No tak, posiłek... teraz to już mi z nim nie da spokoju. Będę musiał go zrobić, chociaż nie mam za bardzo na to ochoty. Że też posiłki nie mogą się robić same. Przecież to byłoby niesamowite ułatwienie, gdybym to tak miał jakieś moce i mógł zaczarować nóż, garnki i wszystko inne. Niestety, jako człowiek, biedny człowiek, wszystko, co mi pozostało, to ugotowanie sobie posiłku samemu. Nawet Serathion mi pomóc za bardzo w tym wszystkim nie może, zapewne nawet nie zna podstaw gotowania.
– Tak, tak, już wstaję, już się ogarniam i już coś sobie robię – mruknąłem, przeciągając się leniwie. Spanie w płaszczu i najgrubszych ubraniach nie było najwygodniejsze, ale niezbędne do przeżycia. Na szczęście jeszcze chwilka i będę mógł wyspać się na łóżku, co może być dla mnie zbawienne, jeśli będę musiał iść do pracy zwykłej, fizycznej. Zresztą, nawet jak przyjdzie mi polować, wyspanie się na wygodnym łóżku, szybkie zregenerowanie siły jest równie ważne.
– No, śmiało. Im szybciej wstaniesz, tym szybciej będziemy mogli ruszać. A a im szybciej ruszymy, tym szybciej będziemy w mieście. W końcu poczuję namiastkę cywilizacji – wymruczał z rozmarzeniem. Jego tęsknota za wygodami udziela się i mnie, to niebezpieczne.
– Tak, tak, wiem. Już się zbieram – odpowiedziałem, po czym ucałowałem go w policzek. Zamiast tego jedzenia wolałbym sobie tu z nim poleżeć i po prostu pobyć. Było w tym coś intymnego, ja, on, i nic innego nie ma znaczenia. Chociaż, jemu to się pewnie by nie spodobało, skoro leżał przy mnie całą noc. Pewnie by to było nużące dla niego.
Opuściłem namiot i podczas kiedy Serathion trochę nieumiejętnie zaczął go składać, ja zabrałem się za przygotowywanie szybkiego gulaszu. Starałem się go przygotować niewiele, by jak najszybciej zjeść i móc ruszać. I jeszcze musiałem się później upewnić, że namiot został poprawnie złożony. W końcu, ma nam posłużyć jeszcze kilka lat. Trochę za niego dałem, miał być porządny, nie przepuszczać światła, i nieźle mu idzie. Pytanie, jak sobie poradzi, kiedy będzie padać. To też będzie dla niego mały test.
– Chyba mamy wszystko – powiedziałem sam do siebie, kiedy po godzinie, wszystko było spakowane. Ja byłem najedzony, kociak też, Onyks dostał marchewkę na zachętę, namiot został prawidłowo złożony, chociaż małe poprawki musiałem uczynić... Ale i tak byłem z niego bardzo dumny. Świetnie mu poszło.
– Cudownie – powiedział zadowolony, bez wahania wskakując na konia. No proszę, a ja myślałem, że za każdym razem potrzebujemy pomocy i go tam sadzałem. Za dobry jestem dla niego.
– Ktoś tu chyba jest podekscytowany – zaśmiałem się cicho, podając mu kociaka.
– Chcę się jak najszybciej znaleźć za murami miasta. Chcę, żeby coś się działo. W lesie w ogóle nie jest interesująco – wyznał, kiedy zająłem miejsce za nim.
– Więc jestem tak nieinteresujący dla ciebie. Rozumiem, zapamiętam sobie na przyszłość – odpowiedziałem złośliwie, w końcu ruszając. Ależ moja Różyczka ma wymagania. Nie za bardzo rozumiałem, co go tak do miasta ciągnęło, ja zdecydowanie bardziej wolałem takie miejsca jak to ostatnie. Mała wioska, ale miała wszystko, co najważniejsze. No i ludzie też bardzo mili, w szczególności ta żeńska część była dla mnie bardzo miła.
<Różyczko? c:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz