Oczywiście doskonale rozumiałem złość mojego męża. Sam również nie byłem zadowolona z takiego obrotu sytuacji. Dzieci postawiły nas pod ścianą, nie dały nam wyboru, nie zapytały, czy mogą zaprosić swoje drugie połówki. Po prostu przyjechały z nimi bez uprzedzenia. To było dla nas zaskoczenie i nie ukrywam, poczułem lekki żal, że nie poinformowały nas wcześniej.
Z drugiej jednak strony zacząłem się zastanawiać, co właściwie mieliśmy zrobić? Czy powinienem się z nimi kłócić? Wyprosić ich partnerów z domu? To zupełnie nie leży w mojej naturze. Mimo że sytuacja była dla mnie trudna i trochę niezręczna, postanowiłem przyjąć ich najlepiej, jak potrafię. Taki w końcu już jestem, bez względu na okoliczności starałem się, by w moim domu każdy czuł się mile widziany.
Chętnie poznałem wybranków naszych dzieci. Starając się nie okazywać zaskoczenia ani zdenerwowania, choć w środku wciąż układałem sobie wszystko na nowo. Szczerze mówiąc, zupełnie nie spodziewałem się dziś gości. Mimo to poczułem radość, że mogę poznać osoby, które są bliskie sercom naszych dzieci.
Jeśli te relacje okażą się prawdziwe, jeśli ich uczucia są szczere i głębokie, to dlaczego mielibyśmy nie cieszyć się ich szczęściem? Najważniejsze przecież, aby nasze dzieci były kochane i same potrafiły kochać. Oczywiście byłoby nam miło, gdyby uprzedziły nas wcześniej, przed świętami, i dały nam czas, by przygotować się na ich przybycie. Taka rozmowa byłaby wyrazem szacunku i zaufania.
Mimo wszystko wierzę, że ta sytuacja może być początkiem czegoś dobrego, nowego etapu w życiu naszych dzieci i być może, również w naszym. A my, jako rodzice, musimy nauczyć się akceptować, że ich świat powoli się poszerza i że nie zawsze będziemy o wszystkim wiedzieć jako pierwsi.
Mimo tego wszystkiego trochę bałem się reakcji mojego męża. Doskonale wiedziałem, jaki potrafi być stanowczy, gdy chodzi o zasady panujące w naszym domu. Martwiłem się, jak to wszystko może się skończyć, kiedy emocje opadną, a goście wyjdą.
Widziałem jego minę, jedno spojrzenie wystarczyło, by zrozumieć, że dzieci nie mogą liczyć na pobłażliwość. Byłem niemal pewien, że gdy tylko drzwi się zamkną, odbędzie się poważna rozmowa. I choć wiedziałem, że zachowały się nie w porządku, w głębi serca miałem nadzieję, że nie będzie zbyt surowy.
Owszem, postąpiły nie fair. Postawiły nas w niezręcznej sytuacji i zasłużyły na konsekwencje adekwatne do swojego zachowania. Jednak czy to powód, by aż tak się złościć? Sam nie potrafiłem jednoznacznie odpowiedzieć. Może trochę tak, w końcu chodzi o szacunek i granice. Ale to nie ja byłem od wymierzania surowych lekcji.
Zawsze to mój mąż lepiej radził sobie z wyznaczaniem jasnych zasad i egzekwowaniem ich przestrzegania. Ja z kolei zbyt szybko mięknę, za bardzo staram się zrozumieć, wytłumaczyć, znaleźć łagodniejsze rozwiązanie. Czasem mam wrażenie, że jestem dla nich zbyt pobłażliwy. I właśnie dlatego, mimo obaw, czuję też pewnego rodzaju ulgę, że mam jego. Wiem, że w chwili, gdy ja zaczynam się wahać, on potrafi zachować spokój i stanowczość.
Może właśnie w tym tkwi nasza siła jako rodziców, w równowadze. On pilnuje zasad, ja daję więcej przestrzeni na rozmowę i zrozumienie. I choć czasem boję się jego reakcji, wiem, że kieruje nim troska o nasze dzieci, tak samo głęboka jak moja...
<Pasterzyku? C:>