Muszę przyznać przed sobą samym, odrobinkę o Banshee zapomniałem, znacznie bardziej skupiając się na moim mężu. Chciałem, by jemu było jak najlepiej, i trochę zapomniałem o moim wiernym ogarze. Cóż, ona też się niedługo wygrzeje po wsze czasy, tylko jej tego może poniekąd brakować. I jeżeli będzie chciała, możliwe, że ją tam zostawię. Będzie odchowana, będzie dorosła, silna, więc dałaby sobie w takim miejscu sama. Ale nie teraz, teraz jest jeszcze zbyt młoda i niedoświadczona, nie wypuściłbym jej tam. To też pewna oznaka słabości, niestety, bo jeżeli faktycznie jest silna, dałaby radę już teraz, ale jakoś tak nie potrafię, bo się martwię. Tak samo, jak martwię się o Mikiego, i o dzieciaki... to jest właśnie moja słabość, przywiązywanie się do innych, zamartwianie się, dbanie o innych. No ale bez tego, kim bym był? Nie byłoby we mnie nic wartościowego, co by we mnie Mikleo mógł lubić i kochać. Wygląd nie, bo jestem paskudny i muszę stosować iluzję, charakter też mam słaby. Naprawdę nie wiem, co on we mnie widzi, że dalej przy mnie jest.
- No już, przepraszam, wkrótce wrócimy do twojego domu. Pewnie go nawet nie pamiętasz, byłaś strasznie malutka, kiedy to miało miejsce. I ledwo wtedy przetrwałaś. Strasznie dużo ci czasu musiałem wtedy poświęcić, by cię uratować – mówiłem do niej, drapiąc ją za uchem. Banshee, ewidentnie zaciekawiona moim wywodem, przekrzywiła łeb i patrzyła na mnie z uwagą. - Byłaś niewiele mniejsza od mojej dłoni. Taka malutka, i puchata. Co chwila przegryzałaś smoczki, które to używałem do karmienia cię – na to prychnęła z oburzeniem, co wywołało u mnie uśmiech. - Tak jest, wielki z ciebie drapieżnik. Okrutny i zły, tak. I bezwzględny – pochwaliłem ją, drapiąc ją po szyi. - No już, lepiej? To na posłanie i wypocznij. Spędź trochę czasu z Psotką, póki możesz, bo później długo się nie będziecie widzieć. Możliwe, że się nawet nie zobaczycie, bo będziesz chciała tam zostać – na te słowa znów strasznie się oburzyła, twierdząc, że mnie nie zostawi. - No, to się jeszcze okaże. Idę do Miki'ego, ty odpocznij – poprosiłem, wstając z klęczek.
Mojego pięknego męża znalazłem jeszcze w balii, pełnej zimnej wody, co mnie nie zachęcało do dołączenia do niego. No ale też, nie potrzebowałem za bardzo do niego dołączać. W końcu, po co? Śmierdziałem pewnie jakąś siarką jako demon, a tego żaden olejek czy płyn nie zmyje, a brudny nie byłem, więc mi to tam niezbyt potrzebne było.
- Coś mi się wydaje, że tu był siniak. A tu malinka. A tu ugryzienie. I gdzie to zniknęło? - zapytałem, wskazując palcem każde z tych miejsc, oczywiście przesuwając opuszkiem palca po jego lodowatej, delikatnej skórze.
- Woda wyleczyła – wyznał, co mi się nie spodobało.
- Tak szybko? Za delikatny byłem, zdecydowanie – odpowiedziałem, niezadowolony. Zazwyczaj zajmowało mu to dłużej, a tu co, piętnaście minut kąpieli i już moje znaki zniknęły. Muszę następnym razem złapać go mocniej, wgryźć się głębiej, być ostrzejszym, by taka zwykła kąpiel nie mogła wyleczyć tych wszystkich znaków. Tylko też nie mogę go skrzywdzić. Z jednej strony chciałem zostawić coś trwałego na jego ciele, z drugiej nie chciałem go krzywdzić. Granica pomiędzy tym była naprawdę cieniutka, i bałem się, że ją przekroczę.
<Owieczko? c:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz