niedziela, 1 lutego 2026

Od Mikleo CD Soreya

 Cieszyłem się, że był tego świadom, że rozumiał, iż to naprawdę będzie ostatnie dziecko. Czułem, że nawet gdybym z jakiegoś dziwnego, nieracjonalnego powodu zapragnął obdarować go jeszcze większą liczbą naszych pociech, moje ciało nie byłoby już w stanie temu podołać. Mój organizm i tak ucierpi wystarczająco podczas ciąży z dzieckiem demona. Głęboko w sobie wiedziałem, że to będzie ostatnie dziecko, jakie będę mógł mu dać.
Może to i lepiej, w końcu urodziłem mu już czworo dzieci. To więcej, niż kiedykolwiek przypuszczałem, że będę w stanie unieść, zarówno fizycznie, jak i emocjonalnie. Miałem nadzieję, że jeśli jeszcze raz zdecydujemy się na dziecko, będzie ono jedno. Sama myśl o bliźniętach budziła we mnie lęk, nie byłem pewien, czy potrafiłbym nosić w sobie dwoje istnień, które w tak dużym stopniu mogłyby być demonami.
A jednak… wiedziałem, na co się piszę. Byłem świadomy konsekwencji, bólu i ceny, jaką przyjdzie mi zapłacić. I mimo to chciałem tego. Bo go kochałem. I byłem gotów dać mu wszystko, czego mógłby potrzebować, nawet jeśli oznaczało to poświęcenie własnego ciała i spokoju.
- Myślę, że cierpienie będzie tego warte - Wyznałem cicho, wtulając się w niego nieco mocniej. Jego ciało było dla mnie bezpieczną przystanią, czymś, co nie tylko lubiłem, ale co pokochałem całym sobą.
Sorey westchnął cicho, przytulając mnie do siebie i gładząc delikatnie po ramieniu tak, jakby chciał uchronić mnie przed całym złem tego świata. Było w tym geście coś niemal anielskiego, choć oboje wiedzieliśmy, że w rzeczywistości nikt nie był już w stanie mnie skrzywdzić. U mego boku stał demon. Demon, który chronił mnie przed wszystkim, nawet przed samym sobą.
I chyba był jednocześnie najgorszym, co mogło mnie w życiu spotkać… oraz najlepszym. Bo czyż nie jest to przewrotne? Jaki anioł powinien mieć u swego boku demona? Może właśnie dlatego Bóg całkowicie mnie porzucił. Złamałem wszystkie Jego zakazy. Jestem z demonem. Kocham demona. Chcę dać mu dziecko. I nie mam z tym najmniejszego problemu.
Nie czułem wstydu. Nie czułem żalu. Jeśli miała to być moja kara, przyjmowałem ją bez sprzeciwu.
- Obyś tego nie żałował… - Odezwał się w końcu. - Nie chcę, żebyś później płakał. Albo, co gorsza… żebym cię stracił. - W jego głosie pobrzmiewało zmartwienie, prawdziwe i szczere, choć w gruncie rzeczy nie miał powodu, by się bać. Byłem duży. Dorosły. Świadomy każdego wyboru, którego dokonywałem. Wiedziałem, na co się decyduję i wierzyłem, że sobie poradzę. Nawet jeśli przyjdzie mi zapłacić za to wysoką cenę.
- Nie martw się o mnie - Powiedziałem spokojnie. - Jestem świadomy konsekwencji, które podejmuję. Robię to na własną odpowiedzialność. Jestem dorosły i odpowiedzialny. To moja decyzja i to ja, w razie czego, poniosę jej skutki. - Usłyszałem, jak ponownie głośno wzdycha, ciężko, jakby próbował wypuścić z siebie strach, który nie dawał mu spokoju.
- Jeśli umrzesz… - Zaczął cicho - Wtedy to ja będę ponosił konsekwencje twojej decyzji. - Znów to samo. Ta śmierć, wciąż obecna w jego myślach, jakby była nieunikniona. A przecież jeszcze nie umierałem. I wcale nie zamierzałem.
- Ależ, skarbie - Odezwałem się łagodniej, unosząc wzrok ku niemu - Ja nie umieram. I nie mam zamiaru umierać. Muszę zająć się dzieckiem… jeśli tylko uda nam się je w przyszłości spłodzić. W końcu ktoś musi was pilnować - Dodałem z lekkim uśmiechem. - No i co najważniejsze chociaż odrobinę trzymać w ryzach. - Pochyliłem się i pocałowałem go w policzek, delikatnie, z czułością, jakby ten prosty gest miał wystarczyć, by choć na chwilę uciszyć jego lęki.

<Pasterzyku? C:>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz