Pierwszy raz od bardzo dawna czułem w sobie aż taką wściekłość. Emocje kipiały we mnie tak mocno, że nie potrafiłem nad nimi zapanować i chyba właśnie dlatego powiedziałem o kilka słów za dużo. Nie chciałem się kłócić. Naprawdę nie o to mi chodziło.
Po prostu nie chciałem spijać jego krwi, kiedy był głodny.
Wyjaśniłem mu to jasno. Gdyby najadł się i odpoczął, nie byłoby najmniejszego problemu. Ale oczywiście musiał postawić na swoim. Zawsze kończyło się tak samo, on nie słuchał, a ja coraz bardziej traciłem cierpliwość.
Najpierw ten durny kundel, którego od początku nie chciałem. Powtarzałem mu to tyle razy, lecz moje zdanie zdawało się nie mieć żadnego znaczenia. A teraz jeszcze to. Kiedy próbowałem spokojnie tłumaczyć, że jego krew nie smakuje dobrze, gdy jest głodny, zamiast mnie wysłuchać oskarżył mnie o coś zupełnie innego, że pewnie chcę pójść do kogoś innego, zdradzić go i znaleźć sobie lepsze źródło pożywienia.
Oczywiście najłatwiej było obwinić mnie.
I wtedy pierwszy raz zrobiło mi się naprawdę źle.
Tak źle, że nie chciałem do niego wracać.
Nie wiedziałem, czy to uczucie minie za kilka godzin, czy może zostanie ze mną na dłużej. Złość wciąż we mnie wrzała, a każde wspomnienie naszej rozmowy tylko dolewało oliwy do ognia. Dlatego wolałem siedzieć w ciszy wentylacji niż wracać do kolejnej wymiany zdań. Wiedziałem, że niczego dobrego by to nie przyniosło. Powiedzieliśmy już o kilka słów za dużo i wystarczyło, by ten dzień zakończył się tak, a nie inaczej.
A wszystko zaczęło się przez psa.
Psa, którego nie chciałem i o którym mówiłem mu od samego początku. Czasami zastanawiałem się, czy gdyby nie uparł się, że zwierzak zostanie z nami, wszystko potoczyłoby się inaczej. Może nie byłbym tak rozdrażniony. Może nie reagowałbym złością na każdą jego zaczepkę i prowokację. Może nie doszłoby do tej kłótni.
Część mnie uważała nawet, że sam może podziękować sobie za to, jak skończył się ten dzień.
Ponieważ na zewnątrz wciąż panował dzień, musiałem przesiedzieć kilka godzin w wentylacji. I szczerze mówiąc, nie miałem nic przeciwko temu. Nie chciałem z nim rozmawiać. Nie chciałem słuchać jego tłumaczeń ani kolejnych pretensji.
Niech robi, co chce.
Niech siedzi z tym psem.
Byle dał mi święty spokój.
Przynajmniej dopóki złość nie opadnie z nas obojga.
Tak jak przewidywałem, przez następne godziny siedziałem ukryty, opuszczając wentylację dopiero wtedy, gdy nadszedł zmrok. Sam nie wiedziałem, czego właściwie szukam, kiedy w końcu wyszedłem. Dawno przestałem być głodny i nie miałem najmniejszego zamiaru kosztować niczyjej krwi.
Choć jeszcze podczas kłótni chciałem zrobić mu na złość.
Chciałem ugryźć kogokolwiek, tylko po to, żeby żałował, że to nie był on.
Teraz jednak ta potrzeba całkowicie ze mnie uleciała. Zostało jedynie zmęczenie i potrzeba ciszy. Chciałem przejść się bez celu, odpocząć od dusznej atmosfery mieszkania i wrócić dopiero wtedy, gdy gniew przestanie palić mnie od środka.
Kiedy to nastąpi, nie miałem pojęcia.
Więc po prostu szedłem.
Oglądałem nocne ulice, bez celu przemierzałem znajome i obce miejsca, pozwalając myślom płynąć własnym rytmem. Unikałem ludzi. Nie dlatego, że się ich bałem ani że pragnąłem ich krwi, lecz dlatego, że nie chciałem później słuchać kolejnych oskarżeń.
Że kogoś podrywałem.
Że byłem niewierny.
Choć teraz i tak nie mógł tego zobaczyć.
A skoro nie widział, pozostawało mu tylko wierzyć… albo nie.
<Elianie? C:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz