sobota, 29 marca 2025

Od Mikleo CD Soreya

Jego pomysł z wyjściem na dwór był naprawdę bardzo dobry, taki spacer na świeżym powietrzu był mi naprawdę bardzo potrzebny, mogłem się odprężyć, zobaczyć gwiazdy i trochę opowiedzieć o nich mężowi, kiedyś obaj bardzo dużo wiedzieliśmy o gwiazdach, spędzając prawie każdą wieczór na kocu, wpatrując się w niebo. Od razu przypominają mi się czasy, gdy byliśmy we dwoje, odwiedzając świat na własnych nogach, trzymając ze sobą plecak, w którym było wszystko, co potrzebował wtedy jeszcze mój przyjaciel, a potrzebował naprawdę niewiele, wystarczył mu koc, czasem nawet dwa, potrzebował posiłek, który był mu potrzebny do codziennego życia trochę wody i już był szczęśliwy.
Wtedy wszystko było dużo prostsze, nasze życie było codzienną przygodą, i to dlatego, że nie mieliśmy dzieci. W końcu byliśmy jeszcze za młodzi na zakładanie rodziny i myślenie o tym wydawało się po prostu zabawne.
Życie było zdecydowanie bardziej zabawne.
– O czym tak myślisz? – Sorey, który chyba coś do mnie mówił, pociągnął mnie za dłoń, zwracając całą moją uwagę.
– O przyszłości, przypomniałem sobie czasy, gdy ty i ja, leżąc na starym i nie za grubym kocu wpatrywaliśmy się w gwiazdy, szukając tam wzorów, i to nie tylko tych z gwiazdozbioru, gwiazdy zawsze potrafiły mieć różne kształty, które lubiliśmy zgadywać, konkurując, kto z nas znajdzie ich więcej.
– Z tego, co zauważyłem, chyba bardzo lubiliśmy konkurować – Na to pytanie od razu zareagowałem uśmiechem.
– Bardzo, nawet chyba czasem zbyt bardzo, lubiliśmy konkurować na każdym kroku i nie tylko w zabawie, każdy z nas chciał być lepszy od tego drugiego to, tak jak nasze dzieci, konkurują ze sobą, chociaż nie muszą. Cóż, jednak mogę poradzić, genów nie oszukasz – Wyjaśniłem, wtulając się w jego ciało, chcąc tak jeszcze przez chwilę pobyć na tym przyjemnym spacerze, oczywiście, jeśli mój mąż będzie chciał wracać, nie będę miał nic przeciwko, doskonale wiem, że chłód może mu przeszkadzać. Tylko tak szczerze, czy się mi przyzna? Coś tak wewnętrznie czuję, że nie w końcu to ja mam się zrelaksować, a on będzie przy mnie tak długo, jak będę tego potrzebował.
To właśnie dlatego ja sam musiałem zdecydować, kiedy wrócimy do domu.
– Wygląda na to, że nie – Rozbawiony pokręcił swoją głową, głaszcząc mnie po włosach, całując w czubek głowy.
– Wracamy? Chyba już nam wystarczy tych spacerów i z tego, co widzę nie tylko nam Banshee chyba też ma już dość – Zaproponowałem, zerkając na samice, która wyglądała na bardzo niezadowoloną i chyba zmarzniętą.
– To nie jest w sumie taki zły pomysł – Zgodził się ze mną chętnie, wracając do domu, wiedziałem, że i on chciał wrócić, w rzeczywistości było mu zimno, a mnie wcale to nie dziwi, to właśnie dlatego podjąłem decyzję za niego, wracając do domu.
W domu Banshee od razu położyła się przy kominku, dając jasno do zrozumienia, że potrzebuje ciepła.
– Rozpalę trochę w kominku, posiedzę przy Banshee, żeby ją wygrzać i za chwilę do ciebie dołączę – Sorey zwrócił się do mnie, nim zdążyłem w ogóle coś powiedzieć.
– Dobrze, ja w tym czasie pójdę się umyć – Odpowiedziałem, mając ochotę na zimną kąpiel, która trochę podleczy moje ciało, pozwalając mi na większe szaleństwo z mężem.

<Pasterzyku? C:> 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz