Trochę wątpiłem, by pomimo jego szczerych chęci pomógłby mi, gdyby przyszło co do czego. Po pierwsze, co mógłby robić w nocy? Poza oczywistym kurwieniem się, na co w życiu bym się nie zgodził i on chyba też nie, mógłby pomagać trochę w kuchni czy w gospodzie po godzinach. Posprzątać stoliki, wytrzeć wylane piwo, być może przygotować mięso na następny dzień... a ja już wiem, jak wyglądałoby jego sprzątanie. Nie cierpi tego robić, już nie mówiąc o tym, że trochę ciężko i topornie mu to idzie. Oczywiście mógłby jeszcze kogoś zaczarować, ale z tego też chciałbym zrezygnować. I w ten sposób zostaje mu... tak właściwie, nic. A przynajmniej nic, na co tak na szybko mógłbym teraz wymyślić.
– A pomagałbyś sprzątać gospodę po godzinach jej funkcjonowania? – zadałem proste pytanie i od razu zauważyłem, jak się zmieszał.
– No... wielkim fanem bym nie był... ale jeśli nie byłoby innej możliwości, i bardo byśmy potrzebowali pieniędzy, zniżyłbym się do poziomu sprzątaczki. Ale nikt miałby się o tym nie dowiedzieć – zastrzegł, na co tylko uniosłem brew.
– A kto miałby się dowiedzieć? – spytałem, marszcząc brwi. Im dalej na południe się zapuszczamy, tym mniejsze prawdopodobieństwo, że spotkamy kogoś, kto go zna. Jest ten jego nieprzyjemny kumpel, którego zamierzam zabić, kiedy się kolejny raz spotkamy. I jest jeszcze jego rodzina, dziadkowie i tak dalej, która to urzęduje w sumie nie wiem, gdzie. Tak więc, czego się on wstydzi? Jakiż on jest przedziwny.
– Ktokolwiek. Nie godzi się, by szlachcic się zniżał do takiego poziomu – odparł, jeszcze bardziej wprawiając mnie w stan osłupienia.
– Skarbie, nie obraź się, ale w tej chwili nie przypominasz jakiegokolwiek szlachcia. Podróżujemy na jednym koniu, masz postrzępione szaty i pusty mieszek. Obawiam się, że najlepsze czasy masz już za sobą...
– Cicho – przerwał mi, na co od razu zamilkłem. W kwestii słyszenia niebezpieczeństw to on jest lepszy niż ja. Mimowolnie też wytężyłem słuch, ale wszystko, co udało mi się usłyszeć, to szum płynącej niedaleko nas rzeki. – Coś piszczy. Tam – wskazał ręką na rzekę.
– Piszczy? – zapytałem, kierując konia w stronę, gdzie pokazywał Serathion. Skoro coś piszczało, to nie mogło być złe. Prawda?
– Mhm. Coś małego – potwierdził.
Kiedy znaleźliśmy się nad brzegiem rzeki, w świetle księżyca dostrzegłem przemoknięty worek, który zaczepił się o jedną z gałęzi, która wpadła do wody. Teraz też słyszałem piszczenie, o którym mówi, które to ewidentnie dochodziło z tego worka. – Nie mów mi, że po to idziesz – dodał, kiedy zatrzymałem konia i bez wahania zszedłem z jego grzbietu.
– Przecież tego szczeniaka tam nie zostawię – odparłem, rozglądając się dookoła. Może jakbym wszedł jakoś na tę gałąź...? Była w końcu całkiem gruba. I najpewniej śliska.
– Czekaj, ja to zrobię. Jeszcze wpadniesz i tyle z ciebie będę miał. Chociaż nie wiem, po co to robimy, to coś ledwo żyje – mruknął niezadowolony Serathion. Chyba zaczynał żałować, że mi o tym powiedział.
Moja Różyczka bez problemu weszła na gałąź, perfekcyjnie na niej balansując, i wyjęła z lodowatej wody worek, który zaraz mi podała. Nie bawiąc się w rozwiązywanie węzłów sztyletem przeciąłem sznury i zajrzałem do środka. Cztery szczeniaki, z czego tylko jeden przeżył. Były malutkie, jeszcze nawet nie otworzyły oczu. Nie mam pojęcia, jakim cudem ten jeden zdołał się uratować, chociaż i to jest jeszcze niepewne.
– Cicho, już... – wyszeptałem do psiaka, od razu go przyciskając do piersi i chowając pod płaszczem, by dać mu jak najwięcej ciepła. Ruda sierść nie była bardzo przemoknięta, najbardziej łapki. Zdecydowanie miał najwięcej szczęścia.
– Nie mów tylko, że chcesz to zatrzymać? – mruknął Serathion, który zaraz znalazł się obok mnie.
– Najpierw spróbowałbym go uratować. Albo ją – powiedziałem, rozglądając się dookoła. – Pomożesz mi zebrać gałęzie? Mam jeszcze trochę mleka, musiałbym je podgrzać. Pół godziny stracimy, ale chyba warto spróbować – poprosiłem, już zaczynając obmyślać plan. Nie mam żadnego smoczka czy coś takiego, ale jako zamiennik mogłem po prostu maczać kawałek materiału w mleku. Trochę dłużej będzie jadł, ale w tej chwili nic lepszego dla niego nie miałem. A później trzeba będzie zakopać pozostałe szczeniaki... Cóż, troszkę dzisiaj faktycznie drogi nałożymy. Mam nadzieję, że to będzie tego warte.
<Różyczko? c:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz