wtorek, 11 listopada 2025

Od Eliana CD Serathiona

 Widziałem, że mój gospodarz nie był zadowolony, ale nie przejąłem się jakoś bardzo. Nie patrzyłem oczywiście na żadną z jego fanaberii. To była zwykła głupota. Liczyła się efektywność, nie zamierzałem wybierać mistera gospody specjalnie dla niego. Najważniejsze, że zrobił, co trzeba było. 
Odprowadziłem chłopaka do gospody, w której zostałem na trochę dłużej; zjadłem porządny posiłek, posłuchałem rozmowy ludzi. Liczyłem, że przez ten czas mój histeryk się trochę uspokoi. Ten to dopiero potrafił problem w niczym znaleźć. 
Wróciłem do ruin jego rezydencji dobrze po północy. Nie wchodziłem jednak do środka, moja intuicja poprowadziła mnie za budynek, na ogród. Tam, wśród róż, już niestety uśpionych, znajdował się Serathion. Gdyby była odpowiednia pora roku, byłoby tutaj naprawdę pięknie, cały gaj czerwonych róż. Znaczy, domyślałem się, że czerwonych. Czerwone róże do niego pasowały, więc z marszu założyłem, że właśnie taki muszą być kolor. Nie wiem, czy dałoby się określić to bez kwiatu, nie znałem się jakoś super na takich rzeczach. O ziołach miałem wielką wiedzę, ale o takich kwiatach ozdobnych, które są tylko miłe dla oka, no to wiem tylko, że są ładne. Albo brzydkie. Jak ludzie, zależy od gustu. 
– Już się moja księżniczka uspokoiła? – odezwałem się, krzyżując ręce na piersi. W odpowiedzi usłyszałem głośne prychnięcie. 
– To, co zrobiłeś, było okrutne. I paskudne z twojej strony. Wręcz uwłaczające. Co, podoba ci się, jak mnie poniżasz? – syknął, odwracając się w moją stronę wściekły na... właśnie, na co? Trochę go nie rozumiałem. 
– Byłem po prostu efektywny. Nawet go nie musiałeś dotykać. Wystarczyło, że tylko zatrzepotałeś tymi sarnimi oczami i proszę, po robocie – zauważyłem, delikatnie przekrzywiając głową. 
– Ale musiałem na niego patrzeć. To było okropne – powiedział to tonem tak strasznie... zranionym. Jakbym mu zrobił krzywdę. A kiedy faktycznie zrobiłem mu krzywdę, był mniej ekspresyjny i oburzony. 
– Złość piękności szkodzi. A tego zdecydowanie byś nie chciała, Różyczko – po moich słowach coś w nim złagodniało. Moje słowa go zaskoczyły, mocno, nie potrafił tego ukryć. 
– Różyczko? – spytał, delikatnie marszcząc brwi. 
– Cóż, to są róże, tak? Nie umiem w takie kwiaty, ale róże jeszcze rozpoznaję. Czerwone jeszcze pewnie, co? – wyszczerzyłem się do niego, z pewną satysfakcją obserwując zdumienie malujące się na jego urokliwej twarzy. To był rzadki widok, i ku mojemu szczęściu, księżyc pięknie rozświetlał jego postać. – Idę do środka, wezmę kąpiel, zbyt zimno tu dla mnie. Może byś do mnie dołączył? – zaproponowałem, puszczając mu oczko. 
– Jak cię kutas swędzi, to nie moja wina – burknął, co mnie nawet rozbawiło. 
– Ależ oczywiście, że nie. Ja tylko proponuję – uniosłem ręce w geście poddania, a następnie powoli skierowałem się do rezydencji. Sam zdecyduje, co będzie chciał zrobić, ja na pewno muszę iść do ciepłego. 

<Różyczko? c:>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz