czwartek, 26 lutego 2026

Od Mikleo CD Soreya

Oczywiście doskonale rozumiałem złość mojego męża. Sam również nie byłem zadowolona z takiego obrotu sytuacji. Dzieci postawiły nas pod ścianą, nie dały nam wyboru, nie zapytały, czy mogą zaprosić swoje drugie połówki. Po prostu przyjechały z nimi bez uprzedzenia. To było dla nas zaskoczenie i nie ukrywam, poczułem lekki żal, że nie poinformowały nas wcześniej.
Z drugiej jednak strony zacząłem się zastanawiać, co właściwie mieliśmy zrobić? Czy powinienem się z nimi kłócić? Wyprosić ich partnerów z domu? To zupełnie nie leży w mojej naturze. Mimo że sytuacja była dla mnie trudna i trochę niezręczna, postanowiłem przyjąć ich najlepiej, jak potrafię. Taki w końcu już jestem, bez względu na okoliczności starałem się, by w moim domu każdy czuł się mile widziany.
Chętnie poznałem wybranków naszych dzieci. Starając się nie okazywać zaskoczenia ani zdenerwowania, choć w środku wciąż układałem sobie wszystko na nowo. Szczerze mówiąc, zupełnie nie spodziewałem się dziś gości. Mimo to poczułem radość, że mogę poznać osoby, które są bliskie sercom naszych dzieci.
Jeśli te relacje okażą się prawdziwe, jeśli ich uczucia są szczere i głębokie, to dlaczego mielibyśmy nie cieszyć się ich szczęściem? Najważniejsze przecież, aby nasze dzieci były kochane i same potrafiły kochać. Oczywiście byłoby nam miło, gdyby uprzedziły nas wcześniej, przed świętami, i dały nam czas, by przygotować się na ich przybycie. Taka rozmowa byłaby wyrazem szacunku i zaufania.
Mimo wszystko wierzę, że ta sytuacja może być początkiem czegoś dobrego, nowego etapu w życiu naszych dzieci i być może, również w naszym. A my, jako rodzice, musimy nauczyć się akceptować, że ich świat powoli się poszerza i że nie zawsze będziemy o wszystkim wiedzieć jako pierwsi.
Mimo tego wszystkiego trochę bałem się reakcji mojego męża. Doskonale wiedziałem, jaki potrafi być stanowczy, gdy chodzi o zasady panujące w naszym domu. Martwiłem się, jak to wszystko może się skończyć, kiedy emocje opadną, a goście wyjdą.
Widziałem jego minę, jedno spojrzenie wystarczyło, by zrozumieć, że dzieci nie mogą liczyć na pobłażliwość. Byłem niemal pewien, że gdy tylko drzwi się zamkną, odbędzie się poważna rozmowa. I choć wiedziałem, że zachowały się nie w porządku, w głębi serca miałem nadzieję, że nie będzie zbyt surowy.
Owszem, postąpiły nie fair. Postawiły nas w niezręcznej sytuacji i zasłużyły na konsekwencje adekwatne do swojego zachowania. Jednak czy to powód, by aż tak się złościć? Sam nie potrafiłem jednoznacznie odpowiedzieć. Może trochę tak, w końcu chodzi o szacunek i granice. Ale to nie ja byłem od wymierzania surowych lekcji.
Zawsze to mój mąż lepiej radził sobie z wyznaczaniem jasnych zasad i egzekwowaniem ich przestrzegania. Ja z kolei zbyt szybko mięknę, za bardzo staram się zrozumieć, wytłumaczyć, znaleźć łagodniejsze rozwiązanie. Czasem mam wrażenie, że jestem dla nich zbyt pobłażliwy. I właśnie dlatego, mimo obaw, czuję też pewnego rodzaju ulgę, że mam jego. Wiem, że w chwili, gdy ja zaczynam się wahać, on potrafi zachować spokój i stanowczość.
Może właśnie w tym tkwi nasza siła jako rodziców, w równowadze. On pilnuje zasad, ja daję więcej przestrzeni na rozmowę i zrozumienie. I choć czasem boję się jego reakcji, wiem, że kieruje nim troska o nasze dzieci, tak samo głęboka jak moja...

<Pasterzyku? C:> 

Od Haru CD Daisuke

Gdy ruszyłem do kuchni, poprosiłem kucharza, aby przygotował dla mojego panicza coś lekkiego, a zarazem pożywnego i soczystego. Chciałem, by po porodzie jego organizm szybko doszedł do siebie, lecz nie był nadmiernie obciążony. To niezwykle ważne, aby w tych pierwszych godzinach poczuł się lepiej i by jego ciało mogło spokojnie, stopniowo wracać do sił.
Sam w tym czasie przygotowałem dla niego ciepły napój. Gdy delikatna para unosiła się znad kubka, ruszyłem z nim do sypialni. Służba miała wkrótce przynieść posiłek, więc o to nie musiałem się martwić.
- Już jestem. Przyniosłem herbatę. Kucharz przygotowuje twój posiłek - Odezwałem się łagodnie, wchodząc do komnaty.
Dopiero wtedy dostrzegłem przerażenie malujące się na jego twarzy. Zmarszczyłem lekko brwi i podszedłem bliżej łóżka, gdzie leżał z dziećmi.
- Coś się stało? - Zapytałem ciszej, unosząc jedną brew i pochylając się nad moją małą rodziną.
- Jedno z dzieci się obudziło… Patrzy na mnie, a ja nawet nie wiem, który to chłopiec, a która dziewczynka - Wyjaśnił drżącym głosem. W jego oczach czaiła się szczera, bezradna panika.
Na ten widok uśmiechnąłem się ciepło. Odstawiłem kubek na szafkę nocną i ostrożnie wziąłem od niego maleństwo.
- To nasza mała córeczka - Powiedziałem łagodnie, spoglądając na drobną twarz Sayuri. - Patrzy, choć jeszcze nie widzi. Na to jest zdecydowanie za wcześnie. Dzieci w tym wieku uczą się przede wszystkim słuchem. Powinieneś do niej mówić… Twój głos to teraz wszystko, czego potrzebuje. - Podałem mu kubek do wolnej dłoni, pomagając mu napić się herbaty.
- Jak ty ich rozpoznajesz? - Zapytał z niedowierzaniem, przyglądając mi się uważnie. - Przecież wyglądają identycznie. - Zaśmiałem się cicho.
- Sam nie wiem. Po prostu… czuję to. W tej chwili trzymasz naszego synka, a ja naszą córkę - Odpowiedziałem spokojnie.
Przytuliłem maleństwo bliżej do piersi, czując, jak ogarnia mnie ciepło. Wiedziałem, że teraz najbardziej potrzebują bliskości, spokoju i miłości, a my razem uczymy się, jak im to dać.
- Wygląda na to, że tylko ja w tym związku będę złym rodzicem - Powiedział cicho, ze smutkiem w głosie. - Skoro już teraz nie potrafię ich rozpoznać… to chyba naprawdę nie nadaję się na ojca. A może na matkę, sam nie wiem kim będę dla naszych dzieci. - Nie mogłem się z tym zgodzić. W tym momencie niepoznawanie dzieci niczego złego nie oznaczało. Po tym ciężkim porodzie jego ciało i umysł przeżywały szok, ból i zmęczenie. To normalne, że potrzebował czasu, by ogarnąć całą sytuację.
- Nie, kochanie - Powiedziałem spokojnie, biorąc go delikatnie za rękę. - To nie znaczy, że jesteś złym rodzicem. Daj sobie czas. Kiedy nadejdzie odpowiedni moment, rozpoznasz, który to nasz syn, a która nasza córka. Teraz najważniejsze jest, byś odpoczął i trochę się rozluźnił. Wszystko inne przyjdzie naturalnie. - Uśmiechnął się niepewnie, a ja poczułem, jak ulga powoli rozlewa się po jego twarzy. W tym momencie wiedziałem, że wsparcie, spokój i cierpliwość były ważniejsze niż natychmiastowa perfekcja.
- Pamiętaj bez względu na to co by się nie działo, ja będę przy tobie i wesprę cię bez względu na wszystko, jesteśmy świeżymi rodzicami mamy prawo niewiedzieć i prawo się uczyć ale mimo to wiem, że świetnie sobie poradzimy - Zapewniłem, całując jego smukłą piękną dłoń.

<Paniczu? C:> 

Od Serathiona CD Eliana

 Jego pewność siebie była naprawdę intrygująca. Niesamowite, jak bardzo ufał samemu sobie, jak stanowczo potrafił powiedzieć, że nigdy nie zakocha się w nikim innym. Skąd brała się w nim ta pewność? Nawet jeśli dotąd nikt go nie zauroczył, oprócz mnie, to przecież nie oznaczało, że nigdy się to nie stanie. Miłość bywa nieprzewidywalna. Każdy może się zakochać dziś, jutro, za kilka lat. Tego nie da się zaplanować ani zdefiniować w odpowiednim momencie. Po prostu pewnego dnia czujesz, że to właśnie to. Albo nie czujesz nic.
Nie jestem jego jedynym możliwym wyborem. I choć szczerze wolałbym, aby tak było, wiem, że nie mam prawa zamykać go w swoich pragnieniach. Kocham go. Chcę z nim być. A jeszcze bardziej chcę, żeby on chciał być ze mną, nie z obowiązku, nie z przyzwyczajenia, ale z własnej woli. Teraz i tak długo, jak pozwoli mu na to życie.
- Jesteś bardzo pewny jak na kogoś, kto tylko raz w życiu zakosztował prawdziwego smaku miłości - Powiedziałem cicho, patrząc mu prosto w oczy. - Ale to dobrze. Dzięki tym słowom mogę wierzyć, że naprawdę należysz do mnie. - Uśmiechnąłem się z zadowoleniem, jakby jego deklaracja na moment uciszyła wszystkie moje wątpliwości.- Najadłeś się? Napoiłeś? - Zapytałem po chwili, łagodnie zmieniając temat, jakby tamta rozmowa przestała mieć znaczenie. - Chciałbyś zrobić coś jeszcze, zanim znów położysz się do łóżka? - Wiedziałem, że niektóre pytania lepiej zostawić bez odpowiedzi. A przynajmniej na teraz.
Tym bardziej te pytania, które można było odłożyć na później. Niektóre rozmowy potrzebują czasu. Inne, odwagi. A jeszcze inne najlepiej smakują dopiero wtedy, gdy przestają boleć.
- Chciałbym się do ciebie przytulić i spędzić tak wieczność - Stwierdził cicho.
Uśmiechnąłem się, bo to było niewiarygodnie słodkie. Tak typowo ludzkie, mówić o wieczności, jakby była czymś osiągalnym. Niestety, wieczności nie mógł mi ofiarować. W przeciwieństwie do mnie był tylko człowiekiem. A ludzie nie są wieczni. Nie tak jak wampiry. Oboje doskonale zdawaliśmy sobie z tego sprawę, nawet jeśli rzadko wypowiadaliśmy to na głos.
Przez chwilę patrzyłem na niego uważnie, jakby próbując zapamiętać każdy szczegół jego twarzy. Każdy oddech. Każde mrugnięcie.
- Wiesz… - Zacząłem łagodnie. - Wieczność mogłaby być dla ciebie lekkim problemem. - Musnąłem jego policzek kciukiem, czule, niemal ostrożnie. - Poza tym będziesz miał mnie tak długo, jak tylko będziesz tego chciał. Nie musisz dziś zmuszać się do czegokolwiek. Nie musisz spędzać ze mną każdej chwili tak, jakby miała być ostatnią. Możesz odpocząć. Na wszystko przyjdzie czas. - Uśmiechnąłem się do niego miękko, próbując ukryć w tym geście całą prawdę, której nie chciałem psuć tej chwili, że dla mnie czasu było aż nadto. A dla niego… zdecydowanie zbyt mało. - A teraz chodź - Dodałem ciszej. - Przytul mnie. Choćby nie na wieczność… ale na tę chwilę, kiedy to możemy być razem - Wyszeptałem, prowadząc mojego partnera do łóżka, gdzie obaj wtuleni w swoje ciała mogliśmy odprężyć się. I mimo, że sen miał nie nadejść, nadeszła cisza ta przyjemna, ta wspólna, ta której potrzebujemy ciesząc się swoją bliskością.

<Elianie? C:>

Od Soreya CD Mikleo

 Przepraszam bardzo, ja mam się zachowywać? Ja? A co takiego zrobiły nasze dzieci? Ma im się upiec to, że nie poinformowały nas o gościach? Już pal licho to, że to ich partnerzy, jakoś bym tę informację przełknął, ale one postawiły nas przed faktem dokonanym. Nie mogliśmy się zgodzić czy nie zgodzić, mogliśmy po prostu zaakceptować ten los. Tak to nie powinno wyglądać. Nie możemy im pobłażać. 
Ale dobrze. Niech mu będzie. Poczekam, aż te drugie połówki naszych dzieci pójdą, i wtedy pogadamy. Oj, porządnie sobie pogadamy... Nie pozwolę być tak znieważany. W końcu, jak inaczej to nazwać? Powiedziałbym wręcz, że mnie opluli, a przynajmniej na pewno się tak poczułem. 
– Zrobię to dla ciebie, nie dla nich. Zachowali się karygodne – mruknąłem, czując jak coś się we mnie gotuje. A później dziwią się, że im nie ufam... jak mam im ufać, kiedy robią nam takie rzeczy. 
– Nie przesadzasz? Tylko zaprosili swoich chłopaków. To przecież nic takiego – stwierdził Miki, jak zwykle biorąc ich stronę. 
– Nic takiego? Zrobili to bez informowania nas o tym. Mogliśmy mieć przecież własne plany. Mogliśmy nie mieć żadnego jedzenia. Mogliśmy mieć bałagan. Zresztą, Banshee jest w salonie. Oni są ludźmi, nie mogą jej zobaczyć – odpowiedziałem, już nieco się denerwując. Przecież jak zobaczą bestię w naszym domu, mogą połączyć ją z tymi wszystkimi zniknięciami, albo odnalezionymi resztkami zwłok w lesie. Zresztą, nawet jak oni tego nie połączą, to połączą to inni ludzie. Wystarczy, że komuś o niej powiedzom. Rodzicom, na przykład. Oby tylko dzieciaki nie były na tyle głupie i o niej nie mówiły... nie, na pewno nie byłyby tak nierozsądne. Chociaż teraz to już sam nie wiem. 
– Faktycznie, to solidny argument. Pójdę do jadalni, zajmę ich czymś. Zaprowadź Banshee do sypialni, będzie musiała tam przeczekać – zdecydował, już znikając z mojego pola widzenia. 
Wolałem działać szybko. Od razu ruszyłem do salonu, gdzie przy kominku leżała Banshee. Nie była jednak rozwalona i beztroska, a cała spięta, gotowa do działania. Na szczęście zakrywały ją meble, dzięki czemu jeszcze nikt jej nie dostrzegł. Wystarczyło jedno spojrzenie, i już wiedziała, że, nie może tu zostać. Podniosła się i grzecznie ruszyła w stronę naszej sypialni. Na chwilę tylko zatrzymała się w korytarzu, unosząc łeb do góry i wąchając nowe zapachy. Zapoznawała się z nimi, i zapamiętywała, na wszelki wypadek. Dopiero po chwili weszła do sypialni, a ja za nią. Nie mogłem jej tu tak po prostu zostawić. Może nie miałem dla niej żadnego posłania, ale mogłem jej rozpalić kominek tutaj. 
– Pójdą sobie, i znów będziesz mogła spać z Psotką. Też się ich nie spodziewałem – mówiłem do niej, dokładając drewna do kominka. Z tego co widziałem, Psotka już się zainteresowała nowymi gośćmi. Była zdecydowanie zbyt ufna i przyjacielska jak na psa stróżującego. Na szczęście mój ogar trochę to równoważy. – Oby szybko sobie poszli, mam sporo rzeczy do powiedzenia moim dzieciom. Ale będę musiał zamknąć gębę i cierpliwie czekać. Ty to masz dobrze. Wolałbym tu posiedzieć z tobą, przynajmniej niczego bym nie popsuł – dodałem, w końcu podnosząc się z klęczek. Nie chciałem tam iść. Ale chyba nie miałem wyjścia, ani dzieciaki ani Miki by mi tego nie wybaczyły. Niech jednak nie liczą na to, że będę się uśmiechać. To, że nie wybuchnę, już musi im wystarczyć. 

<Owieczko? c;>

Od Daisuke CD Haru

Jak się czułem? Na pewno padnięty. Byłem tak strasznie zmęczony, i jednocześnie głodny, i spragniony, i obolały, i wszystko na raz. Sam nie wiem, co mi najbardziej doskwierało. Najbardziej to chyba nie chciałbym już nic nie czuć. Na chwilę przestać egzystować, bo tylko to sprawiłoby, że bym odpoczął. W końcu, byłem już pewien wszystkiego. Dzieci są całe, zdrowe. Trochę małe czerwone, i pomarszczone, ale byłem pewien, że to chwilowe. Szybko wyrosną. Mają dobre geny, w końcu Haru jest przystojny, i ja też, dopóki mnie życie nie zniszczyło, więc one także będą przepiękne. No i mój mąż, z nim też wszystko w porządku, zatem moja powinność została wykonana. 
– Zmęczony. Bardzo zmęczony – powiedziałem cicho, przenosząc na niego swoje spojrzenie. Teraz, kiedy ten strach o dzieci, chwilowa adrenalina opadły, poczułem, jak strasznie byłem wycieńczony. 
– Już zaraz będziesz mógł odpocząć. Ale najpierw musisz coś zjeść. Napić się. Musisz wzmocnić swój organizm, ma za sobą trudnych kilka godzin. 
Kilka godzin... Kilka godzin bólu. Zdecydowanie nie chciałbym tego powtarzać, nawet jeżeli miałbym pewność, że będę nosił w sobie jedynie jedno dziecko. To było straszne. Te wszystkie niezrozumiałe dla mnie emocje, bóle, zachcianki, strach, niepewność, wymioty... Nie. Teraz muszę jakoś wrócić do swojego ciała. Znaczy, niekoniecznie teraz, jeszcze muszę przecież jakoś je odkarmić. Chociaż, one już były karmione. Służba się nimi zajęła. Więc... do czego ja tu jestem potrzebny? 
– Jeśli będziesz jeszcze chciał mieć więcej dzieci, sam sobie je ródź. Nie to wystarczy. Jak czułem ten ból, momentami wręcz marzyłem o tym, by umrzeć. Tylko to mogłoby mi sprawić ulgę – powiedziałem zgodnie z prawdą. Nie zamierzałem tego ukrywać. To było dla mnie naprawdę paskudne doświadczenie. 
– Wiem. Widziałem. Żałowałem, że nie mogę przejąć twojego bólu – odpowiedział przybity, na co uniosłem jedną brew. Uniknąłbym tego, gdyby tylko to on zdecydował się przyjąć rolę kobiety. Lepiej by sobie poradził z ciążą. Jego ciało jest silniejsze od mojego. No ale teraz już na to za późno. Nie będę mu tego wypominał. – Przyniosę co coś do jedzenia. Coś pożywnego. Zaraz wrócę. 
I nim jakkolwiek zdążyłem zaprotestować, wyszedł z pokoju. A mnie od razu oblał zimny pot. Czemu mnie zostawiał? Nie może mnie zostawić. A jak coś się stanie? Jak zrobię im krzywdę? Obudzą się? Będą coś chciały, a ja nie będę wiedział, co? Nawet nie wiem, z której strony mam chłopca, a z której dziewczynkę. Jak nie mogę ich rozpoznać, to czy oznacza to, że jestem słabą matką? W końcu, każda matka poznaje swoje dzieci, a ja tu mam problem z własnymi. Jak bardzo źle to o mnie świadczy? I w pewnym momencie jedno z dzieci otworzyło oczy, i świat jakby tak nagle... zwolnił. Wstrzymałem oddech. Bałem się, że zaraz zacznie płakać, i obudzi się drugie, a ja nie będę wiedział co zrobić, bo nawet nic nie będę mógł zrobić, bo jak? Miałem zajęte dwie ręce. Zresztą, nawet jakbym miał jakąkolwiek mobilność, bałbym się cokolwiek uczynić, by nie zrobić mu krzywdy. 
Ale noworodek nie płakał. Wpatrywał się we mnie z uwagą, będąc na razie cicho. 
– Witaj – powiedziałem cicho, łagodnie, i może trochę niepewnie. Co się w ogóle powinno mówić w takich sytuacjach do dzieci? A może tylko chodzi o ton głosu? Gdzie jest Haru? On na pewno by wiedział, co zrobić w tym momencie. 

<Piesku? c:>

Od Eliana CD Serathiona

 Dzisiejszego poranka obsługiwała mnie Lidia, która jak zwykle była dla mnie bardzo miła. I nie wiem, czy powinienem o tym wspominać Serathionowi. Już raczej wie, że interesuje mnie jedynie on, ale wolę nie niszczyć mu humoru, który i tak już jest bardzo kruchy. Z drugiej strony, i tak zaraz wyczuje, że kłamię. Wystarczy, że lekko zadrży mi głos, mocniej zabije serce, a on już o tym wie. Nie było więc sensu mówić mu kłamstwa. A może bezpieczną półprawdę? Chociaż, gdzie ja tu mu powiem półprawdę? Aż tak kombinować to mi się nie chciało. 
– Nie było jej. Lidia mówiła, że poszła załatwić jakieś sprawy na mieście – odpowiedziałem spokojnie, stawiając dzbanek, który trzymałem w lewej ręce, na stół, oraz miskę z jedzeniem dla kota na podłogę. Trochę było mi ciężko nieść dwie te rzeczy, zwłaszcza z tą ręką, ale jakoś podparłem miskę o lewe przedramię i dałem radę. Skoro tak ma wyglądać moje życie, muszę jakoś kombinować. Bez tego sobie nie poradzę. 
– Super. Tylko jej mi tu brakowało – burknął, delikatnie pusząc policzki. Nie rozumiałem, dlaczego samo wspomnienie jej imienia wywołuje w nim taką reakcję. Czy mogę w ogóle coś zrobić, by nie czuł tej złości? Udowodniłem mu chyba na wszystkich płaszczyznach, że kocham tylko i wyłącznie jego. Że tylko i wyłącznie on mnie interesuje. A jednak do dalej w nim siedzi. 
– Jeśli to cię pocieszy, to tym razem nie próbowała mnie podrywać. Chyba. Tak mi się przynajmniej wydaje – dodałem, kierując się powoli do łóżka, by móc się do niego przytulić. 
– Wydaje ci się? – powtórzył moje słowa, unosząc jedną brew. – A co to niby ma znaczyć? 
– To, że może trochę racji masz. Może faktycznie nie poznaję, kiedy ktoś się do mnie zaleca. Ale teraz nie zauważyłem tych typowych zachowań, które zaliczają się do podrywania. Była miła, jak zawsze, ale i kontakt cielesny był znikomy, kontakt wzrokowy pozostał na normalnym poziomie, nie proponowała żadnych wyjść, czy czegoś w tym stylu. Możesz być więc spokojny – powiedziałem łagodnie, chwytając go w pasie i przyciągając do siebie, by go przytulić. Kiedy tylko był blisko mnie, poczułem cudowny zapach róż. – Cudownie pachniesz – dodałem, po czym ucałowałem go w skroń. 
– Skorzystałem z twojej rady – odparł, ewidentnie zadowolony z mojego komplementy. – Ale na tę dziewczynę uważaj. Ona coś kombinuje. Jeszcze nie wiem, co... Ale coś mi tu nie gra. 
– Nie martw się. Poza tobą nikt inny mnie nie interesuje i nie zainteresuje – obiecałem, poprawiając kosmyki jego włosów, które znów były takie błyszczące, mięciutkie i pachnące. Jeszcze tylko te oczy... ale nie mogę mu w tej chwili pomóc. Znaczy się, bardzo bym chciał, ale on mnie chce. Twierdzi, że jeszcze musimy poczekać, chociaż nie czułem się już tak źle. 
– Jesteś strasznie pewny siebie – odpowiedział, jakby z lekkim przekąsem. 
– A czemu miałbym nie być? Skoro po tylu latach tylko ty byłeś się w stanie tak wokół mnie zakręcić, to coś w tym wszystkim musi być – odparłem łagodnie, gładząc jego policzek. 

<Różyczko? c;>

środa, 25 lutego 2026

Od Serathiona CD Eliana

 Gdy Elian poszedł coś zjeść, postanowiłem w końcu poświęcić chwilę samemu sobie. Dawno nie pozwoliłem sobie na prawdziwy relaks, a skoro już nawet on stwierdził, że nie pachnę tak, jak powinienem, uznałem to za wyraźny sygnał, że trochę się zaniedbałem. Może jako wampir nie muszę myć się codziennie, nie pocę się, nie brudzę w ludzkim znaczeniu tego słowa, ale to wcale nie oznacza, że mogę całkowicie zrezygnować z kąpieli. Zwłaszcza że je uwielbiam. Ciepła woda, cisza i zapach róży… jeśli mam okazję znów pachnieć delikatnie i szlachetnie, dlaczego miałbym z niej nie skorzystać?
- Bądź grzeczny, maluchu - Zwróciłem się do kociaka, delikatnie głaszcząc go za uszkiem. Nie chciałem mieć towarzystwa w łazience, a już na pewno nie w postaci ciekawskiego zwierzaka, który mógłby uznać wannę za nowe miejsce do eksploracji.
Kociak spojrzał na mnie tak, jakby próbował coś powiedzieć. Choć z jego pyszczka nie wydobyło się żadne miauknięcie, w jego oczach było więcej wymowy niż w tysiącu słów. Był zaskakująco inteligentny, tego nie można było mu odmówić.
Zostawiłem go w pokoju, mając nadzieję, że nie będzie drapał w drzwi ani miauczał pod nimi, domagając się wejścia. Niezależnie od jego protestów, tym razem nie zamierzałem ustąpić.
Zamknąłem drzwi na klucz i zająłem się sobą. Odkręciłem wodę, pozwalając, by wanna powoli wypełniała się ciepłem i parą. Zdjąłem ubrania, a do wody wlałem kilka kropel różanego olejku. Subtelny, kwiatowy aromat niemal natychmiast rozszedł się po łazience, otulając mnie miękko i kojąco.
Kiedy w końcu zanurzyłem ciało w wodzie, poczułem, jak napięcie powoli ze mnie uchodzi. Ciepło objęło mnie w całości, a świat za drzwiami przestał istnieć. To był czas tylko dla mnie, bez rozmów, bez spojrzeń, bez oczekiwań. Tylko cisza, zapach róży i spokojny oddech.
I właśnie tego potrzebowałem najbardziej.
Kąpiel zajęła mi trochę czasu, ale tylko dlatego, że mój partner wciąż nie wracał. Skoro miałem chwilę, pozwoliłem sobie naprawdę się zrelaksować i odetchnąć, podczas gdy on spokojnie spożywał swój posiłek. Ciepła woda otulała mnie miękko, a zapach róży unosił się w powietrzu, tworząc wokół mnie subtelną, niemal intymną aurę.
Kiedy jednak usłyszałem jego kroki dochodzące z holu, serce zabiło mi nieco szybciej. Ten dźwięk rozpoznałbym wszędzie.
Nie zwlekając, opuściłem wannę. Starannie otarłem ciało miękkim ręcznikiem, pozwalając, by ciepło wciąż utrzymywało się na skórze. Sięgnąłem po koszulę, oczywiście jego koszulę. Materiał był odrobinę za duży, opadał luźno na ramiona, ale właśnie to sprawiało, że czułem się w niej… dobrze. Bezpiecznie. Pachniała nim, a teraz miała pachnieć także różą. Chciałem wyglądać pięknie. I pachnieć tak, jak sobie tego życzył.
Gdy Elian wrócił do pokoju, siedziałem już na łóżku. Czekałem na niego, na jego obecność, na jego spojrzenie, na ciepło, które wnosił ze sobą do każdego pomieszczenia. Przyzwyczaiłem się do jego towarzystwa bardziej, niż kiedykolwiek przypuszczałem. Stał się czymś oczywistym, niezbędnym.
Bez niego cisza byłaby zbyt głośna.
Czasami zastanawiam się, jak wyglądałoby moje istnienie, gdyby nie było go przy mnie. I za każdym razem dochodzę do tego samego wniosku, byłoby znacznie trudniejsze. O wiele bardziej puste.
Dlatego kiedy tylko przekroczył próg pokoju, poczułem ulgę. Był tutaj. A to wystarczało, dając spokój i poczucie szczęścia.
- I jak tam? Dona znów próbowała namówić cię na zerwanie ze mną? - Zapytałem, doskonale wiedząc że była do tego zdolna.

<Elianie? C:>

Od Eliana CD Serathiona

 Dałem mu się sobą zająć, chociaż pierw w planach to ja się chciałem sam tym zająć. Skoro jednak tak ładnie zaproponował swoją pomoc... kim ja jestem, by mówić mu nie? Jeżeli mój zapach krwi mu nie przeszkadzał, niech mi pomaga. Byleby nie musiał się zbyt bardzo katować, zwłaszcza po wczorajszej uczcie. 
- Może w takim razie będziesz mógł skorzystać z mojej krwi – zaproponowałem, uśmiechając się lekko. 
- No już się aż tak nie zapędzaj – odpowiedział, unosząc jedną brew z politowaniem. - Daj im się jeszcze podgoić, jeszcze co najwyżej kilka dni. 
Kilka dni. Zerknąłem na swoją prawą rękę, tę najbardziej poszarpaną, i spróbowałem zacisnąć pięść. Pojawił się tylko jeden problem; nie mogłem całkowicie tej pięści zamknąć. Pierwsze co, to poczułem strach. A jak już nigdy nie odzyskam sprawności w tej ręce...? Nie, jeszcze przecież to wszystko się goi. I na pewno wszystko będzie w porządku. Musi być. Innego wyjścia w tej sprawie nie widzę. Bo jak nie będę w pełni sprawny, to co ja będę w życiu robił? Jako łowca będę miał problem. Do tej pracy muszę być jak najbardziej sprawny. Wampiry w końcu są szybsze i silniejsze, mają przewagę już na starcie, więc każdy mój mankament coraz bardziej zbliża mnie do śmierci. 
- W porządku? - spytał, wyczuwając mój nagły niepokój. 
- To się okaże – mruknąłem, dając mu się spokojnie opatrzyć. Teraz i tak nic nie mogę z tym zrobić. 
- Nie martw się. Twoje ciało dalej się goi. Daj mu czas – powiedział lekko, a mi nie zostało nic innego, jak tylko mu zaufać. - Gotowe. Możesz iść zjeść. I nie zapomnij o Futerku. 
- Wiem, bo jak zapomnę i wrócę tu bez jedzenia, to ja zostanę jego obiadem – westchnąłem cicho, zakładając na swoje ciało koszulę. Tutaj mogłem chodzić bez niej, no ale jednak na dole lepiej, bym był ubrany. Jestem pewien, że Lidia nie miałaby nic przeciwko, no ale Serathion chyba by mnie rozszarpał. Albo ją. Albo nas obu? - Nie będę długo tam na dole siedział. Nie mam na to ochoty – dodałem, zapinając guziki. 
- To lepiej dla mnie. Ale naprawdę, nie musisz się spieszyć. Nie dla mnie. Nie wiem, czy kociak ma to samo zdanie – zerknął na kota, który miauknął cicho, wręcz z wyrzutem. 
- Ach, czyli już mnie nie chcesz? - spytałem, unosząc jedną brew. Oczywiście, nie mówiłem poważnie. Chciałem się z nim lekko podroczyć. - Nie jestem twoim podajnikiem świeżej krwi, to już sobie mogę siedzieć z dala od ciebie. 
- Dokładnie tak. Nie przydajesz mi się, to po co masz tu przy mnie być? - podjął rękawicę, ale jednocześnie delikatnie się uśmiechał. To go trochę zdradzało. Zresztą, i tak nie dyskutujemy „na poważnie”.
- Jak tak przedstawiasz sprawę, to w takim razie żegnam – odpowiedziałem z teatralną obrazą w głosie, kierując się ku wyjściu z pokoju. Coś lekkiego, jedzenie dla kota, dzban z wodą, i wracam. Po co mam tam dłużej siedzieć?

<Różyczko? C:>

Od Serathiona CD Eliana

 Nie miałem nic przeciwko temu, żeby poszedł przygotować sobie kąpiel. Ruch dobrze mu zrobi i dla zdrowia, i dla ciała, które na swój sposób na pewno tego potrzebowało.
Siedziałem w milczeniu na łóżku i obserwowałem go uważnie aż do samego końca. Patrzyłem, czy nic złego się nie dzieje, czy w razie potrzeby nie będzie mnie potrzebował. Każdy jego krok śledziłem z napięciem, gotów w każdej chwili wstać i podejść bliżej. Ale nie było takiej potrzeby. Radził sobie świetnie. Powoli, ostrożnie, lecz pewnie dotarł do drzwi i zniknął za nimi w łazience.
Z odgłosów, które po chwili stamtąd dobiegły, szumu wody, stuknięcia kurka o metal, wywnioskowałem, że nawet nalanie wody do balii nie sprawiło mu większego problemu. Uśmiechnąłem się pod nosem. Byłem z niego dumny.
A jednak po chwili wstałem. Nie dlatego, że sobie nie radził. Raczej dlatego, że chciałem tam być. W końcu to ja byłem zdrowy, silny a możliwość pomocy przy kąpieli jego poranionego ciała wydawała się czymś naturalnym… i w pewnym sensie intymnym.
Gdy wszedłem do łazienki, od razu na mnie spojrzał.
- Wiesz, że mogę sobie sam poradzić - Stwierdził spokojnie, choć w jego głosie pobrzmiewała nuta uporu.
Uśmiechnąłem się lekko.
- Oczywiście, że możesz. Ale jestem na tyle fantastycznym partnerem, że chcę ci pomóc zająć się twoim ciałem. Myślę, że powinieneś się cieszyć i być wdzięczny, zamiast jeszcze narzekać. - Podszedłem bliżej i zacząłem pomagać mu zdejmować ubrania. Robiłem to powoli, bardzo delikatnie, uważając, by przypadkiem nie zahaczyć o żadną z jego ran. Każdy materiał odsuwałem ostrożnie, jakby był czymś kruchym. Jego ubrania odłożyłem starannie w jedno miejsce.
- A po kąpieli zmienię ci bandaże, zanim pójdziesz coś zjeść - Dodałem ciszej.
Wchodził do balii powoli, ostrożnie zanurzając się w ciepłej wodzie. Pomogłem mu utrzymać równowagę, czując pod palcami napięcie jego mięśni. Gdy już usiadł, woda otuliła jego ciało, a para uniosła się w powietrzu, otulając nas miękką mgłą.
Myłem go spokojnie, skupiając się na każdym ruchu. Omijałem rany, przemywałem skórę wokół nich z największą delikatnością. Nie chciałem sprawić mu bólu ani naruszyć tego, co dopiero zaczynało się goić. Czułem odpowiedzialność i coś więcej. Troskę, która ściskała mnie w środku.
W końcu miałem mu pomóc, nie zaszkodzić.
Starannie zaopiekowałem się jego ciałem, dbając o to, by po kąpieli pachniało świeżo i czysto. Pomogłem mu się osuszyć, powoli, dokładnie, a potem podałem czyste, wygodne ubrania i pomogłem je założyć, uważając, by znów nie podrażnić żadnej z gojących się ran.
- Od razu lepiej pachniesz - Zauważyłem z lekkim, zadziornym uśmiechem, nachylając się nieco bliżej.
Spojrzał na mnie z uniesioną brwią.
- Ty też mógłbyś pachnieć różą, a nie lasem - Odparł, odgryzając się z nutą złośliwości.
Parsknąłem cicho śmiechem. Obserwowałem, jak powoli rusza w stronę pokoju i ostrożnie siada na łóżku, wciąż jeszcze trochę sztywny w ruchach. Gdy usiadł wygodnie, ja zgodnie z obietnicą zająłem się jego bandażami.
Ostrożnie odwinąłem stare opatrunki i wymieniłem je na świeże, czyste. Każdy ruch wykonywałem z uwagą, uważnie przyglądając się ranom. Z satysfakcją zauważyłem, że ładnie się zasklepiały, zaczerwienienie było mniejsze, a skóra zaczynała odzyskiwać swój naturalny kolor.
- Dobrze się goisz - Mruknąłem cicho, bardziej do siebie niż do niego.
Miałem w sobie coś na kształt ulgi. Każdy taki mały postęp sprawiał, że napięcie, które nosiłem w sobie od dni, powoli odpuszczało, a w tej chwili naprawdę tego potrzebowałem.

<Elianie? C:>

Od Eliana CD Serathiona

 Tym razem nie obudziłem się sam z siebie. Ktoś mi pomógł. A może raczej takie małe coś. Poczułem, jak Futerko zaczyna ugniatać moje policzki łapkami, wbijając pazury w moją skórę. Nie było to zbyt przyjemne, ale w porównaniu z bólem, który czułem do tej pory, nie było to nic złego. Otworzyłem oczy, rzucając kociakowi najbardziej zdegustowane spojrzenie. A on sobie po prostu miauknął, jakby mówił no, wstawaj, daj jeść. Ten kot jest naprawdę niemożliwy. I po co my go mamy...? No tak, bo Serathion się w nim zakochał. 
– Naprawdę, nie mogłeś poczekać jeszcze kilka chwil? – wymamrotałem, odsuwając go od siebie. 
– Najpierw próbował grzecznie, ale że się nie prosiłeś, spróbował drastycznych metod – odpowiedział Serathion, ewidentnie rozbawiony. 
– Dobrze, że ty tak nie robisz – wymamrotałem, powoli podnosząc się do siadu. Od razu zetknąłem na swój tors, ale tym razem żadnej krwi na bandażach nie było. To dobrze. Znak, że coś dobrego się w końcu z tymi ranami zaczyna dziać. I to jeszcze w końcu coś dobrego. 
– W sumie... A może kiedyś spróbuję? – stwierdził głupkowato, szczerząc kły. – Tylko zamiast pazurów wykorzystam kły. Co ty na to? Patrząc na twoje zamiłowania, powinno ci się podobać. 
– Wręcz o tym marzę – cicho westchnąłem, podnosząc się do siadu. Od razu też zerknąłem na godzinę, ale na moje szczęście było całkiem wcześnie. Dochodziła dziesiąta, a w ostatnich dniach mój zegar biologiczny trochę się rozregulował, i to głównie z jego powodu. On był bardziej aktywny w nocy, więc i ja musiałem trochę się przestawić, by jakkolwiek spędzać z nim czas. – Może się umyjemy? – zaproponowałem, odwracając głowę w jego stronie. Zdecydowanie powinien wziąć kąpiel, by na jego skórze znów osiadł różany zapach. Przez jego ostatnie wyjście strasznie osłabł. Stęskniłem się za nim. Nie mówiąc o tym, że i ja bym się umył. Co prawda, ostatnio niewiele robię, ale trochę tego brudu na skórze zostaje. 
– Chciałbym, ale nie możemy. Lepiej, by twoje rwby nie zostały zamoczone. Pomogę ci się delikatnie umyć. A jak zejdziesz na śniadanie, to wtedy może ja wezmę kąpiel – zastanowił się, a widząc moją niechętną minę, uśmiechnął się triumfalnie. – Jeszcze tego ciała nagiego nie zobaczysz. Najpierw się musisz wykurować. A później... później zobaczymy. 
– Słowa mnie mają tak zmotywować? Lepiej zadziałałoby twoje cudne ciało – mruknąłem, w końcu powoli się podnosząc. Najwyższa pora skończyć z tym leżeniem, ileż można. Po kąpieli jeszcze bym obejrzał te rany. Chciałbym zobaczyć, jak one wyglądają i się goją. I może też spróbować trochę popracować tą prawą dłonią...? Chyba już nic złego się stać z nią nie może. Co miało się podgoić, powinno być podgojone. Ileż można się wstrzymywać. – Pójdę przygotować kąpiel. Mam już dosyć tego siedzenia – dodałem, kierując się do łazienki. Jeszcze mnie trochę bolało, no ale wczoraj było gorzej, i to znacznie gorzej. Dzisiaj na pewno będę mógł zrobić więcej. 

<Różyczko? c:>

wtorek, 24 lutego 2026

Od Serathiona CD Eliana

 Byłem mu ogromnie wdzięczny za to, że chciał się dla mnie poświęcić. Nie musiał. Wystarczała sama świadomość, że był gotów to zrobić. Teraz musisz kupić się na sobie, musi odpocząć a gdy już będzie dobrze, będzie mógł robić to na co będzie miało ochotę.
Postanowiłem spróbować jeszcze raz, pobawić się w medytację, choć w moim przypadku brzmiało to niemal ironicznie. Może tym razem coś z tego wyjdzie. Może odnajdę w sobie choć namiastkę spokoju, który dla niego był tak naturalny. A on w tym czasie odetchnie, zregeneruje siły i szybciej dojdzie do siebie. Przynajmniej taką miałem nadzieję. Jego zdrowie było dla mnie ważniejsze niż cokolwiek innego.
Wydawało mi się, że kiedy znów zacznie czuć, prawdziwie i głęboko, wszystko wróci na swoje miejsce. Nie byłem jednak pewien, czy tak to działa u ludzi. Człowiekiem przecież nie byłem. Przez lata obserwowałem ich z bliska, poznawałem ich emocje, słabości i pragnienia, ale wciąż pozostawali dla mnie zagadką. Ich kruche ciała, ich sen, ich zmęczenie, to wszystko było mi obce i chyba takie już pozostanie....
Nie odpowiadając na jego słowa, zamknąłem oczy i pozwoliłem, by cisza mnie otuliła. Trwałem w bezruchu, skupiając się na własnym oddechu, choć nie potrzebowałem go tak jak on. Próbowałem się regenerować w jedyny sposób, jaki znałem, poprzez bezruch i koncentrację.
Wsłuchiwałem się w oddech Eliana, który z każdą chwilą stawał się płytszy i spokojniejszy. Zasnął. Jego serce biło miarowo, miękko, jak cichy zegar odmierzający czas, którego dla mnie nigdy nie miało zabraknąć. Mogłem trwać przy nim i cieszyć się jego spokojem, starając się nie myśleć. Niestety, to było najtrudniejsze.
Jako wampir nie znałem snu. Nie znałem tej słodkiej nieświadomości, w której ciało oddaje się odpoczynkowi, a umysł milknie. Nauka rozluźniania ciała była dla mnie walką z własną naturą. Medytacja nie przychodziła tak łatwo, jak mogłoby się wydawać. To, co dla mojego partnera było czymś instynktownym i prostym, dla mnie stawało się wyzwaniem.
Przez sto pięćdziesiąt lat radziłem sobie z dniami na różne sposoby, raz lepiej, raz gorzej. Za dnia przesiadywałem w zamku, przechadzając się pustymi korytarzami, zaglądając do komnat, jakbym wciąż czegoś szukał. Może sensu. Może zajęcia. Może zapomnienia. Czekałem na nadejście nocy, która była moim prawdziwym czasem.
Teraz jednak było inaczej. Teraz mogłem leżeć u boku ukochanej osoby i wsłuchiwać się w bicie jego serca. Ten dźwięk przynosił mi ukojenie, jakiego nie dawała żadna noc, żadne polowanie, żadna wieczność. W jego oddechu odnajdywałem spokój, którego tak bardzo potrzebowałem. I choć nie potrafiłem zasnąć, mogłem przynajmniej trwać czuwając, kochając, oddychając ciszą razem z nim.
I choć to ja pragnąłem, by mój partner wreszcie zasnął, gdy jego oddech wyrównał się, a powieki opadły w spokojnym śnie, poczułem, jak powoli zaczyna ogarniać mnie nuda. Cisza, która przed chwilą wydawała się błogosławieństwem, teraz stawała się zbyt gęsta.
Lubiłem, kiedy do mnie mówił. Kiedy jego głos wypełniał przestrzeń między nami, kiedy opowiadał o rzeczach zwyczajnych i zupełnie nieistotnych, a ja mogłem wsłuchiwać się w każdy ton. Lubiłem samą świadomość, że spędza ze mną czas, nawet jeśli była to tylko chwila, nawet jeśli milczeliśmy razem.
Teraz jednak musiałem być grzeczny. Spokojny. Nieruchomy.
Nie mogłem poruszyć nawet dłonią, nie mogłem zmienić ułożenia ciała, by przypadkiem nie wybudzić go ze snu. Każde, nawet najdrobniejsze drgnienie mogło zakłócić jego odpoczynek. A przecież to ja nalegałem, by się położył. To ja powtarzałem, że musi odzyskać siły.
Nie mogłem teraz narzekać i grzecznie czekać na jego przebudzenie się..

<Elianie? C:>

Od Eliana CD Serathiona

 No tak, sen, a już myślałem, że zapomniał o tym, że powinienem spać. Za jakieś dwie godziny ranek, tak więc czy mi się opłaca...? Zwłaszcza, że rano miałem zajść do Dony, albo Lidii, w zależności, która by tam była. Coś czułem jednak, że on mi nie odpuści. Zbyt bardzo się mną przejmował. To było kochane, ale wtedy nie zajmuje się sobą. A to już niedobrze. Powinien zająć się sobą. W tej chwili ma większy problem, niż ja. 
– Nie odpuścisz mi, co? – zapytałem, delikatnie przytulając go do siebie. Co jak co, ale musiałem uważać na moje rany, trochę mnie one jednak bolały. 
– Nie mogę. Zapominasz o sobie – powiedział, poprawiając delikatnie moje kosmyki z czoła. – A też powinieneś odpocząć. 
– Ze mną nie jest źle. Jak zauważyłeś, muszę tylko leżeć, i odpoczywać. Ty masz gorzej. Martwi mnie to, że nikogo nie znalazłeś dla siebie. Nie wiem, gdzie mógłbyś znaleźć dobrą krew... O tej godzinie nikt trzeźwy do domu nie wraca. Może łowcy, ale ich raczej chcemy unikać. Słyszałem lepszą krew mają szlachcie... Może by ci zasmakowała, nawet pomimo alkoholu? – zaproponowałem, chcąc mu jakoś pomóc w tym wszystkim. 
– Powinienem się rzucać na szlachciców? – spytał, delikatnie się krzywiąc. – Nie zwróci to niczyjej uwagi? 
– Podobnie jak zwłoki martwych zwierząt. Nie będziesz nikogo zabijać przecież. Trochę tylko się krwi napijesz, oczarujesz go, by nic nie pamiętał, i na kolejne dni będziesz miał spokój. Przemyśl to, bardzo proszę. A jak nie... cóż, jakoś wytrzymam. Zawsze możesz mnie ugryźć. Już się trochę podregenerowałem, jakoś to zdzierżę – powiedziałem cicho, przymykając oczy. 
– No już, od razu daj mi całą swoją krew. Nie gadaj głupot i idź już spać – polecił mi, delikatnie gładząc mój policzek. – A może powinienem zejść po coś przeciwbólowego? Dasz radę zasnąć? – zapytał, delikatnie mrużąc oczy. 
– Dam, dam... jak nie mam wyboru, to dam. Tylko bądź blisko – poprosiłem, wsuwając nos w jego włosy. Pachniały inaczej. Świeżym powietrzem, i lasem. Trochę to do niego nie pasowało. Już przywykłem to tego typowego dla niego zapachu róży... ale jakby się nad tym dłużej zastanowić, minęło trochę czasu, nim brał kąpiel. Skupił się na mnie, a o sobie ewidentnie zapomniał. 
– Oczywiście. Nie, żebym miał coś innego do roboty – odparł, tuląc się do mnie. 
– Miasta są przystosowane pod ludzi, nie pod wampiry. Raczej żadnych atrakcji tutaj o tych porach mieć nie będziesz. Gdyby udało ci się zapewnić jakąś ochronę przed słońcem – westchnąłem cicho. Festyny nie odbywały się tak często, i też większa ich część ma miejsce za dnia. Ciężko mu pokazać coś ciekawego, jeżeli większość takich atrakcji ma miejsce za dnia. 
– Jakoś sobie z tym faktem poradzę. A ty chyba miałeś iść spać, czyż nie? – przypomniał mi, na co tylko się uśmiechnąłem. Ze śmiechem jeszcze czasem się muszę wstrzymywać, bo mimo wszystko moje rany dają mi się wtedy trochę we znaki. 
– Już, już. Proszę mi tylko nie narzekać, że później ci się nudzi – dodałem, przymykając w końcu swoje oczy. Poświęcam mu uwagę, i jeszcze mi narzeka. Naprawdę niewdzięczne zachowanie z jego strony. 

<Różyczko? c:>

Od Mikleo CD Soreya

Westchnąłem cicho, gdy jego słowa w końcu do mnie dotarły. Mógł nas chronić, miał w sobie siłę, by to zrobić, ale przecież nie musiał. To nie był jego obowiązek. Przynajmniej nie teraz. Nie w tej chwili, gdy powinniśmy cieszyć się świętami, wspólnym czasem i spokojem, który tak rzadko nam się trafiał. Przez krótką chwilę świat mógł przestać istnieć, bez demonów, bez potworów, bez zagrożeń czających się w cieniu. Powinien być tu, ze swoją rodziną. Cieszyć się tą chwilą. Nie zamartwiać się tym, co mogłoby się stać, skoro teraz nie miało to najmniejszego znaczenia.
- Musisz wyglądać równie dobrze jak ja. Jesteś moim mężem i chcę, żebyś wyglądał olśniewająco - Zapewniłem z lekkim uśmiechem, wspinając się na palce, by musnąć jego miękkie usta krótkim, czułym pocałunkiem.
W jego spojrzeniu pojawiło się coś ciepłego, niemal rozbrajającego.
- Dobrze… ale pozwól, że zajmiemy się tym trochę później. Najpierw zadbam o moją piękną owieczkę. Może przygotuję ci kąpiel? - Zaproponował łagodnie. - A kiedy będziesz już czysty i pachnący, założysz swoje ładne ubrania, a ja zajmę się twoimi włosami. Upnę je najlepiej, jak tylko potrafię. - Pewnie bym się zgodził, bo jego troska zawsze miękczyła mi serce, ale było jeszcze za wcześnie. Świętowanie miało nadejść dopiero za jakiś czas, a ja nie chciałem ryzykować, że zniszczę starannie przygotowany strój.
- Bardzo podoba mi się twój pomysł - Przyznałem szczerze. - Ale może trochę później. Jeszcze nie zaczęliśmy świętować, a nie chcę pobrudzić ani pognieść ubrań. Włosy do tego czasu też mogłyby się rozpaść… Lepiej zostawić to na odpowiedni moment. Teraz po prostu umyję twarz i zęby, a resztą zajmiemy się później. - Uśmiechnąłem się do niego ciepło, sięgając po ręcznik i odkładając go starannie obok umywalki. Zająłem się codzienną higieną, czując na sobie jego spojrzenie spokojne, uważne, pełne cichej troski.
Mój mąż kiwnął głową i pochylił się, by złożyć delikatny pocałunek na moim czole.
- W takim razie później zajmę się twoimi włosami. A teraz pójdę nakarmić zwierzaki - Obiecał z łagodnym uśmiechem.
Chwilę później opuścił łazienkę, zostawiając mnie samego w ciszy przerywanej jedynie szumem wody.
Po umyciu twarzy, przeczesaniu włosów i przebraniu się w wygodne, domowe ubrania wyszedłem z łazienki i skierowałem się do kuchni, gotowy rozpocząć nowy dzień.
***
Przygotowania do drugiego dnia świąt minęły nam zaskakująco szybko. Nawet nie zauważyliśmy, kiedy wszystko znalazło się na stole, pachnące potrawy, starannie ułożone sztućce, świece rzucające ciepłe, złote światło na obrus.
Mój mąż, zgodnie z obietnicą, zajął się moimi włosami. Jego palce były pewne, a jednocześnie niezwykle delikatne. Starannie zaplótł je w piękny, gruby warkocz i upiął wysoko. Gdy skończył, spojrzałem w lustro, wyglądałem naprawdę dobrze. A może nawet lepiej niż dobrze. Uśmiechnąłem się lekko do swojego odbicia, czując przyjemne ciepło w piersi.
- Dlaczego stoją tu dwa dodatkowe talerze? - Dopytałem, a w tej samej chwili rozległo się ciche pukanie do drzwi.
Zaskoczony spojrzałem na męża, ale zanim zdążył odpowiedzieć, nasze dzieci z wyraźnym entuzjazmem ruszyły w stronę wejścia. W ich oczach błyszczało podekscytowanie, którego wcześniej nie dostrzegłem.
Po chwili wrócili, a razem z nimi dwie obce osoby.
- Chcielibyśmy wam przedstawić nasze połówki, które spędzą z nami święta - Oznajmiła Hana, ściskając dłoń przystojnego młodzieńca stojącego obok niej.
Chłopak zrobił krok do przodu, lekko speszony, ale uśmiechnięty.
- Dzień dobry, jestem Liam. To dla mamy mojej pięknej partnerki - Powiedział, wręczając mi bukiet ślicznych kwiatów.
Nie potrafiłem powstrzymać uśmiechu, który natychmiast pojawił się na moich ustach. 
- Dziękuję, to bardzo miłe z twojej strony - Odparłem z uśmiechem, przyjmując bukiet.
Dopiero po chwili dostrzegłem drugiego chłopaka, który stał nieco z tyłu, obok naszego syna. Wyglądał na odrobinę spiętego, ale w jego oczach czaiła się szczerość.
- Dzień dobry - Odezwał się cicho, splatając dłonie przed sobą.
- Mamo, tato… to mój chłopak, Leo - Powiedział Haru, ściskając jego rękę.
Na moment zapadła cisza.
Tego akurat się nie spodziewaliśmy.
Spojrzałem szybko na męża, w jego oczach dostrzegając identyczne zaskoczenie. 
- Bardzo miło nam was poznać. Naprawdę. Proszę, zajmijcie miejsca przy stole. Zaraz zaczniemy świętować. - Młodzież z wyraźną ulgą ruszyła do jadalni. Gdy tylko znaleźli się poza zasięgiem słuchu, delikatnie chwyciłem mojego męża za rękaw, zatrzymując go w miejscu. Już widziałem po jego minie, że cisnęło mu się na usta kilka komentarzy.
- Bardzo cię proszę. Nie mów teraz nic. Masz się zachowywać… i nie przynieść nam wstydu - Szepnąłem stanowczo, nie chcąc aby powiedział lub zrobił coś, za co dzieci go znienawidzą.

<Pasterzyku? C:> 

Od Haru CD Daisuke

 Lęk mojego męża był czymś zupełnie naturalnym. Miał prawo się bać, nasze dzieci były jeszcze takie malutkie, kruche, delikatne. Wystarczyłby jeden nieostrożny ruch, by niechcący zrobić im krzywdę. Rozumiałem jego obawy. Nigdy wcześniej nie miał bliskiego kontaktu z niemowlętami, nie wiedział, jak je trzymać, jak podtrzymywać ich maleńkie główki.
Ale wiedziałem też, że nic złego się nie stanie. Byłem obok. Pokażę mu wszystko, jak ułożyć ręce, jak przytrzymać plecki, jak delikatnie przytulić, żeby maluchy czuły się bezpieczne. A przede wszystkim, żeby on sam poczuł się pewniej.
- Skarbie, nie martw się - Powiedziałem łagodnie, uśmiechając się do niego ciepło. - Po prostu połóż się wygodnie. Ja podam ci maluchy. Muszą w końcu lepiej poznać mamę. Poza tym dzieci najbardziej potrzebują teraz twojej bliskości. Na pewno czują, że jesteś obok. Potrzebują cię. - Spojrzał na mnie z wahaniem, w jego oczach wciąż czaił się niepokój.
- Jesteś pewien, że to dobry pomysł? A co jeśli zrobię im krzywdę? - Zapytał ciszej, choć jednocześnie powoli układał się wygodniej na łóżku, jakby już chciał spróbować.
Podszedłem bliżej i usiadłem przy nim.
- Nie martw się. Cały czas tu jestem - Zapewniłem spokojnie. - Jeśli tylko poczujesz, że coś jest nie tak, od razu pomogę. - Ostrożnie podałem mu jedno z dzieci, pomagając ułożyć jego ręce tak, by pewnie podtrzymywał maleńkie ciałko. Potem drugie. Patrzyłem, jak jego napięcie powoli ustępuje miejsca wzruszeniu. Jak pochyla się nad nimi z niedowierzaniem i delikatnością, jakiej sam się po sobie nie spodziewał.
W tej chwili zobaczyłem w jego oczach coś więcej niż strach, zobaczyłem miłość.
Wreszcie mógł przywitać się z naszymi maluchami tak, jak na pewno o tym marzył, bo choć może się bać, jestem pewien że nie mógł doczekać się tej chwili. 
Przytulić je, spojrzeć im w oczy, poczuć ich ciepło i ciężar w ramionach. Poczuć się naprawdę rodzicem.
Mój panicz, gdy tylko wziął w ramiona swoje pociechy, przytulił je do siebie tak ostrożnie, jakby bał się, że znikną, jeśli uścisk będzie zbyt mocny lub zbyt łagodny. W jego oczach pojawiły się łzy, nie ze smutku, lecz z czystej, przejmującej radości.
Drżał. Cieszył się, choć strach wciąż czaił się gdzieś pod powierzchnią. Bał się odpowiedzialności, bał się, czy podoła. Ale to już nie miało znaczenia. Najważniejsze było to, że się przełamał. Że w końcu trzymał nasze maluchy w ramionach.
Patrzyłem na niego z mieszaniną dumy i wzruszenia, czując, jak coś ściska mnie w gardle. Ten widok był piękniejszy niż wszystko, co mogłem sobie wyobrazić.
- I jak się czujesz jako świeżo upieczona mama? - Zapytałem cicho, z uśmiechem, spoglądając na maleństwa, a potem na ich piękną, rozpromienioną mamę.
Moje palce delikatnie przesunęły się po drobnej rączce jednego z dzieci, a serce zabiło mi szybciej. Byli tacy mali. Tacy bezbronni. A jednocześnie już teraz byli całym naszym światem i będą szczęściem każdego dnia.

<Paniczu? C:>

Od Serathiona CD Eliana

 Mimowolny uśmiech pojawił się na mojej twarzy, gdy jego słowa w końcu do mnie dotarły. Oczywiście, że lubiłem jego głos, chyba nawet bardziej, niż mógłby sobie wyobrażać. Był dla mnie czymś znajomym, kojącym. Jednak w tej chwili nie miałem ani nastroju, ani ochoty na rozmowy.
Dieta oparta na zwierzęcej krwi nie nasycała tak, jakbym tego chciał. Zaspokajała głód tylko powierzchownie, pozostawiając gdzieś pod skórą tępy, drażniący niedosyt. Ale jeszcze trochę. Może jutro uda mi się znaleźć coś… lepszego.
- Lubię. Ale nie wtedy, kiedy gadasz głupoty - Stwierdziłem spokojnie, patrząc mu prosto w oczy, gdy tylko ułożył głowę na poduszce obok mnie.
Elian prychnął cicho i bez pytania przyciągnął mnie bliżej, jakby to było najnaturalniejsze na świecie.
- Ja nigdy nie mówię głupot - Odparł z udawaną powagą. Posłał mi spojrzenie, które chyba miało mnie przestraszyć albo przynajmniej zmusić do wycofania się z tych słów.
Na próżno.
- Oczywiście - Westchnąłem, przypominając sobie coś nagle. - A, zapomniałbym. James żyje. Nie znalazł Dravena. I nie wyglądało, jakby dalej go szukał. Jakaś panna zaczęła się wokół niego kręcić i… cóż, chyba zapomniał o swoim wielkim celu. - Wiedziałem, że ta informacja przypadnie mu do gustu. Przejmował się tym chłopakiem bardziej, niż chciał przyznać. Teraz przynajmniej przez jakiś czas nie będzie musiał. O ile James znów nie postanowi zapolować na wampira.
- No tak. Ładna panna zakręciła się wokół niego i już zapomniał, co miał robić. Skąd ja to znam? - Uśmiechnął się głupkowato.
Pochylił się i musnął moje czoło ustami. W tym geście było więcej znaczeń, niż pozwalał pokazać jego ton. A ja aż za dobrze potrafiłem czytać między wierszami.
- Nie mam pojęcia, naprawdę. Powinien skupić się na pracy, a nie… ciągle myśleć tylko o jednym - Odparłem z zadziornym uśmiechem.
Doskonale rozumiałem, co mój partner miał na myśli, dlatego tak chętnie podejmowałem tę grę. Lubiłem te nasze słowne przepychanki. Były jak oddech między cięższymi chwilami, pozwalały na moment zapomnieć o obowiązkach, o głodzie, o całym świecie poza tym łóżkiem i nami.
Czasem dobrze było po prostu się pośmiać. Rozluźnić. Nie przejmować się niczym.
- Wygląda więc na to, że możesz być o niego spokojny - Dodałem ciszej. - Nie musisz się martwić. Możesz teraz skupić się na sobie… albo na mnie. Jak wolisz. - Uniosłem brew znacząco. - Ja nigdy nie gardzę twoją uwagą. - Zbliżyłem się powoli, dając mu czas na reakcję, jakby to był wybór, choć obaj wiedzieliśmy, że żadne z nas nie zamierza się wycofać. Moje usta musnęły jego w delikatnym, krótkim pocałunku, który znaczył więcej niż tysiące słów. 
Elian spojrzał na mnie, gdy tylko oderwałem się od jego ust. Jego dłoń powoli powędrowała na mój policzek, ciepła i pewna, jakby chciał mnie zatrzymać przy sobie jeszcze na moment.
- Na twojej pięknej osobie zawsze skupię tyle uwagi, ile tylko będę w stanie - Wyszeptał, muskając moje usta z ledwie dostrzegalnym uśmiechem.
Przez chwilę pozwoliłem sobie po prostu w tym trwać. W jego bliskości, w jego dotyku. Jednak troska była silniejsza niż pokusa.
- A nie powinieneś skupić uwagi na śnie? - Zapytałem ciszej, opierając czoło o jego. - Musisz się regenerować. A żeby odzyskać siły… powinieneś odpocząć. - Nie mówiłem tego z przekory ani z potrzeby kontrolowania go. Nie chciałem mieć nad nim władzy. Martwiłem się. Szczerze. Widziałem zmęczenie, które próbował ukryć pod żartem i pewnością siebie.
Chciałem, żeby był silny. Zdrowy. Bezpieczny. Bo tylko, ma dla mnie jakiekolwiek znaczenie.

<Elianie? C:>

Od Eliana CD Serathiona

 Delikatnie zmarszczyłem brwi na jego słowa. Czy my mieliśmy jakąś umowę? Nie przypominam sobie. Znaczy, owszem, kazał mi iść spać, ale nie chciałem. Dzisiaj już wystarczająco dużo dnia przespałem, i zaraz znów mam iść spać, no ileż można. Co prawda, nic pożytecznego nie zrobiłem, ale też nic sobie nie nadwyrężyłem. Mogę więc uznać to za sukces. 
– Nie pamiętam sobie, byśmy mieli jakąś umowę. To ty coś sobie stwierdziłeś, ja nic nie potwierdzałem – odpowiedziałem spokojnie, głaszcząc rozwalonego na kołdrze Futerko. Wyjątkowo miał dyspensę na spanie w łóżku, bo byłem sam. Niech jednak nie myśli sobie, że zawsze będę mu na to pozwalał. 
– Najlepiej, zgonić na mnie – pokręcił z niedowierzaniem głową, ściągając płaszcz. Od razu przyjrzałem mu się z uwagą. W nikłym świetle kominka zauważyłem, że oczy, chociaż jaśniejsze, dalej były trochę matowe. Albo nie pojadł sobie wystarczająco dobrze, albo nie znalazł nikogo dobrego i skupił się na zwierzęcej krwi. To niedobrze. Za dwa, góra trzy dni znów będzie w takim samym stanie. I znów będzie musi wyruszyć na łowy. Niedobrze. Jeżeli żaden drapieżnik nie pozbędzie się trucheł, myśliwych może zainteresować duża ilość martwych zwierząt bez absolutnie żadnej krwi. Jeśli się im przyjrzą, jakoś je zbadają. To też będziemy musieli mieć na uwadze. 
– Jak łowy? – spytałem spokojnie mimo, że znałem odpowiedź. Chciałem trochę pociągnąć rozmowę, odroczyć moje pójście spać, do którego zapewne dojdzie, kiedy tylko położy się obok i każe mi przyłożyć głowę do poduszki. Ostatnio nic, tylko spałem. Nic dziwnego, że może się przy mnie nudzić. I jeszcze do tego ten głód... muszę pamiętać, by być przy nim delikatny, i to znacznie bardziej delikatny niż zwykle, jeśli nie chcę posmakować jego gniewu, lub po prostu nie sprawić mu przykrości. 
– Owocne – powiedział krótko, nie rozszerzając swojej wypowiedzi. To mnie zmartwiło. Owocne... czyli musiał przerzucić się na zwierzęta. – Ale nie wśród ludzi. Wszyscy śmierdzieli. 
– No tak, posmakowałeś mojej wspaniałej krwi to nagle ci wszystko śmierdzi? – spytałem, lekko rozbawiony. 
– Zawsze miałem wysublimowane podniebienie – fuknął, zadzierając wysoko swój nosek. 
– Owszem. A Durandowie, których zabiłeś, na pewno mieli tak wspaniałą krew, jak ja – uśmiechnąłem się gorzko. Niemalże co drugi łowca, jakiego miałem nieprzyjemność spotkać, często pijał gorzałkę. Albo palił to dziwne, suszone ziele, co nie pachniało, a okropnie śmierdziało. I jeszcze było niebotycznie drogie, bo sprowadzane zza morza. Absolutnie niepraktyczna rzecz, a jakimś cudem strasznie uzależnia. 
– Cóż... to było coś innego – powiedział, spuszczając. – I nie śmierdzieli tak bardzo jak ci wszyscy menele, których mijałem. 
– Cud, że w ogóle ich mijałeś. Alkohol i niskie temperatury to paskudne połączenie. Kostucha tej zimy będzie trochę roboty miała – odparłem, wyciągając ramię, by Serathion mógł się wtulić w moje ciało, co zresztą uczynił, tylko bardzo ostrożnie, by nie sprawić mi żadnego bólu. 
– Jakoś mi ich nie żal – mruknął, zerkając na mnie kątem oka. – Połóż się już. Jak jesteś zmęczony, gadasz strasznie głupoty. 
– A ja myślałem, że lubisz mój głos – westchnąłem cicho, udając trochę niepocieszonego i może tak odrobinkę przybitego.

<Różyczko? c:>

poniedziałek, 23 lutego 2026

Od Serathiona CD Eliana

 Wyruszyłem na polowanie spokojnie, bez większego pośpiechu. Noc była jeszcze młoda, a ja miałem czas, choć głód powoli zaczynał przypominać o sobie cichym, drażniącym pulsowaniem w gardle. Musiałem w końcu odnaleźć człowieka, którego krew naprawdę mnie zachęci. Kogoś, czyj zapach byłby czysty, zdrowy, kuszący.
To jednak mogło okazać się trudne. O tej godzinie ulice należały głównie do pijaków i zagubionych dusz. W powietrzu unosił się ciężki odór alkoholu, potu i tanich papierosów. Ich krew była skażona, przesiąknięta używkami, słaba, gorzka. Nie tego potrzebowałem.
Mijałem kolejnych ludzi. Jedni lepsi, inni gorsi, ale żaden nie przyciągnął mnie na tyle, bym poczuł to znajome ukłucie pragnienia. Nikt nie pachniał zdrowiem. Nikt nie sprawił, bym zapragnął zbliżyć się na tyle, by usłyszeć przyspieszone bicie serca pod cienką warstwą skóry.
Westchnąłem cicho, czując narastającą frustrację. Może powinienem był zostać w pokoju z Elianem. Może głód byłby dotkliwy, ale przynajmniej nie błąkałbym się teraz samotnie po mieście, jak wygłodniałe, dzikie zwierzę, kierowane jedynie instynktem.
A jednak coś we mnie nie pozwalało wrócić. Głód to jedno. Samotność, drugie.
Niestety nie znalazłem żadnego człowieka, którego krew naprawdę by mnie przyciągnęła. Żaden z przechodniów nie wydawał się godny, by skosztować jego krwi.
Za to natrafiłem na Jamesa. Nie wyglądał, jakby wciąż szukał Dravena. Czyżby się poddał? A może w końcu zrozumiał, że nie ma najmniejszych szans w starciu z tak potężnym wampirem? Nie mogłem być pewien.
Pewne było tylko to, że Elian poczuje ulgę, gdy się dowie, że James jest cały i zdrowy. Mimo swojej ostrożności, Elian przejął się tym mężczyzną, nawet jeśli nie musiał. To było w nim ciekawe. Łowca który rzadko pozwalał sobie na emocje, jednak nie potrafił całkowicie obojętnie przejść obok czyjegoś losu.
Patrzyłem na Jamesa, zastanawiając się, co nim kierowało. Strach? Rezygnacja? A może zwyczajna świadomość własnej słabości? Nie było to ważne, to nie moja sprawa, nie mój problem, niech robi co chce gdyby nie Elian, nawet nie zwróciłbym na niego uwagi.
Nie pokazywałem się mu na oczy, ruszając swoją własną drogą. Ostatecznie zdecydowałem się na pożywienie krwią zwierzęcia, nie dlatego, że pragnąłem jej smaku, lecz dlatego, że nie miałem innego wyboru. Żadna ludzka krew nie była odpowiednia. Nie teraz, nie o tej porze.
Może jutro uda mi się znaleźć kogoś, czystej i co najważniejsze zdrowej krwi. Tego nie wiedziałem. Na razie jednak musiałem zadowolić się tym, co było dostępne. Korzystać z krwi zwierząt, dopóki mój partner nie dojdzie do siebie i nie będę mógł ponownie ruszyć na polowanie w bardziej… odpowiednich warunkach.
Złapałem kilka zwierząt, którym musiałem odebrać życie, by móc wypić całą ich krew. Pozwoliło mi to przynajmniej na chwilę nie odczuwać bólu, nie czuć głodu, który potrafił być niezwykle męczący. Jak dobrze, że choć na krótką chwilę mogłem odetchnąć, poczuć ulgę i wreszcie wrócić do ukochanego.
Oczywiście, wszystko robiłem ostrożnie i cicho, tak aby nikt nie zwrócił na mnie najmniejszej uwagi. Nawet wracając do pokoju, zachowałem spokój i ciszę, myśląc, że Elian śpi. Przyznam, że byłem mocno zaskoczony, gdy zamiast tego zobaczyłem, że leży tam i czeka na mój powrót.
- A ty przypadkiem nie miałeś spać? - Zapytałem, przypominając sobie o naszej małej umowie.

<Elianie? C:>

Od Eliana CD Serathiona

 Nie przeszkadzało mi to, że zaraz sobie pójdzie. Jeśli tylko bym mógł, nakarmiłbym go sobą. Coś tak jednak czułem, że im mniej krwi w moim organizmie, tym wolniej się regenerują moje rany. To miałoby sens, mój organizm nie ma sił, by się regenerować. A muszę jak najszybciej wydobrzeć, by móc znów go karmić, i znaleźć Dravena, by następnie go pokonać. Jest zbyt wielkim zagrożeniem dla ludzi. No ale na razie o takich rzeczach mogę tylko pomarzyć. Nie jestem w stanie teraz wiele zrobić. Samo zejście na dół wymagało ode mnie mnóstwa energii, a przecież to była zwykła głupotka. Naprawdę byłem żałośnie słaby, ale pomimo tego, nie mogłem przecież pokazać, że coś mi jest. Zawsze musiałem być silny, nawet jak silny nie byłem. Tak samo jak on. Od tego zależało moje być, albo nie być. 
- Będę na ciebie grzecznie czekał. Uważaj na siebie, proszę – poprosiłem, chwytając jego dłoń, by ucałować jej wierzch. Nie chciałem się za bardzo do niego zbliżać. Wiedziałem, że moje świeże rany są dla niego zbyt nęcące. Oby po posiłku czuł się lepiej. Nie wiem, czy znajdzie o tej porze kogoś, kogo krew będzie tak dobra, jak moja... ale najważniejsze, by znalazł kogokolwiek, by ten głód trochę przygasić. A jak będzie bardzo źle, na popitkę skubnie trochę mojej. Troszeczkę. Na przepłukanie gardła. Nic złego się raczej ze mną stać nie powinno. 
- Zamiast czekać po prostu idź spać. Nie musisz się tak męczyć dla mnie – burknął, delikatnie się krzywiąc. 
- Jakbym dzisiaj wystarczająco długo nie spał – powiedziałem spokojnie, odsuwając się od niego. - Nie martw się, skup się polowaniu. Do zobaczenia później – dodałem, podchodząc do ściany, na której wisiały nasze płaszcze, a następnie zbliżyłem się do niego i narzuciłem jeden z nich na jego ramiona. Założyłem także na jego głowę kaptur, by nikt nie miał wobec niego żadnych podejrzeń. 
- Do zobaczenia – powiedział, jeszcze przez chwilę mi się przyglądając, jakby chciał coś pomyśleć. A później wyszedł.
Cicho westchnąłem, a następnie podszedłem do kominka, by dołożyć troszkę drewna do ognia. Co jak co, ale chciałem, by było mi tutaj ciepło. Przez to zaśnięcie przy otwartym oknie może zmarzłem trochę zbyt bardzo, a skoro jego nie będzie przez dłuższy czas, coś tak czułem, mogło być tutaj nieco cieplej niż zazwyczaj. 
Futerko miauknął cicho, wpatrując się w drzwi. No tak, jak Serathion ostatnim razem wychodził sam, to już po tych kilku minutach wrócił z jedzonkiem dla niego. I teraz nagle nie wraca. Jakie te zwierzaki są proste. 
- Teraz poszedł po jedzenie dla siebie – powiedziałem do niego, podchodząc do niego i biorąc go na ręce. - Ty zjadłeś, ja zjadłem, teraz on się musi posilić. Wróci wkrótce, nie musisz się tak martwić – mówiłem do niego spokojnie, kierując się z nim do łóżka, obok którego na szafce czekała na mnie już letnia herbata. Cóż, lepsze to niż nic. Jutro rano zejdę i poproszę o dzban wody, będzie akurat na cały dzień. Ostatnio piłem naprawdę mało, a to też niedobrze dla organizmu. Muszę o to zadbać... oby mi poszło lepiej, niż z ćwiczeniami, bo raptem parę dni i co? Już musiałem przerwać ze względu na moje rany. I tyle by było z moich cudownych postanowień. 

<Różyczko? C:>

Od Serathiona CD Eliana

Nie czułem się dziś najlepiej. Wszystko mnie drażniło, skrzypienie podłogi, przytłumione rozmowy w sali na dole, nawet własny oddech. Starałem się to ukryć, zachować pozory spokoju, ale z każdą minutą było coraz trudniej. Głód rozlewał się po mnie ciężko, lepko, osiadając na języku metalicznym posmakiem.
Chyba jednak będę musiał skorzystać z jego propozycji i zapolować. W przeciwnym razie zwariuję… a wtedy wystarczy jedno nieostrożne słowo wypowiedziane w złym momencie, żebym zrobił komuś krzywdę.
Postawiłem Futerko na podłodze i zerknąłem na zegarek. Godzina była idealna, ulice powinny być już wystarczająco puste. Elian odpocznie w łóżku, a ja wyjdę tylko na chwilę z gospody. To dobrze zrobi nam obu.
Mój partner wrócił po kilku minutach, zmęczony chyba samym chodzeniem. Każdy krok zdradzał jego osłabienie, choć uparcie próbował tego nie okazywać. Mój biedak… powinien leżeć, a nie snuć się po korytarzach.
- Położysz się? - Zapytałem, gdy tylko przekroczył próg.
Westchnął cicho i oparł się o framugę.
- Mam już dość leżenia, ale chyba nie mam wyboru. - Uniósł na mnie spojrzenie, zbyt przenikliwe jak na kogoś w takim stanie. - Ty za to powinieneś pójść zapolować. Widziałem, że jesteś coraz bardziej rozdrażniony. I głodny. Twoje oczy… nawet bez iluzji są ciemne. Nie ma w nich ani odrobiny blasku. - Oczywiście. On zawsze musiał być tak spostrzegawczy.
Powinien skupić się na sobie, na swoich ranach, na bólu, który próbował ignorować a nie na mnie. Ja sobie poradzę. Byłem tylko głodny. Jeszcze nie umierałem z pragnienia, jeszcze panowałem nad sobą. On natomiast… on znosił znacznie więcej, niż chciał przyznać.
- Och, dziękuję, że uświadamiasz mnie w głodzie, który czuję od kilku godzin - Mruknąłem, rzucając mu chłodne, krytyczne spojrzenie. - Jak dobrze, że cię mam. Bez ciebie pewnie nie wiedziałbym, że jestem głodny. A zapach twojej krwi wcale nie sprawia, że robię się coraz bardziej podirytowany. - Na jego ustach pojawił się cień uśmiechu, ten irytująco spokojny, który zwykle oznaczał, że ma rację.
- Mówiłem ci, żebyś poszedł coś zjeść - Odparł łagodnie, choć w jego głosie pobrzmiewała stanowczość. - Potrafisz być sprytnym wampirkiem. Więc zapoluj. Napij się krwi. A nie głodzisz się, a potem wyżywasz na mojej skromnej osobie. - Skromnej osobie?
Uniósłem brew, mierząc go spojrzeniem od stóp do głów. On i skromność… Choć musiałem przyznać, miał jej znacznie więcej niż ja.
Zrobiłem krok w jego stronę, zatrzymując się wystarczająco blisko, by wyraźnie poczuć zapach jego krwi pod bandażami. Głód szarpnął mną gwałtownie, jak napięta lina.
- Jeśli zaraz nie przestaniesz tak pachnieć… - Mruknąłem ciszej, bardziej do siebie niż do niego. - To rzeczywiście pójdę zapolować. Dla twojego bezpieczeństwa. - Wysyczałem, odczuwając ból nawet głowy, który irytował mnie z każdą sekundą coraz bardziej.
- Idź coś zjeść - Polecił cicho, ale stanowczo.
Chciałem odpowiedzieć „nie”. Naprawdę chciałem. Z czystej przekory. Z uporu. Z tej irracjonalnej potrzeby udowodnienia, że wciąż nad sobą panuję.
Ale nie potrafiłem.
Byłem zmęczony głodem, nie tym gwałtownym, który odbiera zmysły, lecz długim, wyczerpującym ssaniem pod skórą. Wysysał ze mnie cierpliwość, rozciągał nerwy do granic możliwości. A może łatwiej byłoby mi to znieść, gdyby nie zapach krwi unoszący się w powietrzu. Słodki. Ciepły. Drażniąco bliski.
Każdy jego ruch tylko go wzmacniał.
- Dobrze. Pójdę. - Westchnąłem cicho, odwracając wzrok. - Tylko przestań powtarzać w kółko to samo. Zrozumiałem za pierwszym razem, że mnie stąd wyganiasz. - Uniósł brew, a w jego spojrzeniu pojawiło się coś pomiędzy rozbawieniem a wyrzutem.
Oczywiście żartowałem. Doskonale wiedziałem, że mnie nie wygania. On nigdy by tego nie zrobił. Dbał o mnie w ten swój spokojny, uporczywy sposób, nawet wtedy, gdy sam ledwo stał na nogach. I byłem mu za to wdzięczny. Bardziej, niż kiedykolwiek bym przyznał.
Choć to nie znaczyło, że przestanę stawiać na swoim.

<Elianie? C:> 

Od Soreya CD Mikleo

 Zachowanie mojego męża było dla mnie wielkim zaskoczeniem. On się raczej tak nie zachowywał. Nie, kiedy wie, że nic z tego nie będzie. Owszem, zdarzało mu się mnie drażnić, ale w taki lekki sposób, nieco mojej podbrzusze, moją klatkę owszem, ale żeby tak bezwstydnie zabierać się za męczenie mojego przyjaciela? Oj, nieładnie z jego strony. Nie pozwoliłem sobie na pogrążenie w tej chwili. Chwyciłem jego nadgarstek, uniemożliwiając mu dalszy ruch. 
– Ktoś tu się mocno zagalopował, co? – rzuciłem, patrząc na jego odbicie w lustrze. Mimo, że starał się utrzymać neutralną minę, zdradzały go drgające kąciki ust. Mój mały cwaniak. 
– Co, miło ci tak teraz? – spytał, unosząc jedną brew. 
– No właśnie miło. Zbyt miło – powiedziałem, wyjmując jego dłoń z moich spodni. To wszystko było bardzo przyjemne, owszem, jednakże jeżeli pozwoliłbym mu na jeszcze chwilę takiego pieszczenia, mógłbym się nie powstrzymać. A na to nie możemy sobie pozwolić. Trzeba być przecież grzecznym w święta, tak? Bo ten cały Mikołaj nie przyjdzie. Chociaż, do nas już chyba przyszedł, skoro dostaliśmy prezenty... no, ale nie chcę gorszyć dzieciaków. Już tak czasem krzywią się, kiedy się po prostu grzecznie całujemy. Z seksem się mogę wstrzymywać, ale nie z pocałunkami. 
– Właśnie. Już wiesz, co ja czułem – odpowiedział. A więc zemsta... Bardzo niesprawiedliwa zemsta. Jak ja go drażniłem, nie robiłem tego tak bezpośrednio. A to, że jego ciało reagowało bardziej niż moje... cóż, nie moja wina, że jest takie wrażliwe. Czasem po prostu się do niego przytulam, a on już drży. I co ja mam z nim zrobić, nie przytulać się? Bez tego bym nie przeżył. 
– Nie zgadzam się. Patrząc na to, jak wrażliwy jesteś, czułeś to znacznie mocniej – powiedziałem rozbawiony, całując go delikatnie w policzek. – Ale za to drażnienie czeka cię kara. W odpowiednim momencie – dodałem, odwracając się w jego stronę i chwytając jego podbródek. Niech wie, że ja nie zapominam, nawet takich drobnych rzeczy. 
– Ojej, jaki z ciebie straszny demon – odpowiedział, udając przejętego. – Chyba będę drżał w strachu przed tym dniem. 
– I dobrze. Jestem w końcu wielkim złym demonem. Musisz się mnie bać – poleciłem mu, w końcu się odsuwając od niego. – No już, skarbie. Pora się umyć, tak? Musisz się pięknie prezentować, chociaż ty. 
– Chociaż ja? A ty to co? – spytał, marszcząc brwi. 
– A ja jestem tu tylko od chronienia cię, a nie od ładnego wyglądania – powiedziałem zgodnie z prawdą. Jestem od tego, by nikt ich nie tknął, by żaden demon się tutaj nie zbliżył. A do tego nie trzeba ładnie wyglądać. – Poza tym, z chęcią cię dzisiaj uczeszę. Tym razem zrobię coś innego z twoimi włosami... na co miałbyś ochotę? – spytałem, całkowicie zmieniając temat. Musiałem zapomnieć o jego dłoni na moim przyjacielu. Najwyższa pora skupić swoje myśli na czymś innym. Gdyby tylko dzieciaki wyszły na jeden dzień... albo chociaż na parę godzin, już ja bym mu pokazał. 

<Owieczko? c;>

Od Daisuke CD Haru

 W końcu, powoli, przez ciemność, w której byłem zanurzony, docierały do mnie bodźce. Przede wszystkim ból, moje podbrzusze i plecy promieniowały bólem, przez który miałem ochotę krzyczeć, ale moje gardło, usta, były strasznie suche, jakbym nie pił wieki. Otworzyłem niemrawo oczy i zaraz je zamknąłem. Słońce wpadające do pomieszczenia było trochę zbyt jaskrawe. Po chwili podjąłem jeszcze jedną próbę, mocno je mrużąc. Był ranek, późny ranek. A kiedy ostatnim razem byłem przytomny... sam nie wiem. Pamiętam ból. Mnóstwo bólu. I krwi. I dzieci. 
Dzieci. 
Spojrzałem na dół, na mój brzuch, który był jakiś taki... mały. Płaski. Rozejrzałem się dookoła, szukając znaku jakiegokolwiek życia. Byłem sam. Ani śladu kotów, Haru, medyka, kołysek... Oblał mnie zimny pot. Kompletnie nie pamiętałem, czy krzyczały. A jak tego nie pamiętałem, bo to się nie wydarzyło? Musiałem teraz pogadać z kimś... Z kimkolwiek. Musiałem się dowiedzieć, co się stało z moimi dziećmi. 
Podniosłem się z łóżka bardzo szybko, chcąc skierować się od razu do drzwi. Moje nogi były jednak jakby takie zrobione z waty i zaraz się krzyknąłem cicho z bólu. Jakbym w brzuchu miał jakieś odłamki szkła... To tak powinno być? Podpierając się o łóżko powoli próbowałem jakoś się podnieść, co nie było takie proste. Moje ręce, całe ciało się trzęsło. Byłem strasznie słaby, co odczułem właśnie w tej chwili. 
Po krótkim czasie usłyszałem czyjeś kroki na korytarzu i niedługo po tym do pokoju wpadł Haru. 
– Obudziłeś się... już ci pomagam – usłyszałem jego głos pełen ulgi. – Wszystko w porządku? Spadłeś? Boli cię coś? 
– Dzieci... co z nimi? – zignorowałem wszystkie jego pytania. To, jak ja się czułem, nie miało najmniejszego znaczenia. 
– Wszystko z nimi w porządku. Były głodne, służba je nakarmiła, i jak czujesz się na siłach, mogę ci je przynieść – powiedział łagodnie, poprawiając moje włosy. – Chyba, że wolisz najpierw się czegoś napić, coś zjeść... 
– Muszę je zobaczyć – zdecydowałem od razu. Może i mówił, że wszystko z nimi w porządku, ale musiałem je zobaczyć na własne oczy. Może nie brałbym ich na ręce, bo jeszcze zrobiłbym im krzywdę... ale musiałem je zobaczyć. Tylko wtedy będę spokojny. 
– W porządku. Poczekaj na nas chwilę, nie ruszaj się z łóżka – poprosił i kiedy upewnił się, że siedzę pewnie, zniknął z pokoju. Nerwowo zagryzłem wargę... nic o nich nie wiem. Wiem tylko, że wszystko jest w porządku, ale nawet nie zapytałem, jakiej są płci. Albo jak je nazwał. Chociaż, czy beze mnie by nadał im imię? Owszem, mieliśmy wybrane, ale to w przypadku jednego dziecka. A jak urodziła się dwójka chłopców? Albo dwie dziewczynki? Musimy wtedy szybko wymyślić to drugie imię... 
– Jesteśmy – usłyszałem w końcu głos mojego męża. Haru do mnie wrócił, niosąc na rękach dwójkę naszych dzieci. Jak on sobie z nimi daje radę...? Ja już wiem, że teraz nie dam rady z jednym z nich. – Chłopiec i dziewczynka. Pomimo tego, że urodzone przedwcześnie, medyk nie dostrzegł żadnych nieprawidłowości. Połóż się wygodnie, weźmiesz je w ramiona. Musisz to nadrobić. 
– Co? Nie... Nie dam rady. Jeszcze je upuszczę. W twoich ramionach są bezpieczniejsze – powiedziałem, mimowolnie wyciągając głowę, by móc ujrzeć te drobne twarzyczki. Chciałem je przytulić do siebie, ale czułem, że to będzie dla nich zbyt niebezpieczne. W końcu, mógłbym je źle chwycić, albo upuścić, albo... sam nie wiem, na pewno coś by się znalazło. 

<Piesku? c:>

Od Eliana CD Serathiona

 Serathion tego wieczoru był bardzo wrażliwy, a ja nie wiedziałem, czemu. Trochę mnie to martwiło. Zazwyczaj łatwiej udawało mi się wywołać uśmiech. A może drażnił go ciągły zapach krwi? Bądź co bądź, dalej te moje rany się zasklepiają, w szybszym lub wolniejszym tempie. A kiedy jesteś głodny i czujesz jedzenie, którego nie możesz zjeść, możesz być drażliwy. A on mi później powie, że wcale nie jest głodny... i co ja z nim mam? Do jedzenia go przecież nie jestem w stanie zmusić. Nie, żebym miał czym. Mojej krwi nie tknie, bo przecież muszę się regenerować. Innej też nie, bo to niebezpieczne. Katuje sam siebie... za co? Po co? Nie rozumiem tego. 
– Możemy iść. I tak nie jestem głodny. Wybierałem jedynie mięso dla Futerko, a jemu chyba już starczy – powiedziałem spokojnie, odsuwając od siebie talerz. Coś tam skubnąłem, ale naprawdę niewiele. W ogóle nie miałem ochoty jeść. – Odniosę talerz. Herbatę wypiję na górze – dodałem, z niechęcią odsuwając się od stolika. Dopiero co przyzwyczaiłem się do siedzenia przy nim, a już muszę się podnosić. Denerwują mnie te rany. Są naprawdę problematyczne. Nie dość, że muszę korzystać teraz głównie z lewej ręki, by nie nadwyrężać prawej, to jeszcze bolą mnie przy najmniejszym napięciu mięśni. 
– Może ja to zrobię? – zaproponował, na co pokręciłem głową. Wolałem go w pobliże Dony już nie dopuszczać. Wystarczająco jest na niego zła, wolałem więc sam przyjąć na siebie jej niezadowolenie niż niego do niej posyłać. 
– Ty weźmiesz Futerko i moją herbatę na górę. Niedługo się widzimy – poprosiłem, chwytając za talerz. 
Czułem, że mu się to nie podoba, ale on w tej chwili nie miał nic do gadania. Widziałem jeszcze kątem oka, jak niechętnie się zbiera i kieruje na schody, jakby koniecznie nie chciał mnie spuścić z oka. Zdecydowanie za bardzo przesadza, nic mi przecież nie było. Nie zasłabnę przecież, kiedy odnoszę talerz. 
– Ten chłopak cię wykańcza – to były pierwsze słowa, jakie usłyszałem, kiedy doszedłem do lady. – Jesteś blady, wychudzony, masz sińce pod oczami, mało jesz... zupełnie jak nie ty. 
– Trochę ostatnio krwi straciłem, to pewnie przez to – odpowiedziałem spokojnie, chociaż uwaga o nim trochę mnie zdenerwowała. W końcu, ten chłopak ma imię. I wybrałem sobie jego na mojego partnera. Powinna to zaakceptować. – Zimą każdy człowiek jest trochę słabszy, bledszy. Rany mi się zagoją i już będę czuł się lepiej. Nie martw się o mnie, wiem, co robię. Dziękuję za posiłek – powiedziałem, siląc się na lekki uśmiech. Nie miałem jej to za złe, chciała dla mnie najlepiej. Gdyby poznała prawdę, byłaby w sumie jeszcze bardziej przerażona. Musi jednak zrozumieć, że to życie jest moje. I przeżyję je sobie jak chcę. Albo raczej na ile pozwoli mi los. 
Wróciłem spokojnie do pokoju, po drodze obserwując towarzystwo. Nigdzie nie widziałem Jamesa. Dona też o nim nie wspominała. Nikt też nie wspominał o żadnych znalezionych zwłokach, więc... Wyglądało na to, że wszystko było z nim w porządku. Sobie wybrał naprawdę paskudny cel. 

<Różyczko? c:>

niedziela, 22 lutego 2026

Od Mikleo CD Soreya

Mimo że tak dobrze znałem te słowa wypowiadane z jego ust, za każdym razem moje serce reagowało tak samo. Przyspieszało, miękło, cieszyło się jak za pierwszym razem na dźwięk jego głosu.
- Też cię kocham - Wyszeptałem, czując, jak powoli odpływam do krainy snów, gdzie nikt ani nic nie było w stanie mnie zranić.
***
Na chwilę przebudziłem się, gdy Sorey położył się obok mnie, materac lekko ugiął się pod jego ciężarem. Przyciągnął mnie bliżej, jakby nawet przez sen nie potrafił znieść najmniejszego dystansu między nami, i złożył delikatny pocałunek na moim czole.
- Obudziłem cię? Przepraszam, nie chciałem - Wyszeptał cicho, poprawiając kołdrę, którą niechcący zsunął.
- Nic się nie stało - Mruknąłem sennie, wtulając się mocniej w jego ciepłe ciało. - Dobranoc… - Szepnąłem, zmęczony głosem.
- Dobranoc - Odpowiedział równie cicho.
I tyle pamiętałem, nim znów odpłynąłem.
***
Obudziłem się wczesnym rankiem. Światło dopiero zaczynało wślizgiwać się przez zasłony. Mój mąż jeszcze spał, jego oddech był równy i spokojny. Wiedząc, jak ma delikatny sen, próbowałem ostrożnie wysunąć się z jego objęć, chcąc pozwolić mu jeszcze chwilę odpocząć.
- Gdzie idziesz? - Usłyszałem zaspany, lekko zachrypnięty głos. Jego dłonie zacisnęły się mocniej na mojej talii.
- Chciałem wstać - Przyznałem cicho, choć w praktyce nie miałem najmniejszych szans się poruszyć. Trzymał mnie stanowczo, jakby bał się, że zniknę.
- Daj spokój. Dzieci jeszcze śpią. Jest wcześnie, nie ma powodu, żeby już wstawać - Mruknął, a jego dłoń powoli wsunęła się pod materiał mojej koszulki.
Zadrżałem, gdy jego palce zaczęły leniwie sunąć po mojej skórze, drażniąc wrażliwe miejsce na piersi.
- Sorey… - Wyszeptałem ostrzegawczo, zagryzając wargę, starając się nie wydać z siebie żadnego głośniejszego dźwięku.
- Tak mam na imię, owieczko - Odpowiedział cicho z rozbawieniem, muskając ustami mój płatek ucha.
- Nie rób… - Wydusiłem, choć moje ciało reagowało zupełnie inaczej niż słowa.
Jego dłonie poruszały się pewnie, jakby doskonale wiedziały, jak wywołać we mnie dreszcze. Każdy dotyk był powolny, celowy, aż oddech zaczął mi się rwać.
Sorey uśmiechnął się zadziornie i jeszcze przez chwilę przeciągał tę słodką torturę… po czym nagle odsunął się, zostawiając mnie rozpalonego i zdezorientowanego.
- Masz rację. Pora wstać - Stwierdził niewinnie, podnosząc się z łóżka.
- Jesteś okrutny - Mruknąłem, siadając i przeczesując dłonią włosy.
- Wiem. W końcu jestem demonem - Zaśmiał się cicho, składając krótki pocałunek na moim czole. - Za dwa dni, gdy dzieci pójdą do szkoły… dobrze się tobą zajmę. - W jego głosie brzmiała obietnica.
Westchnąłem ciężko i opadłem z powrotem na poduszkę. Musiałem się uspokoić. Kilka głębokich wdechów, powolnych wydechów… przekonać ciało, że to jeszcze nie ten moment.
A on doskonale wiedział, co robi.
Gdy Sorey zniknął w łazience, a drzwi zamknęły się za nim cicho, podniosłem się z łóżka. Przeciągnąłem się powoli, czując, jak mięśnie przyjemnie się napinają, starając się jednocześnie nie skupiać na cieple które wciąż pulsowało w podbrzuszu.
Nie zamierzałem jednak tak tego zostawić.
Podążyłem za nim do łazienki. Oparłem się przez chwilę o framugę drzwi, obserwując, jak pochyla się nad umywalką. Krople wody spływały po jego twarzy, włosy miał jeszcze lekko potargane snem. Wyglądał spokojnie.
Podszedłem bliżej. Stanąłem tuż za nim i bez słowa wsunąłem dłoń pod materiał jego spodni, drażniąc go bezczelnie, dokładnie tak, jak on przed chwilą drażnił mnie w łóżku. Moje palce poruszały się pewnie, niespiesznie, jakbym testował jego cierpliwość, w końcu i on zrobił mi to samo, a ja tylko się mu odwdzięczam.

<Pasterzyku? C:> 

Od Haru CD Daisuke

Szczerze mówiąc, nie wiedziałem, co mam zrobić. Chciałem pomóc mojemu paniczowi, zabrać od niego cały ból i cierpienie, które w tej chwili rozdzierało jego ciało. Oddałbym wszystko, by móc przejąć ten ciężar na siebie. Chciałem pomóc jakkolwiek, zrobić cokolwiek, ale nie mogłem. Byłem bezradny. 
Sam poród jest czymś przerażającym, lecz cesarskie cięcie wykonywane bez znieczulenia… to było jak koszmar, z którego nie można się obudzić. Wiedziałem jednak, że nie ma innego wyjścia. Jeśli medyk twierdził, że musimy działać natychmiast, że każda chwila zwłoki może kosztować ich życie, nie mogliśmy się wahać. Trzeba było zrobić wszystko, by ratować mojego panicza i nasze dzieci.
- Dasz radę, wierzę w ciebie, przeżyjesz i będziesz najlepszym rodzicem na świecie - Zapewniłem, mówiąc do niego, nim skupiłem się na medyku. - Proszę robić to, co konieczne… byleby tylko on to przeżył. Nie wybaczę panu, jeśli coś mu się stanie - Ostrzegłem drżącym głosem, nie mogąc znieść widoku bólu malującego się na twarzy Daisuke.
Serce pękało mi w piersi. Każdy jego oddech był jak cios wymierzony prosto we mnie. Nigdy wcześniej nie czułem się tak słaby, tak bezużyteczny.
- Uratujemy ich. Całą trójkę - Zapewnił medyk, chwytając ostrze.
Gdy przeciął skórę, krew spłynęła po jego ciele, a z gardła Daisuke wyrwał się przerażający krzyk, który na zawsze wypali się w mojej pamięci. Ten dźwięk prześladować mnie będzie do końca życia. Wszystko wyglądało tak strasznie, tak nieludzko. Choć narodziny dziecka to cud, chwila, w której na świat przychodzi nowe życie, cena, jaką musi zapłacić matka, jest okrutna. Nie chciałem, by kiedykolwiek jeszcze musiał przez to przechodzić.
Medyk działał sprawnie. Wyjął nasze maleństwa, które niemal natychmiast zaczęły głośno płakać, jakby oznajmiały światu swoje przybycie. Starannie zszył brzuch mojego panicza i zrobił wszystko, co w jego mocy, by go ustabilizować.
A jednak gdy Daisuke stracił przytomność, ogarnął mnie paraliżujący strach.
Nie potrafiłem cieszyć się z narodzin naszych dzieci. Nie wtedy, gdy on leżał bezwładnie, blady i nieruchomy. Maluchy zostały pod opieką babci wiedziałem, że zajmie się nimi lepiej, niż byłbym w stanie w tej chwili. Dla mnie liczył się tylko on.
- Co z nim? Wszystko w porządku? Obudzi się, prawda? - Pytałem, czując, jak głos mi się łamie.
Nie odrywałem od niego wzroku, jakby sama siła mojego spojrzenia mogła przywołać go z powrotem.
Medyk położył dłoń na moim ramieniu. Jego dotyk był pewny, spokojny zupełnie jakby próbował przekazać mi część swojego opanowania. Uśmiechnął się delikatnie.
- Nic mu nie będzie. Ból był tak silny, że organizm sam go odciął. To tylko omdlenie. Musi odpocząć i zregenerować siły. Został prawidłowo zszyty, rana jest czysta. Wezwę służbę, by zajęła się nim i dopilnowała wszystkiego. A pan, powinien teraz skupić się na dzieciach. Są zdrowe i piękne. Syn i córka. Teraz nie jest pan w stanie mu pomóc. On musi spać. A pan powinien przywitać się z nimi. - Jego słowa docierały do mnie powoli, jakby przebijały się przez gęstą mgłę strachu. Spojrzałem jeszcze raz na twarz mojego panicza bladą, nieruchomą, ale już spokojną. Oddychał równo. To było najważniejsze. Był bezpieczny. Medyk dobrze się nim zajmie. Wiedziałem to. Musiałem mu zaufać.
A ja… ja powinienem pójść do naszych dzieci, aby powitać je na świecie.

<Paniczu? C:> 

Od Serathiona CD Eliana

 Oczywiście wiedziałem, że przesadziłem z nerwami. Czułem to w sobie jeszcze zanim zdążyłem ochłonąć. Tylko co ja mogę poradzić na to, że nie lubię psów? To nie jest kwestia złośliwości czy uporu, to po prostu coś, co siedzi we mnie głębiej, silniej niż rozsądek.
- Przepraszam… - Powiedziałem ciszej, poprawiając nerwowo włosy. Zerknąłem kątem oka na ludzi przy stole. Pili, śmiali się głośno, ktoś krzyknął coś niezrozumiałego. Ich beztroska aż kłuła w oczy. - Ja po prostu nie chcę słyszeć o psie. Przynajmniej nie teraz. - On uniósł na mnie wzrok znad miski kota. Zwierzak jadł łapczywie, jakby przez tydzień nie miał nic w pysku.
- Czyli chcesz mi powiedzieć, że jeśli wrócę do tego tematu za jakiś czas… to będziesz bardziej skłonny powiedzieć tak? - Zapytał spokojnie, jakby badał grunt.
Westchnąłem ciężko. Czułem, jak narasta we mnie znajome napięcie.
- Proszę cię, nie drąż - Odpowiedziałem, starając się, by mój ton zabrzmiał łagodniej, niż się czułem. - Skup się na jedzeniu. Naprawdę nie mam teraz siły na tę rozmowę. - Przez chwilę milczał. Słychać było tylko stukot sztućców i odległy wybuch śmiechu z drugiego końca stołu.
- Jeszcze do tego wrócę - Powiedział w końcu cicho, niemal obojętnie.
Na szczęście znów skupił się na jedzeniu, a temat psa na razie zawisł w powietrzu, niewypowiedziany, ale wciąż obecny. I oby tak zostało. Bo nie chcę go tutaj. Nie teraz. A może w ogóle nigdy.
Przez resztę jego posiłku siedziałem w milczeniu, nie przeszkadzając mu ani słowem w jedzeniu ani w karmieniu kota. Udawałem, że jestem pochłonięty własnymi myślami, ale tak naprawdę przez cały czas czułem na sobie czyjś wzrok...Dona.
Nie musiałem nawet podnosić głowy, żeby wiedzieć, że mi się przygląda. Jej spojrzenie było ciężkie, oceniające, niemal namacalne. Czułem je na karku, na dłoniach, w każdym nerwowym ruchu.
Ona mnie nie znosiła. Byłem tego pewien.
Gdyby mogła, już dawno wyrzuciłaby mnie stąd bez chwili zawahania. Zrobiłaby to chłodno, bez podniesionego głosu, z tą swoją uprzejmą stanowczością, której nie sposób podważyć. Powstrzymywał ją tylko on. Mój partner.
Mimo wszystko bardzo go lubiła i szanowała. Za to, co dla niej kiedyś zrobił. I właśnie dlatego wciąż tu siedziałem. Nie jako ktoś mile widziany, ale jako ktoś tolerowany.
A to, wbrew pozorom, potrafi boleć bardziej niż otwarta wrogość.
I choć wciąż powtarzałem sobie, że wcale mnie to nie boli, gdzieś głęboko byłem już zmęczony jej zachowaniem. Zmęczony ciągłym udowadnianiem, że nie jestem potworem. Że nie jestem tym który chce go skrzywdzić 
Miałem dość bycia wrogiem. Tym najgorszym. Tym, którego obecność sama w sobie wydaje się obrazą. Jakbym istniał tylko po to, by kogoś skrzywdzić.
A przecież w rzeczywistości nigdy nie zrobiłbym Elianowi nic złego.
Jestem wampirem to prawda. Nie zaprzeczam temu. Moja natura nie jest ludzka, moje instynkty bywają mroczne, a głód potrafi być bezlitosny. Ale to nie znaczy, że jestem bestią bez wyboru. Nie znaczy, że muszę krzywdzić.
Nigdy nikogo nie skrzywdziłem bez powodu.
A jak dotąd… dopadłam tylko tych którzy odebrali mi rodzinę, tych którzy na to po prostu zasługiwali.
- Może wrócimy już do pokoju? Resztę zjadłbyś już tam co? - Zaproponowałem, chcąc uciec od spojrzeń której już mnie męczyły. 

<Elianie? C:>

Od Eliana CD Serathiona

 Nie zgadzałem się z nim. Wszystko da się przykupić. Tego jego mądrego kociaka, który to chodzi własnymi drogami i nie da się przekupić, przekupiłem jedzeniem, i ciepłem. Może faktycznie byłby o mnie zazdrosny... zwierzaki potrafią być absorbujące, i koty, i psy. Ale to nic. Na razie i tak na psa nie możemy sobie pozwolić. Znaczy się, na kota też nie mogliśmy, i takiego mamy, więc kto wie...? Na razie jednak nic tego zapowiada, i tym się będę kierował. Zwierzaki to dodatkowy kłopot, zobowiązanie. Wystarczy mi ten jeden kociak, i Serathion mi w zupełności wystarczają. To już i tak za dużo jak na mnie. Miałem sobie żyć bez żadnych zobowiązań, i co? Średnio mi to moje własne postanowienie wyszło. 
- Nie przypominam sobie, by tak wyglądało to, o co poprosiłem – mruknąłem, chwytając za sztućce. Musiałem oczyścić mięso z sosu i nadmiaru przypraw, by Futerku nic się nie stało. - Musi być naprawdę zdenerwowana. Jak ostatnim razem z nią rozmawiałem, była bardzo miła. Niesamowite, jak ją denerwujesz. 
- Tak już moja aura działa na ludzi – uśmiechnął się niewinnie, niespecjalnie zrażony. - Mogę pójść poprosić o zmianę. 
- Lepiej jej się nie pokazuj przez najbliższe kilka dni. Nie chciałbym, by nas wyrzuciła. Dźwiganie tych wszystkich tobołów w zimnie, i z tymi wszystkimi ranami jakoś mnie optymizmem nie napawa – poprosiłem, podając pierwszy kęs mięsa kociakowi, który od razu się na niego rzucił, jakby nie jadł wieczności. Też coś skubnę, żeby nie było, ale zrobię to tylko dlatego, by jedzenie się nie zmarnowało. Na pewno tego wszystkiego nie zjem, ale coś tam skubnę. 
- Nie wyrzuci cię. Nie w takim stanie – odpowiedział spokojnie, pewny siebie. - Ale ja bym cię wyrzucił, gdybyś przyprowadził jakiegoś głupiego psa do domu. 
- W porządku. Zatem przyprowadzę mądrego – powiedziałem rozbawiony, na co posłał mi lodowate spojrzenie. - No już, nie złość się. To było czysto hipotetyczne. W zupełności wystarczasz mi ty, i ten kot. Na więcej mnie nie stać – odparłem, skupiając się całkowicie na karmieniu kociaka. 
- Ja już znam te twoje hipotetyczne. Zanim się nie obejrzę, a już będziemy mieć kolejną, zaślinioną gębę do wykarmienia – burknął, nagle jakiś taki strasznie zły. 
- Jak już się tak bardzo śliny czepiasz, to Futerko też się ślini. Strasznie. Niejeden pies mógłby mu tego zazdrościć – zauważyłem, rzucając mu rozbawione spojrzenie. Ale on by mnie chyba teraz zjadł za to. - Naprawdę możesz być spokojny. Przyzwyczaiłem się do myśli, że posiadanie psa pozostanie tylko i wyłącznie moim dziecięcym marzeniem. 
- Nawet nie próbuj mnie brać na litość. 
- Nie biorę. Stwierdzam fakt. A ty już się przestań się tak burzyć. Zdecydowanie lepiej wyglądasz bez tego grymasu na buzi – dodałem, uśmiechając się do niego łagodnie. Jedno niewinne pytanie, a on już tak oburzony. To niepodobne do niego. 

<Różyczko? C:>