Na jego słowa, ciche słowa, delikatnie zmarszczyłem brwi. Nie były kierowane do mnie, ewidentnie, ale jak już je powiedział, no to już je usłyszałem. I nie wiem, czy mi się one podobały. Wszystko, czego chciałem, to pokazać, że kontraktów spisanych ze mną nie można ot tak sobie łamać. W żadne dziwne wojny pomiędzy wampirami i ludźmi się nie pchałem. Biorę kontrakty na istoty, które zabijają ludzi. Serathion... cóż, miał szczęście, że i mnie wkurwili. Póki nie dotrą do mnie słuchy, że morduje niewinnych, nic mi do jego bycia.
– Jacy oni? Czyich wrogiem? – zapytałem, nie chcąc za bardzo nachylać się nad mapą. Włosy miałem jeszcze wilgotne, dalej kapała z nich woda, nie chciałem zniszczyć tak wartościowych zapisków... których nie powinien mieć, patrząc na to z logicznego punktu widzenia.
– Ale że co? – odpowiedział niewinnie, głupkowato, zerkając na mnie tymi swoimi wielkimi, czerwonymi oczami. Wczoraj były ciemne, brudne, a dzisiaj? Błyszczały czystą czerwienią. Przypominamy krew, jak tą moją, która spływała z mojej skaleczonej wargi, lub ran, które tworzył, by się do niej dostać. Był najedzony, szczęśliwy, silny. Był w swojej najniebezpieczniejszej formie, najtrudniejszej do pokonania.
– To, co powiedziałeś. Co miałeś na myśli? – odpowiedziałem, patrząc na niego z uwagą.
– Nic takiego nie mówiłem. Czyżbyś słyszał głosy? – uśmiechnął się do mnie drwiąco, po czym wiedziałem, że nie będzie chciał drążyć tego tematu.
– Nieważne. Skąd ty w ogóle masz mapy domu ludzkiej rodziny? W dodatku wrogiej nam? Wiedzą o tym, że coś takiego możesz posiadać? – zadałem kolejne pytania zapalając świeczkę. Było tu trochę ciemno, a ja swoje oczy wolę oszczędzać.
– Nie mam pojęcia, i nie mam pojęcia. Były mojego taty, teraz są moje – wzruszył ramionami, uważnie mierząc wzrokiem naszkicowane korytarze.
– Grunt to być dobrze poinformowanym – westchnąłem ciężko, popijając kawę. – Ale w jednym się z tobą zgodzę. Nie ma co się pchać w paszczę lwa. Załatwię nam tam jakiegoś wtyka, by mniej więcej wiedzieć, co się dzieje. Ale to wieczorem. Teraz jest za wcześnie, w gospodzie mało kto jest... dla pewności możesz go zauroczyć – dodałem, nagle wpadając na ten plan.
– Nie będę chodził do żadnej zatęchłej gospody. Ani używał swoich mocy, bo ty tak chcesz – burknął, z jakiegoś powodu oburzony tym faktem.
– Początkowo chciałem mu po prostu zapłacić. Gdybym był bez ciebie, tak bym po prostu zrobił. Ale po co ryzykować? Zamrugasz tymi sarnimi oczami i będziemy mieć pewność, że nikomu o nas nie wygada. Mogę ci jakiegoś nieszczęśnika sprowadzić tutaj, jeżeli twój ciasny tyłek jest zbyt dumny i szlachetny na podróż do speluny – zaproponowałem, puszczając mu oczko. Powinniśmy korzystać z każdej przewagi, jaką mamy, a ich... coś niewiele mamy, w porównaniu z tym, z czym przyszło się nam mierzyć.
<Wampirku? c:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz