Stałem w drzwiach, pozwalając oczywiście dzieciakom i Mikleo przywitać tak, jak tego chcą. Ja... ja tam takich rzeczy nie potrzebuję. Jako demon nie powinienem się witać w tak wylewny sposób. Poza tym, jestem jestem tym surowym rodzicem, nie mogę się tak po prostu rozklejać, kiedy tylko dzieciaki wrócą po dłuższej przerwie. Zresztą, one nie mają ze mną takiej więzi, jak z mamą, więc zawsze mogę stać z boku, i po prostu się przyglądać, nadzorować i wyglądać poważnie. Szkoda, że Banshee nie podziela mojego zdania i zaraz ruszyła do dzieciaków, witając się z nimi wesoło. Uwielbiała te dzieciaki, i byłem pewien, że dla ich bezpieczeństwa zrobiłaby wszystko. Ciekawe, czy to przez moje uczucie do nich, czy może to przez to, że się wychowywała z nimi od najmniejszego.
- Cześć, tato – odezwały się, kiedy wpierw porządnie wygłaskały Psotkę, jak i Banshee. W końcu, nie puściłyby ich spokojnie, gdyby nie zostały dobrze przywitane.
- Cześć. Nie sprawialiście problemów cioci? - spytałem, unosząc brew. Musiałem w końcu wyglądać tak, jak zwykle, a nie że dopiero co dochodzę do siebie po narkotykach i utracie nieprawdopodobnej ilości krwi.
- Nie, byliśmy bardzo grzeczni. Ciocia nas odstawiła, i od razu wróciła do siebie. I martwiła się o obecność Banshee. Uważa, że jej tu nie powinno być – wyjaśnił, na co spokojnie pokiwałem głową. W przeciwieństwie do obiektu rozmów, ogar prychnął cicho, jakby oburzony na samą myśl, że może być uznany za zagrożenie. Prawda jest taka, że reaguje na moje emocje, i akceptuje tych, co byli z nią od początku. Oczywiście, że gdyby nie ja, zaatakowałaby Lailah. Dla niej była w końcu zagrożeniem, ale dzieciaki? Dzieciaki były jednymi z pierwszych osób, które to poznała w tym świecie.
- Cóż, demony i anioły raczej mają problem z dogadaniem się. Zostawcie rzeczy, i pomóżcie trochę mamie, co? Czemu ma wszystko robić sama? - rzuciłem, kierując się w stronę kuchni. One rzucą, że są głodne, a Miki wszystko zrobi, tak być nie może, też muszą w końcu mu pomagać.
- A ty się dobrze czujesz? - zapytała Hana, a w jej głosie zabrzmiało to charakterystyczne dla Mikleo zmartwienie. Rany, ile ona po nim odziedziczyła... ale to dobrze. Lepiej, żeby wdała się w niego niż we mnie.
- Trochę zmęczony jestem – przyznałem zgodnie z prawdą. Nie chciałem ich kłamać, bo co by mi to dało? Widać, nie jestem tak dobrym aktorem, jak myślałem.
- Ale wszystko w porządku? - dopytywała, zupełnie jak mama. To... było przerażające, jak wiele Hana po niej miała. Jakby moje geny zupełnie nie miały w tym udziału.
- Wszystko w porządku. Chodźcie, mama też jest trochę zmęczona, nie możemy jej zostawić z tym wszystkim samej – zdecydowałem, kierując je w stronę kuchni. Powinny się w końcu zacząć uczyć. Nie mogą oczekiwać od życia, że wszystko będą mieć pod nosem.
<Owieczko? C:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz