tego absolutnie pewien. Wiedziałem, że nie zrobi nic złego. I choć może był demonem, w głębi duszy wciąż pozostawał dobrą istotą. W końcu kiedyś był człowiekiem, potem aniołem, a to znaczyło, że dobro zawsze było częścią jego istnienia. Nawet jeśli sam już tego nie pamiętał, wiem, że uratował niejedną ludzką duszę i niejedno ciało, bo tak należało postąpić. Robił to nie z obowiązku, lecz z potrzeby serca.
Gdyby nie to dobro, które kiedyś z niego płynęło i w które wierzyłem, wciąż w nim było, nigdy byśmy się nie zaprzyjaźnili. Nie mówiąc już o tym, że nigdy nie bylibyśmy razem. Nie potrafiłbym związać się z kimś, kto miałby nieczyste serce i złe intencje.
A Sorey… mimo że stał się demonem, który teoretycznie powinien mieć mroczne myśli i złe zamiary, pozostał cudowny. Dobry. Oczywiście bywał zaborczy, czasem zbyt impulsywny, momentami wręcz agresywny, ale w głębi zawsze kierował się troską. Z czasem nauczył się panować nad sobą. Nie było to łatwe ani szybkie, ale wspólnie daliśmy radę. Udało nam się ukształtować z niego demona "ciepłego" na swój własny, nieco surowy sposób. Demona, który potrafił być nieprzewidywalny, ale jednocześnie kochający i oddany.
I właśnie dlatego go kochałem. Wiedziałem, że wszystko będzie dobrze.
- Spokojnie, kochany. Nic złego się nie stanie - Powiedziałem łagodnie, przyciągając go bliżej siebie. - Bądź przy mnie, a ja się tobą zaopiekuję. Dopilnuję, żeby nic ani nikt nie wyprowadził cię z równowagi. - Pocałowałem go delikatnie w policzek.
Sorey jeszcze przez chwilę narzekał, snuł czarne scenariusze i powtarzał, że na pewno zepsuje święta. Ja jednak bez nerwów, cierpliwie tłumaczyłem mu, że nic złego nie może się wydarzyć. Prosiłem, by się nie denerwował i nie poddawał złym myślom. Najważniejsze było to, by zachował spokój, bo wszystko naprawdę miało się dobrze potoczyć.
Czas mijał niepostrzeżenie i zanim się obejrzeliśmy, nadeszła Wigilia.
Dom był wysprzątany, a wszystko niemal w pełni przygotowane. Nawet mój mąż, mimo wyraźnej niechęci do wspólnego spędzania Wigilii, pomagał mi, jak tylko mógł. Sprzątał, a nawet próbował gotować. Co prawda nie był w tym najlepszy, ale to nie miało znaczenia. Najważniejsze było to, że słuchał mnie uważnie i robił dokładnie to, co było konieczne.
I to w zupełności wystarczyło, by przed wigilijną wieczerzą wszystko było gotowe.
Gdy kończyłem przygotowywanie ostatnich potraw, poprosiłem dzieci i męża, by poszli się przygotować na Wigilię. Chciałem, żeby ładnie się ubrali, było to dla mnie dość istotne. Oczywiście byliśmy tylko we czwórkę, ale czy to miało jakiekolwiek znaczenie? Najważniejsze było to, że byliśmy razem. A skoro już razem, mogliśmy wyglądać dobrze, choćby dla samych siebie. W końcu to też miało swoją wartość. Przynajmniej dla mnie.
Po jakimś czasie do kuchni zaczęły zaglądać znajome twarze. Dzieci i mój mąż przebrali się w czyste, schludne, a nawet całkiem eleganckie ubrania. Z wyraźną dumą przyszli do mnie, by zaprezentować, jak wyglądają.
- No proszę - Uśmiechnąłem się, zerkając na nich uważnie. - Od razu wyglądacie znacznie lepiej. - Podałem dzieciom talerze i sztućce, prosząc, by rozłożyły je na stole. Przyjęły zadanie z entuzjazmem i po chwili opuściły kuchnię, zostawiając nas samych.
Wtedy spojrzałem na męża uważniej.
- A ty, mój drogi… - Odezwałem się ciszej, z lekkim uśmiechem. - Jak się czujesz? Wyglądasz naprawdę bardzo seksownie w tej nowej koszuli. Dobrze, że jednak ją kupiliśmy. - Pozwoliłem spojrzeniu zatrzymać się na nim odrobinę dłużej, podziwiając jego wygląd.
<Pasterzyku? C:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz