Widząc lekko podirytowaną minę mojego męża, od razu zrozumiałem, że nie chce teraz rozmawiać ani odpowiadać na moje pytania. I rozumiałem to doskonale. Nie miałem zamiaru do niczego go zmuszać, jeśli nie chciał, nie musiał mówić. Porozmawiamy wtedy, gdy psychicznie poczuje się lepiej.
W końcu dobrze wiedziałem, że nie znosi ludzi i ich energii. Jako demon odczuwał ją zupełnie inaczej ostrzej, intensywniej, boleśniej. Zresztą pod pewnymi względami byłem podobny do niego. Ja również ją wyczuwałem, choć jako anioł patrzyłem na ludzi inaczej.
Zawsze dawałem im więcej szans. Więcej zaufania. Więcej nadziei.
Choć wiedziałem, że czasami nie powinienem.
On widział przede wszystkim tych złych, fałsz, egoizm i mrok skrywany pod ludzkimi maskami. Ja natomiast widziałem to, co należało dostrzec, a nie to, co chciałem zobaczyć. Może dlatego tak często się różniliśmy, a jednocześnie tak dobrze uzupełnialiśmy.
W milczeniu wróciliśmy do domu.
Nie naciskałem. Nie pytałem więcej. Pozwoliłem mu zachować ciszę, której najwyraźniej potrzebował. Czytałem spokój mojego męża równie dobrze, jak inni czytają zapisane słowa wiedziałem, że sam przyjdzie do mnie wtedy, gdy będzie gotowy.
Po wejściu do sypialni rozpakowałem nasze ubrania i starannie poukładałem je w szafie. Było to zajęcie proste i spokojne, pozwalające uporządkować nie tylko rzeczy, ale i własne myśli.
Kiedy skończyłem, usiadłem na łóżku i zapatrzyłem się w okno. Za szybą świat wydawał się odległy i cichy, jakby na moment przestał istnieć.
Sorey przyszedł do mnie kilka minut później.
Nie powiedział ani słowa.
Po prostu pojawił się obok mnie i ostrożnie się przytulił tak, jakby właśnie tego potrzebował, by w końcu zaczerpnąć oddechu. Oparł głowę o moje ramię, a ja poczułem napięcie skrywane w jego ciele.
Jakby cała zła energia, która gromadziła się w nim przez cały dzień, powoli zaczynała go opuszczać.
Nie pytałem, co się stało.
Objąłem go jedynie mocniej, pozwalając mu znaleźć we mnie spokój, którego sam jeszcze nie potrafił odnaleźć. Czasami słowa były zbędne. Czasami wystarczała sama obecność, ciepło drugiej osoby i świadomość, że nie trzeba niczego udawać.
A ja wiedziałem, że właśnie tego ode mnie potrzebował.
- Poczułeś się lepiej? - Zapytałem cicho.
Mocniej zacisnął dłonie na moich biodrach i oparł głowę o moją pierś, dokładnie nad sercem, jakby naprawdę potrzebował wsłuchać się w rytm jego bicia. Przez chwilę milczał, a ja pozwoliłem mu po prostu być blisko.
- Gdy jestem z tobą, zawsze czuję się lepiej - Odpowiedział w końcu spokojnym, lekko zachrypniętym głosem. - I właśnie tego najbardziej mi brakowało… ciszy, spokoju i mojej owieczki, do której mogę się przytulić, kiedy tylko mam na to ochotę. - Uśmiechnąłem się mimowolnie.
Wiedziałem, że mówi prawdę. Nie miał powodu mnie okłamywać, zdecydowanie nie on. Choć rzadko mówił o uczuciach wprost, kiedy już to robił, każde jego słowo było szczere.
Delikatnie przesunąłem palcami po jego włosach.
- Cieszę się, że mogę być twoją ostoją - Wyszeptałem miękko. - I że czujesz się lepiej, kiedy jestem obok. - Pochyliłem się, składając czuły pocałunek na czubku jego głowy.
Przez moment żaden z nas nic nie mówił. W pokoju panowała przyjemna cisza, nie ta ciężka i niezręczna, lecz spokojna, pełna zrozumienia i obecności. Czułem, jak powoli się rozluźnia, a napięcie opuszcza jego ciało z każdym spokojnym oddechem.
Objąłem go mocniej.
Nie potrzebowaliśmy wielu słów. Wystarczało, że był tutaj, blisko mnie, a ja mogłem przypominać mu, że nie musi dźwigać wszystkiego samotnie.
<Pasterzyku C:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz